Dziesięć ostatnich bitew Lecha i Legii w Poznaniu [WIDEO+FOTO+RELACJE]

Po powrocie Kolejorza do ekstraklasy w 2002 roku, w Poznaniu doszło do dziesięciu spotkań z Legią Warszawa: ośmiu ligowych i dwóch w Pucharze Polski. Goście ze stolicy wygrali na stadionie przy ul. Bułgarskiej tylko jedno z tych spotkań, niemal dokładnie siedem lat temu. Oto obszerne fragmenty relacji oraz zdjęcia z dziesięciu ostatnich bojów Kolejorza z Legią w Poznaniu.

Ekstraklasa, 3 listopada 2002, Lech Poznań - Legia Warszawa 0:0

Przerażeni formą Lecha w tamtym czasie poznańscy kibice spodziewali się gładkiej porażki beniaminka z rozpędzoną Legią Warszawa. Remis ich zadowolił. Także dlatego, że nie był to remis szczęśliwy - ''Kolejorz'' zasłużył i zapracował na niego.

Poprzedni mecz Lecha z Legią odbył się dwa lata wcześniej. Kolejorz przegrał go 1:2 m.in. po samobójczym golu Michała Golińskiego. Fani "Kolejorza" woleli jednak raczej wspominać pojedynek z 1998 r., gdy Lech odniósł świetne zwycięstwo nad Legią 3:0 i utrzymał się w lidze.

Mistrzowie Polski podeszli do meczu z "Kolejorzem" poważnie. Czuli niechęć widzów, którzy kanonadą gwizdów i wyciem reagowali na każde dojście Legii do piłki. Lechici zagrali też zaczepnie, pressing stosowali Piotr Reiss i Bartosz Ślusarski. Legia cofnęła się więc i czekała na kontry, starając się przerywać akcje Lecha faulami. Po 20 min miała ich na koncie już sześć, a sam Dariusz Dudek przewinił pięć razy (aż czterokrotnie faulował Ślusarskiego).

"Kolejorz" dyktował wtedy warunki, ale jego akcje były dość nieporadne - szczególnie raziły niedokładne podania. Warszawiacy zaczęli więc grać coraz bardziej nonszalancko. Kibice czuli, że lada moment przewaga ich drużyny zmniejszy się, więc niecierpliwie domagali się gola.

Co kilka minut któryś z piłkarzy decydował się na strzał z dystansu (do przerwy Lech strzelał dwukrotnie, Legia też). Dominowała wymiania podań "ty do mnie, a ja do ciebie". Tak minęła pierwsza połowa, do której - na szczęście - sędzia doliczył tylko 6 sekund. Temperatura spadła bowiem do 0 stopni Celsjusza.

W szeregach Lecha najwięcej ambicji pokazywał Ślusarski, który starał się biegać do każdej piłki. A było warto, bo obrona Legii lekko drżała. Grający z konieczności w pierwszym składzie Rudi Gusnić był najsłabszym ogniwem zespołu. Jeżeli lechici mieli szukać okazji na przedarcie się pod bramkę, to właśnie jego stroną. Słabo spisywała się druga linia Legii. Brak celnych podań nie dał szans warszawskim pomocnikom na strzelenie choćby jednego gola.

Lechowi chwaliło się to, że choć remis 0:0 musiał go zadowalać, próbował jednak wygrać to spotkanie. Trener Czesław Jakołcewicz zaryzykował i wpuścił jeszcze na ostatnie pięć minut Waldemara Przysiudę. Wcześniej pojawił się Sylwester Czereszewski. W 89. min niewiele brakowało, by Stanko Svitlica przypomniał Lechowi, że jest kandydatem do korony króla strzelców ligi. Przyjął piłkę w trudnej sytuacji i uderzył z woleja tuż obok bramki.

Dragomir Okuka, trener Legii

To był dobry mecz, choć zabrakło w nim bramek. Kibice Lecha zrobili świetne widowisko. Spotkań Legii i Lecha brakowało w poprzednim sezonie. Tutaj w Poznaniu, aby widowisko było kompletne, zabrakło kibiców Legii - nie rozumiem decyzji PZPN, który zabronił fanom wyjazdów. W drugiej połowie Legia zagrała lepiej, tylko zabrakło ostatniego podania. Okazało się, że nie zawsze wygrywa ten, który jest lepszy na papierze. Moim zdaniem Lech zasłużył na 1 pkt.

Czesław Jakołcewicz, trener Lecha

Po tej fali krytyki, która ostatnio dotknęła mój zespół, chłopcy wreszcie walczyli. W pierwszej połowie zespół grał dobrze, a nawet bardzo dobrze, zwłaszcza podobała się defensywa. Pokazaliśmy, że Lech ma siłę na 90 min, szkoda tylko, że dostaliśmy tyle kartek, bo w efekcie Madej i Goliński nie zagrają w Szczecinie z Pogonią.

Cytat meczu:

- Trener Dragomir Okuka wyciągnął swą tajną broń: to Rudi Gusnić. Jak się on Panu podoba? - Cezary Olbrycht, Canal+
- To znaczy... rozumiem... jak mi się podoba, jako piłkarz? Tylko o to Pan pyta? - Artur Bugaj, piłkarz Lecha.

Lech Poznań - Legia Warszawa 0:0

Lech: Tyrajski - Kryger, Bosacki, Wójcik (92. Drajer) - Madej Ż, Jacek Ż, Piskuła (84. Przysiuda), Goliński Ż (72. Czereszewski), Remień Ż - Ślusarski, Reiss

Legia: Stanew - Dudek, Zieliński, Szala - Gusnić (89. Jarzębowski), Majewski, Vuković, Surma Ż (74. Magiera), Kiełbowicz (63. Wróblewski) - Kucharski, Svitlica

Widzów: 23 tys.

Ekstraklasa, 3 kwietnia 2004, Lech - Legia 0:1 (Piotr Włodarczyk 54. min)

Zobacz WIDEO z tego meczu

- Tato, czy to wojna? - na oko 10-letni chłopiec w szaliku Lecha ciągnie dorosłego mężczyznę (także w szaliku) za rękaw. - Dlaczego? - pyta ojciec. - Bo tyle tu policji! - mówi malec.

Nawet jeśli miałby kilka lat więcej, nie mógłby pamiętać tylu widzów na meczu w Poznaniu, jak w ten sobotni wieczór. Już od środy wiadomo było, że zjawi się na tym pojedynku ponad 25 tysięcy ludzi, a ostatnie takie wypadki na meczu ligowym w Polsce notowano w 1987 r. Nawet goście z Warszawy - i ci w szalikach, i ci w garniturach - którzy przyjechali do Po-znania na ten szlagier, kręcili z niedowierzaniem głowami. To niebywałe, do czego doprowadził kult Lecha w Poznaniu i nadmuchiwanie medialne niebiesko-białego balona. Do fenomenu socjologicznego, który dziś stanowi dla Poznania jeden z największych powodów do dumy.

W sobotę pierwsi ludzie zaczęli zapełniać trybuny zaraz po godz. 15.30, a zatem najbardziej zagorzali kibice przesiedzieli na Bułgarskiej trzy godziny, zanim rozpoczął się mecz. Już bowiem o godz. 17 na trybunach znajdowało się ponad 15 tys. widzów. Płoty oblepiono flagami z nazwami wielu kibicujących Lechowi miast - Gniezna, Gostynia, Piły, Murowanej Gośliny, Nowego Tomyśla, Szamotuł, Obornik, Trzcianki, Żnina, Ustronia Morskiego, a także Gdyni, Krakowa i innych. Pojawiła się także flaga kibiców z... Warszawy, a dokładniej pracujących tam lub mieszkających już na stałe Wielkopolan. "Emigranci zawsze wierni Lechowi. Wiara w stolycy" - napisali oni na swej fladze. O godz. 18 (pół godziny przed meczem) zajęte były już właściwie wszystkie miejsca siedzące i zaczynała się okupacja przejść między sektorami i szczytu korony.

Jeśli weźmie się pod uwagę wypełnione wszystkie miejsca siedzące, zapchany sektor gości i ludzi, którzy oblegli także schody i przejścia między sektorami, wydaje się, że liczba 26,5 tys. osób, jaką awizowano na to spotkanie, jest szacunkiem nader ostrożnym. Wygląda na to, że kibiców było więcej - 28 tys., a może nawet i 30 tys. Starsi fani Lecha wzdychali wzruszeni. To tak, jakby w latach 80., gdy na Bułgarskiej nie było jeszcze plastikowych krzesełek, pojawiło się na meczu grubo ponad 40 tys. kibiców, a to wcale tak często się nie zdarzało. - Pamiętam taki ścisk na Widzewie w 1983 r. i na Barcelonie, i na Pogoni... - ćwiczyli pamięć kibice o co najmniej 20-letnim stażu na Bułgarskiej.

Charakter, nieustępliwość i waleczność poznańskich piłkarzy. Te elementy rzeczywiście pokazali oni podczas sobotniego meczu, tyle że w zupełności nie wystarczyły one do zwycięstwa.

Gdyby mecz ten porównać do średniowiecznej bitwy, wtedy można by powiedzieć, że szturm Lecha na samym jej początku przy ogromnej wrzawie widzów mocno nacisnął na szyki Legii. Nie pękły one jednak. Legia nie okazała się wojskiem bardziej walecznym od Lecha, za to z pewnością lepiej zorganizowanym. Wykorzystała ona swe atuty (dobry środek pola, szybkość napastników), strzeliła bramkę, zneutralizowała poczynania poznaniaków. Lechowi pozostało zatem tylko polec z honorem. I Lech zrobił to. Okrzyki "Dzięki za walkę!" wznoszone po meczu przez kibiców Legii można by spokojnie odnieść także do gry lechitów.

Można się zastanawiać, co by było, gdyby Lech strzelił gola na początku meczu. Gdyby w 5. min najdzielniejszy tego dnia poznański wojownik Paweł Kaczorowski trafił do siatki zamiast w poprzeczkę... Gdyby w 23. min boju arbiter śląski Robert Małek dostrzegł bezdyskusyjne zagranie ręką Marka Jóźwiaka i zagwizdał rzut karny... Gdyby ostatnia szarża pierwszej połowy w wykonaniu "Walecznego Serca" Kaczorowskiego dała efekt...

To wszystko się jednak nie stało.

W 54. min, po jednym podań Aleksandara Vukovicia, gola zdobył Włodarczyk. Potem jeszcze kilkakrotnie prostopadłe podania pozwalały napastnikom Legii wyprzedzać obrońców Lecha.

Lech Poznań - Legia Warszawa 0:1 (0:0)

Bramki: 0:1 Włodarczyk (54. min po podaniu Vukovicia)

LECH: Piątek - Kryger, Mowlik, Bosacki, Lasocki - Madej (64. Grzelak Ż), Scherfchen Ż (64. Zakrzewski), Świerczewski Ż, Michał Goliński, Kaczorowski Ż - Reiss

LEGIA: Boruc - Choto, Zieliński, Jóźwiak - Sokołowski II, Surma Ż, Jarzębowski, Vuković (90. Magiera), Sokołowski I - Włodarczyk, Saganowski (89. Garcia)

Sędzia: Robert Małek (Katowice).

Widzów: ok. 30 tys. (1,5 tys. kibiców Legii)

Finał Pucharu Polski (pierwszy mecz), 18 maja 2004, Lech - Legia 2:0 (Piotr Reiss)

Zobacz WIDEO z tego meczu

Lech zaczął tak, jak przystało na finał Pucharu Polski. Szybko, zdecydowanie, z polotem. Z pasją walczył o każdą piłkę. Rozgrywał najlepszy mecz w sezonie, a niektórzy twierdzili, że i od lat... Nie pozwolił gościom na nic. Za to Legia tak źle jak przed przerwą wiosną jeszcze nie grała. W ataku piłkarze z Warszawy oddali dwa żałosne strzały (jeden Panu Bogu w okno, drugi zablokowany), w obronie dawali się ogrywać jak dzieci.

Lech znakomicie rozpracował rywali. - Przegrany mecz ligowy nie powtórzy się. Teraz to my będziemy grać, a Legia biegać! Zmusimy ją do tego - zapowiadał trener Lecha Czesław Michniewicz. Święte słowa. A że Legia biegała wolno i walczyła słabo, Lech prowadził 2:0. W 17. min nikt nie blokował strzału Michała Golińskiego z 13 m, nikt nie asekurował Artura Boruca, gdy ten świetnie obronił uderzenie, ale przy dobitce Piotra Reissa nie miał szans. Kapitan Lecha był wczoraj gwiazdą meczu. Jego każdy kontakt z piłką siał popłoch wśród rywali. Cichym bohaterem był Maciej Scherfchen, który ponad pół meczu grał z pękniętą kością ręki.

W 35. min najpierw napastnicy i pomocnicy pozwolili Pawłowi Kaczorowskiemu wbiec spod własnego pola karnego pod bramkę, potem nie przeszkodzili Golińskiemu, a kiedy piłka trafiła do Reissa, stali i patrzyli jak zahipnotyzowani, bojąc się dotknąć rywala. To pierwszy tej wiosny mecz, w którym Legia straciła dwa gole. - Chyba nawet nasi najbardziej wybredni kibice powinni być zadowoleni po pierwszej połowie - cieszył się Piotr Reiss.

Po przerwie goście atakowali, ale gdy dochodzili do pola karnego Lecha, tracili głowę, nie umieli celnie podać, a gdy im się udało, nie potrafili strzelić. Rzuty rożne nie były żadnym zagrożeniem.

Zabrakło nam wszystkiego co tylko możliwe: agresywności, krycia, odbioru piłki. Lech pozbawił nas wszystkich atutów, a my tylko czekaliśmy z przekonaniem, że nic nam się nie może stać - podsumował kapitan Legii Łukasz Surma.

- Lech cieszył się, jakby zdobył Puchar Polski. Ale to nie koniec - twierdzi Artur Boruc. - Żeby nie było nerwów, dogrywki i karnych, wygramy w Warszawie 3:0 - dodał bramkarz Legii. - Nie z takimi drużynami jak Lech potrafiliśmy wysoko wygrywać - straszy Aleksandar Vuković.

Ale Legia nie ma co liczyć na to, że Lech zlekceważy rywala. - Gdyby to nie była Legia, 2:0 byłoby niezłą zaliczką. Na Łazienkowskiej będzie gorąco - powiedział wczoraj trener zwycięzców Czesław Michniewicz.

Kibice potrafią!

Bez jednego chóralnego przekleństwa obyło się wczoraj na trybunach w Poznaniu, choć ostatecznie wpuszczono na stadion 300 sympatyków Legii. Wychodzącego na rozgrzewkę bramkarza rywali Artura Boruca przywitały oklaski poznaniaków. Chyba po raz pierwszy w historii!

 

Lech Poznań - Legia Warszawa 2:0 (2:0)

Bramki: 1:0 Reiss (17.), 2:0 Reiss (35.).

Lech: Piątek - Kaczorowski (84. Kryger), Bosacki Ż, Wójcik, Lasocki - Madej, Scherfchen, Świerczewski Ż, Goliński (90. Mowlik) - Reiss, Zakrzewski (76. Piskuła).

Legia: Boruc - Choto, Zieliński, Jóźwiak - Sokołowski II Ż, Magiera (39. Jarzębowski), Surma (79. Szala), Vuković, Sokołowski I (46. Wróblewski) - Włodarczyk, Saganowski.

Widzów 25 tys.

Ekstraklasa, 3 października 2004, Lech - Legia 1:1 (Michał Goliński 31. - Marek Saganowski 9.)

Przy takiej formie piłkarzy Lecha Poznań trudno było spodziewać się tłumów na meczu z Legią Warszawa. A jednak przyszło ok. 17 tys. ludzi i zobaczyli coś, co pozwala mieć nadzieję, że Kolejorz ma kryzys za sobą.

Trudno formułować odważne wnioski o wyjściu z kryzysu zaledwie po jednym spotkaniu. Faktem jest jednak to, że poznaniacy przerwali passę pięciu kolejnych porażek i zdobyli punkt w meczu, w którym nie byli faworytem. Co jest jeszcze budujące? Jak zauważył trener "Kolejorza" Czesław Michniewicz: - W niedawnym meczu z Zagłębiem Lubin nie mieliśmy ani jednej okazji bramkowej, a teraz - kilkanaście. Poprawa jest znaczna.

Ten mecz pokazał jednak także, jak krucho jest w Lechu z napastnikami. Gdyby to Włodarczyk z Saganowskim z Legii mieli tyle okazji co Lech, pewnie byliby skuteczniejsi od ofensywnych graczy Lecha.

Piotr Reiss grał znacznie lepiej niż w kilku poprzednich swoich meczach, ale nadal to nie jest nie tylko ten wspaniały Reiss z 1998 r., gdy strzelał Legii trzy gole, ani nawet ten z maja tego roku, gdy wbił jej dwie bramki.

Budujące w meczu z Legią było to, że nieco kombinowana druga linia Lecha, m.in. z Pawłem Wojtalą jako defensywnym pomocnikiem, poradziła sobie z czołową pomocą w kraju, a za taką uchodzi druga linia Legii. Choć należy pamiętać, że legioniści zagrali na Bułgarskiej dość poważnie osłabieni, głównie brakiem Jacka Zielińskiego, Dicksona Choto i Tomasza Jarzębowskiego.

Tym razem w Lechu nie brakowało akcji skrzydłami. Rajdy urządzali sobie nawet David Topolski, który robi bardzo szybkie postępy (po durnym faulu na nim z boiska w 82. min wyleciał Dariusz Dudek), czy Błażej Telichowski, niewątpliwe odkrycie meczu z Legią. Znów podobał się Paweł Sasin, który - jak by to powiedział trener Wojciech Łazarek - rośnie nam jak baba w piecu. Sasin między 55. a 60. min miał dwie kapitalne akcje indywidualne. W pełni zasłużył sobie na huraganowe brawa, jakie dostał przy zejściu z boiska (prosił o zmianę, bo brakowało mu sił). Chyba sam nie spodziewał się aż takich owacji.

Dużo lepiej niż zwykle zagrał Michał Goliński, choć jego mania wymuszania fauli niemal w każdej sytuacji może nieco irytować. Szukanie kontaktu z rywalem nie zawsze jest bowiem najlepszym rozwiązaniem. Goliński wierzy jednak w skuteczność rzutów wolnych Lecha. Ta ostatnio nieco spadła, ale tym razem w 31. min przyniosła gola z Legią. Reiss trącił piłkę, a Goliński zdobył bramkę.

Strach budzą z kolei szyki obronne Lecha (choć i Legia ma podobne problemy). Za dużo w nich zmian, eksperymentów. Brakuje pewności, ogrania. Pierwsze akcje meczu pokazały, że obrona obu stron jest niepewna. Już w 30. s Reiss wpadł w pole karne Legii i trafił w słupek. W odpowiedzi Piotr Włodarczyk miał tak świetną okazję, że właściwie nie wiadomo, jakim cudem bramkarz Waldemar Piątek odbił piłkę nogą. Także gol na 1: 0 dla Legii (już w 9. min) padł po błędzie obrony, która liczyła na przerwanie akcji z powodu spalonego.

Legia po zdobyciu gola nabrała wiary w siebie. Pod koniec pierwszej połowy, przy stanie 1:1 "Kolejorz" ruszył jednak do natarcia i wtedy kibice po raz pierwszy zawołali: - Jesteście lepsi!

Wtedy też padł nieuznany gol Reissa (pozycja spalona), było wreszcie ewidentne zagranie piłki ręką przez Wojciecha Szalę w polu karnym. To, że Lech nie miał wtedy "jedenastki", obciąża konto sędziego Tomasza Pacudy. Arbiter był za to niezwykle skrupulatny przy pilnowaniu czasu gry. Bartosz Karwan już na początku drugiej połowy zobaczył kartkę za grę na czas, a potem Pacuda doliczył do meczu aż 5 min!

Niewiele to dało, bo wówczas oba zespoły zrezygnowały z ataków. - Woleliśmy nie ryzykować. Nie w naszej sytuacji. Legia nadal miała dwóch szybkich graczy na kontry - usprawiedliwiał siebie i zespół trener Michniewicz.

Lech Poznań - Legia Warszawa 1:1 (1:1)

Bramki: 0:1 Saganowski (9., po zagraniu Kiełbowicza), 1:1 Michał Goliński (31., z rzutu wolnego po zagraniu Reissa)

Lech: Piątek - Kaczorowski (76. Topolski), Mowlik, Wójcik, Telichowski - Gajtkowski (46. Zakrzewski), Majewski, Wojtala, Michał Goliński, Sasin (80. Nawrocik) - Reiss

Legia: Boruc - Szala, Jóźwiak, Poledica - Karwan Ż (56. Sokołowski II), Dudek Ż Ż CZ (81.), Surma Ż, Smoliński (54. Kowalski), Kiełbowicz - Włodarczyk, Saganowski (86. Magiera)

Sędzia: Tomasz Pacuda (Częstochowa)

Widzów ok. 17 tys. (200 kibiców Legii)

Ćwierćfinał Pucharu Polski, 10 maja 2005, Lech - Legia 0:0

Ubiegłoroczni finaliści Pucharu Polski stworzyli w pierwszym ćwierćfinale emocjonujący, choć przeciętny mecz. Lech Poznań, który broni pucharu, został w sobotę rozgromiony 3:0 w lidze na Łazienkowskiej. Dlatego zagrał asekuracyjnie. Z kolei legioniści chcieli uniknąć sytuacji, by za tydzień na swoim stadionie odrabiać straty. 20 tys. ludzi (rekord frekwencji w tym sezonie w Poznaniu) oglądało więc mecz, w którym oba zespoły stworzyły sobie zaledwie kilka dobrych okazji strzeleckich.

Legia zaatakowała pierwsza, ale w 3. min Bartosz Karwan, który w sobotę dwa razy trafiał do bramki Lecha, tym razem posłał piłkę w bramkarza. Jeszcze przed przerwą musiał opuścić boisko z powodu urazu i siła ofensywna gości poważnie zmalała. Poznaniacy mieli przewagę w środku, ale rzadko niepokoili Artura Boruca. A jeśli już, to bramkarz Legii poradził sobie z groźnymi strzałami Piotra Reissa, Marcina Wachowicza i Piotra Świerczewskiego.

Lech Poznań - Legia Warszawa 0:0

Lech: Piątek - Jakubowski, Mowlik, Wójcik, Lasocki - Świerczewski, Scherfchen Ż, Topolski (68. Gajtkowski) - Zakrzewski (73. Nawrocik), Wachowicz (62. Sasin) - Reiss.

Legia: Boruc - Sokołowski II, Choto, Szala, Kiełbowicz - Djoković, Magiera - Kaczorowski, Vuković, Karwan (39. Smoliński) - Saganowski (79. Zjawiński).

Widzów: 20 tys.

Ekstraklasa, 30 września 2005, Lech - Legia 1:0 (Tomasz Iwan 48)

Zobacz WIDEO z tego meczu

Po raz pierwszy od siedmiu lat Lech Poznań pokonał Legię Warszawa. Mecz oglądało aż 26 tys. kibiców, co jest rekordem w tym sezonie

Nie wiem, dlaczego wszyscy uważają ten mecz za spotkanie kolejki. Ani Legia nie jest teraz, a Lech jeszcze nie należy do krajowej czołówki - zastanawiał się przed spotkaniem pauzujący za kartki pomocnik Lecha Piotr Świerczewski.

Powodem, dla którego o spotkaniu w Poznaniu mówiła cała Polska, była rekordowa jak na naszą ekstraklasę frekwencja. Jeszcze godzinę przed pierwszym gwizdkiem nie było nawet 10 tys. kibiców, bo w obawie przed deszczem przyszli na ostatnią chwilę. Nie żałowali, ale tylko dlatego, że emocje były od pierwszego do ostatniego gwizdka, bo w sumie było to mierne widowisko.

Poznaniacy odważnie ruszyli na Legię, ale animuszu wystarczyło im na kwadrans, choć i w tym czasie nie stworzyli groźnych sytuacji. Legia takie miała, a zawdzięczała je sprytowi. Warszawiacy, podobnie jak Lech, opanowali umiejętność wykorzystywania nowego przepisu o spalonym do oszukiwania rywala. Oto jeden lub dwóch graczy biega sobie po spalonym, ale piłka trafia do trzeciego, który wyrywa się zza pleców obrony. Sędzia nie ma wtedy prawa zatrzymać gry. W ten właśnie sposób Piotr Włodarczyk dwukrotnie omal nie strzelił Lechowi gola - raz trafił nawet w słupek.

Widzowie mieli prawo być zniesmaczeni poziomem widowiska. Aż tu nagle zaraz po przerwie miały miejsce wydarzenia decydujące dla spotkania. W ciągu dwóch minut Tomasz Iwan przesądził o porażce Legii. Najpierw wykończył pierwszą, składną akcję Lecha (był to pierwszy gol Iwana w polskiej ekstraklasie po... 11 latach - wtedy strzelił bramkę dla Warty Poznań w przegranym 2:3 wyjazdowym meczu z... Legią), a po chwili bezmyślny faul Marcina Burkhardta właśnie na Iwanie zadał Legii jeszcze poważniejszą stratę - stratę piłkarza. I choć paradoksalnie gra warszawiaków poprawiła się, w dziesiątkę legioniści nie byli w stanie stworzyć zagrożenia. Lech przejął inicjatywę.

Najlepszą okazję miał w ostatniej minucie po... samobójczym strzale Marcina Rosłonia. Wynik mógł poprawić Damian Nawrocik, który po niecelnym uderzeniu głową skopał ze złości słupek.

Tej złości w Poznaniu nie brakowało z obu stron. Sypały się kartki, a kibice Legii obrzucili murawę racami. W pewnym momencie pokazali jednak, że myślenie nie jest ich mocną stroną - po jednym z takich występków sędzia przerwał akcję Aleksandra Vukovicia, który był pod bramką Lecha.

Lech Poznań - Legia Warszawa 1:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Iwan (48., po podaniu Topolskiego).

Lech: Kotorowski - Sasin, Wójcik, Andersson Ż, Telichowski Ż (73. Samba Ba) - Zakrzewski (78. Nawrocik), Scherfchen Ż, Iwan Ż, Topolski - Reiss, Gajtkowski Ż (90. Mowlik).

Legia: Fabiański - Sokołowski, Szala Ż, Rosłoń, Poledica (45. Smoliński) - Szałachowski (71. Klatt), Surma Ż, Burkhardt Cz, Kiełbowicz - Chmiest (55. Vuković Ż), Włodarczyk.

Sędziował Tomasz Mikulski z Lublina.

Widzów 26 tys.

Ekstraklasa, 19 maja 2007, Lech - Legia 3:1 (Marcin Zając 11, 39, Zbigniew Zakrzewski 72 - Piotr Włodarczyk 59)

Zobacz WIDEO z tego meczu

W przeddzień meczu bilety można było kupić już tylko na czarnym rynku. Kosztowały 400-500 zł, czyli tyle, ile najdroższe wejściówki na mecze Polaków na ubiegłorocznym mundialu!

Stawką była trzecia pozycja w lidze dająca prawo gry w Intertoto - rozgrywkach jeszcze do niedawna lekceważonych przez polskie kluby. - Chcemy grać w Intertoto, gdyż formuła tych rozgrywek się zmieniła, jest mniej spotkań i szybko można awansować do Pucharu UEFA - tłumaczył kapitan Legii Łukasz Surma.

Atmosfera była kapitalna. Już półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem blisko 15 tys. osób stworzyło niesamowitą oprawę meczu... dziewięciolatków Lecha i Legii. Półgodzinny pojedynek dzieci, toczony przy imponującym dopingu, wygrali 1:0 lechici. Cieszyli się zresztą tak samo, jak później ich dorośli koledzy.

Graczom Lecha pokonanie Legii nie przyszło łatwo, choć już w 3. min Zbigniew Zakrzewski w idealnej sytuacji strzelił z kilku metrów nad bramką. Następną okazję wykorzystał jednak bohater wieczoru Marcin Zając po fatalnym błędzie Surmy, który stracił piłkę jak przedszkolak. Poznaniacy oddali inicjatywę Legii. Warszawiacy grali naprawdę dobrze, atakowali z rozmachem, wymieniając dużo podań. Dlatego trener Legii chwalił swój zespół. - Trudno mieć pretensje do zawodników po takim spotkaniu i dlatego nie mam pretensji - mówił po meczu Jacek Zieliński. - Z wyjątkiem pierwszych dziesięciu minut, gdy graliśmy pasywnie, zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy. Potem przez 80 minut graliśmy jednak bardzo dobrze, momentami nasza przewaga była miażdżąca.

Tyle szczęścia co Kotorowski nie miał jednak Łukasz Fabiański, który w pierwszej połowie przepuścił jeszcze strzał Zająca w krótki róg. - Trener Zieliński ma rację, Legia rozegrała dobre spotkanie. To my jednak strzelaliśmy bramki i to się liczy. Żeby wygrać, musieliśmy liczyć na kontrataki, bo Legia grała niemal w takim samym składzie, jak wtedy, gdy zdobywała mistrzostwo. Oddaliśmy jej pole, ale za to każda nasza kontra była niebezpieczna. Wynik jest najważniejszy, gdybyśmy tak grali, jak graliśmy, i przegrali, to moglibyście mieć pretensje, ale wygraliśmy i trzeba się cieszyć - mówił Smuda.

W drugiej części, gdy Piotr Włodarczyk strzelił kontaktowego gola, zanosiło się na kolejny horror z udziałem Lecha. Legię dopadł jednak kryzys. Surma: - Po bramce dla nas chcieliśmy trochę odpocząć, bo pościg dużo nas kosztował. Potem chcieliśmy ruszyć, by zdobyć kolejne gole. Przyznam, że graliśmy wtedy trochę słabiej i Lech to wykorzystał.

Gola wypracował Zając, który świetnie zagrał do Zakrzewskiego, a ten nie zmarnował sytuacji sam na sam z Fabiańskim. Bramkarz Legii mógł mieć pretensje do swoich kolegów, którzy grali po lewej stronie Edsona i Rogera, bo wszystkie akcje bramkowe Lecha szły właśnie tym skrzydłem.

Lech Poznań - Legia Warszawa 3:1 (2:0)

Bramki: 1:0 Zając (11., po podaniu Reissa), 2:0 Zając (39., po zagraniu Kikuta), 2:1 Włodarczyk (59., po dośrodkowaniu G. Bronowickiego), 3:1 Zakrzewski 72., asysta Zająca)

Lech: Kotorowski - Kikut Ż, Tanevski (61. Injać), Drzymont, Wilk - Bosacki, Murawski - Zając, Quinteros (67. Pitry), Zakrzewski Ż (84. Scherfchen) - Reiss.

Legia: Fabiański - G. Bronowicki, Choto, Szala (73. Dick), Edson Ż (87. Smoliński) - Radović, Surma, Vuković, Roger (78. Korzym) - Włodarczyk, Grzelak.

Sędzia: Jarosław Żyro z Bydgoszczy

Widzów ok. 27 tys

Ekstraklasa, 6 października 2007, Lech - Legia 1:0 (Hernan Rengifo 73)

Zobacz WIDEO z tego meczu

W meczu dwóch zespołów grających zazwyczaj bardzo ofensywnie zadecydowała jedna akcja. Dzięki wygranej Lech znów liczy się w walce o mistrzostwo. Legia po kilku tygodniach straciła pozycję lidera

Żaden mecz nie wywołuje takiego zainteresowania. Padł kolejny rekord frekwencji. Na stadionie w Poznaniu było więcej ludzi, niż oficjalnie może się zmieścić - 28 tys. Także - mimo zakazów - grupa fanów z Warszawy. Lech mógłby przegrać wszystko, ale Legię u siebie musi pokonać. A Legię, która jest liderem Orange Ekstraklasy, to już w szczególności. Drużyna Jana Urbana do tej pory w tym sezonie wygrała osiem z dziewięciu meczów, ale w sobotę nie mogła wygrać, bo ani razu celnie nie strzeliła na bramkę.

Trener Lecha Franciszek Smuda oficjalnie dostał wsparcie klubu, ale wiedział dobrze, że tego meczu przegrać nie może. Gdyby do tego doszło, nic nie uratowałoby go w przerwie zimowej przed utratą pracy. Dlatego dobrze się przygotował.

- Przeanalizowaliśmy bardzo dokładnie wszystkie mecze przeciwnika. Zwłaszcza jedyny przegrany przez Legię - w Kielcach z Koroną. Tam miała pecha, panowała nad rozwojem wydarzeń. Wiedzieliśmy jedno - trzeba zrobić wszystko, aby nie dać się rozjechać drugiej linii Legii - mówił po meczu.

- Długo zanosiło się na to, że będzie 0:0. Potrafimy grać znacznie lepiej niż w sobotę. Zawiedliśmy w ofensywie - odpowiadał trener Legii Jan Urban.

- To były szachy - przyznał Smuda.

Do Poznania przyjechał Dickson Choto, ale stan jego zdrowia nie pozwolił, aby go wstawić do składu. Warszawianom bardzo brakowało na lewym skrzydle kreatywnego Edsona (na prawym słabo zagrał Miroslav Radović). Tej strony mieli pilnować powołani ostatnio do kadry obrońcy - Tomasz Kiełbowicz z Jakubem Wawrzyniakiem. Często jednak nie dawali rady pomysłowo grającym Marcinom - Zającowi i Kikutowi. To właśnie po tej stronie została przeprowadzona decydująca akcja meczu - nieco ponad kwadrans przed końcem.

Obie drużyny bardzo się pilnowały. Legia tzw. kulturą gry górowała, ale nic z tego nie wynikało. Takesure Chinyama miał przez cały mecz tylko jedną okazję (którą zresztą swoim zwyczajem spartaczył). Wprowadzony za niego Bartłomiej Grzelak w ogóle zginął w tłumie.

- Jesteśmy zbyt zależni od tego, którą nogą wstaną z łóżka nasi napastnicy - zżymał się Urban. Z taką grą ofensywną jak w sobotę dotychczasowy lider nie miał prawa wygrać spotkania.

Lech od 73. min prowadził. Bramkowa akcja była bardzo efektowna. Rozpoczęła się na prawym skrzydle od wygranego dryblingu Zająca. Piłka trafiła do Marcina Kikuta, którego nie zastopował Aleksandar Vuković. - Zatrzymałem się, bo gdybym go potrącił, byłaby jedenastka - mówił Serb. Kikut zagrał na środek pola karnego. Hernan Rengifo błyskotliwym zwodem oszukał Wojciecha Szalę i strzelił tak szybko, że Mucha nawet nie zareagował. Peruwiańczyk dostał owację na stojąco. - Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego, bo w Peru nie ma podobnego zwyczaju - powiedział Rengifo, którego pseudonim "El Charapa", czyli żółw, wziął się od nazwy jego ojczystego plemienia znad Amazonki.

Po meczu nie było szczęśliwszego człowieka niż Piotr Reiss. Gdy kapitan Lecha udzielał wywiadu, kibice skandowali jego nazwisko i rzucali w jego kierunku koszulki, żeby złożył na nich autograf. Kilkanaście minut wcześniej był jednak bardzo zdenerwowany, bo trener Smuda zdjął go z boiska. - Poniosło mnie. Jako lechita z krwi i kości zawsze chcę grać przeciwko Legii od początku do końca. Przepraszam za te nerwy wszystkich - mówił już rozradowany. - Dzień wcześniej miałem 11. rocznicę ślubu. To zwycięstwo dedykuję żonie. To najlepszy prezent, jaki mógłbym wymyślić.

Lech po raz pierwszy pokonał warszawiaków, gdy przyjechali do Poznania w roli lidera. W dodatku ich tej pozycji pozbawił.

Lech Poznań - Legia Warszawa 1:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Rengifo (73.)

Lech: Dolha Ż - Kikut, Kucharski, Tanevski, Djurdjević - Zając, Murawski, Quinteros, Wilk (72. Henriquez) - Reiss (78. Injac), Rengifo (90. Pitry).

Legia: Mucha - Rzeźniczak Ż, Szala, Astiz Ż, Wawrzyniak - Radović (63. Grosicki), Vuković Ż (83. Burkhardt), Roger Ż, Kiełbowicz - Giza - Chinyama (69. Grzelak).

Sędziował Tomasz Mikulski z Lublina.

Widzów 28 tys. (ok. 350 kibiców Legii).

Ekstraklasa, 5 października 2008, Lech - Legia 0:0

Zobacz WIDEO z tego meczu na Ekstraklasa.tv!

Od lat nie zdarzyło się, by mecz Lecha z Legią Warszawa znalazł się w takim cieniu. Był to jednak cień nie byle jaki, bo dramatycznego meczu z Austrią Wiedeń i awansu "Kolejorza" do fazy grupowej Pucharu UEFA. Ten mecz położył się też cieniem na grze poznaniaków, którzy musieli odczuwać trudy czwartkowego pojedynku z Austriakami. Nieprzypadkowo wzdłuż linii otaczającej ławkę rezerwowych Lecha stały jedna przy drugiej butelki z napojami energetyzującymi.

Mecz Lecha z Legią - zazwyczaj niesamowity hit - tym razem rozczarował, ale nie wszystko można zrzucić na karb zmęczenia poznaniaków. Ulegli oni mocnemu pressingowi Legii w środku pola. Warszawiacy umiejętnie wymieniali podania, nierzadko wycofywali piłkę głęboko, zmuszając lechitów do przemierzania kolejnych kilometrów.

Bardzo mało było okazji bramkowych i w ogóle spięć w polu karnym. W 24. min można było mieć poważne wątpliwości, czy Miroslav Radović nie zatrzymywał faulem wychodzącego na pozycję Rafała Murawskiego. Po chwili w polu karnym Legii po starciu z nieudolnym Wojciechem Szalą padł Robert Lewandowski. W żadnym z tych wypadków sędzia nie reagował.

Bohaterowie z czwartku i pogromcy Austrii tym razem spisywali się dużo gorzej. Po Rafale Murawskim, którego strzał dał Lechowi ten historyczny awans, było to widać najwyraźniej. Harował, ale miał mnóstwo strat. Ciężko odczuwali czwartkowy mecz także inni piłkarze - Semir Stilić szybko nadawał się do zmiany; Sławomir Peszko po dobrym początku meczu, z każdą minutą gasł w oczach. Każdego z nich można było zrozumieć. Trener Franciszek Smuda nie zdecydował się jednak na zastosowanie roszad w składzie i wymienienie tych najbardziej zmęczonych, a to już zrozumieć trudniej.

Zatroskani widzowie patrzyli na niego i resztę graczy "Kolejorza", zastanawiając się, czy to możliwe, aby w cztery dni Lech wytrzymał i wygrał dwa tak ważne mecze. A przecież gdy Lech i Legia rozpoczynały mecz, wiadomo było już, iż Wisła Kraków nie wygrała w Zabrzu. Zwycięstwo nad Legią dawało lechitom fotel lidera!

O to zwycięstwo, w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się Lech, było bardzo trudno. Poznaniacy najbardziej zagrozili bramce Legii wtedy, gdy Robert Lewandowski chciał oddać warszawiakom piłkę wybitą na aut, bo na boisku leżał jeden z graczy. Niechcący trafił w poprzeczkę. Przeprosił za to, ale nie wiedział, że lepszych okazji w tym meczu i tak nie będzie.

Lech Poznań 0 Legia Warszawa 0

LECH: Kotorowski - Wojtkowiak, Arboleda, Tanevski, Djurdjević - Peszko, Bandrowski, Murawski, Lewandowski, Stilić (54. Stilić), Wilk Ż (90. Reiss) - Rengifo Ż

LEGIA: Mucha - Szala Ż, Choto, Astiza, Wawrzyniak - Borysiuk Ż (68. Giza), Radović Ż, Roger Ż, Iwański, Edson (21. Rybus) - Chinyama (85. Grzelak)

Sędzia: Robert Małek (Zabrze)

Widzów 25 tys.

Ekstraklasa, 3 kwietnia 2010, Lech - Legia 1:0 (Stilić)

Zobacz WIDEO z tego meczu na Ekstraklasa.tv!

Pierwsza połowa na 0:0, druga na 3:0 dla Lecha - tak powinien skończyć się hit wiosny w Poznaniu. Po skromnym zwycięstwie 1:0 to "Kolejorz" utrzymał się w wyścigu o mistrzostwo Polski

Mecz należał do tych spotkań wiosny, których znaczenie w walce o tytuł jest kluczowe. Owszem, w tym pojedynku nie było lidera - Wisły Kraków. Ale w kontekście zwycięstwa wiślaków z Polonią Warszawa (tuż przed początkiem meczu w Poznaniu) jasne było, że kto na Bułgarskiej przegra, ten z walki o tytuł najprawdopodobniej odpadnie.

W sobotę mieliśmy wstrząsające 10 minut, podczas których Lech rzucił się na Legię jak wygłodniała wataha wilków. Było to dość nietypowe jak na obecnego Lecha trenera Jacka Zielińskiego. Nie w jego stylu. Mecz Lech - Legia to jednak klasyk szczególny, wymykający się wszelkim stylom. Lech ruszył, Legia cofnęła się i... przetrwała.

Robert Lewandowski przegrał łącznie aż trzy pojedynki sam na sam z bramkarzem, co mu się zazwyczaj nie zdarza. Zdaniem sędziego Huberta Siejewicza przegrał i czwartą, choć wnikliwsza obserwacja sytuacji z 62. minuty i powtórki telewizyjne wykazały niezbicie, że to nie Lewandowski przegrał z Muchą, lecz Słowak go sfaulował w polu karnym.

Lewandowski był też bohaterem sytuacji, która rozpoczęła drugą połowę. Kilkadziesiąt sekund po gwizdku Peszko uderzył w słupek, a do dobitki doskoczyli właśnie Lewandowski i Siergiej Kriwiec. Okazja była wyśmienita, bramka pusta, a odległość niewielka. Gol nie padł.

Ta połowa różniła się od pierwszej jeszcze jednym - tu warunki dyktował już niemal wyłącznie Lech.

Także i Legia rozgrywała jeden z lepszych meczów w tym sezonie. Zepchnięta do obrony, przyjmowała bitwę z Lechem w środku pola. Nie konstruowała sama akcji, licząc na kontry, ale nie broniła się tylko przy pomocy chaotycznej wybijanki. Lech napierał, ale w szeregach Legii chaosu nie było. - Pozwoliliśmy jednak lechitom na zbyt wiele swobody, zwłaszcza wymienność pozycji. To błąd - mówił po meczu Maciej Rybus.

Lech przeważał, ale gola zdobyć z akcji nie mógł. Z pomocą przyszedł mu rzut wolny. Specjalistą od nich jest Semir Stilić. Przynajmniej był, bo w tym sezonie żadnej bramki nie strzelił. Teraz jednak trafił znakomicie, nad murem i Lech prowadził 1:0. A szczęśliwy Stilić pokazał w stronę trybun nakreślone dłonią serduszko. - To dla mamy. Była tam - wyjaśnił po meczu.

Lech Poznań - Legia Warszawa 1:0 (0:0)

Bramka: 1:0 Stilić (76. min)

Lech: Burić - Wojtkowiak, Bosacki Ż, Arboleda, Gancarczyk - Injac, Bandrowski - Peszko Ż, Stilić (90. Mikołajczak), Kriwiec (90. Możdżeń) - Lewandowski Ż

Legia: Mucha - Rzeźniczak, Kumbev Ż, Inaki Astiz, Kiełbowicz - Szałachowski, Jarzębowski Ż (80. Mięciel), Borysiuk Ż (89. Giza), Iwański, Rybus (46. Radović Ż) - Grzelak Ż