Sport.pl

TYLKO NA POZNAN.SPORT.PL: Przeczytaj fragmenty książki ''Okoń'' i wygraj egzemplarz z podpisem najlepszego piłkarza w dziejach Lecha

Uwaga, konkurs! Do wygrania dwa egzemplarze niezwykłej biografii ''Okoń'', opisującej życie Mirosława Okońskiego, najlepszego piłkarza w historii Kolejorza i gwiazdy Bundesligi w barwach HSV. By wygrać, trzeba polubić nasz facebookowy profil POZNAŃ.SPORT.PL. W poniedziałek opublikujemy na nim konkursowe pytanie. Odpowiedź znajduje się w jednym z pięciu fragmentów książki autorstwa Radosława Nawrota, dziennikarza naszego serwisu i Gazety Wyborczej Poznań.
Nagrody w konkursie ufundował wydawca książki, wydawnictwo Red Box.

''Panie trenerze, czy my spadniemy z ligi?''

Lech nie zwyciężał. Już w pierwszym sezonie miał kłopoty. Potem przyszła mizeria i odrętwiająca przeciętność. Mecze stawały się coraz nudniejsze, a ludzi na stadionie ubywało. Jeszcze nigdy po powrocie do ligi Lech nie znalazł się tak blisko degradacji, jeszcze nigdy nie miał tak wielkich problemów i jeszcze nigdy trener Kopa nie miał takich wątpliwości, czy na pewno uda się pokonać trudności. Dlatego nie za bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć kibicowi, który wstał z krzesła i zapytał:
- Panie trenerze, czy my spadniemy z ligi?
Młody trener tylko otworzył usta, próbując coś powiedzieć.
- Będziemy starali się?
- 1:7! - ryknął inny kibic, sąsiad tamtego. Tęgi, łysawy mężczyzna w zdecydowanie źle dobranym i przyciasnym płaszczu, miał na szyi wełniany szalik w niebieskie i białe poprzeczne pasy. Szalik był bardzo nierówny, więc żona, matka czy siostra, która wydziergała mu go na drutach, nie miała zbytniego doświadczenia w robótkach ręcznych. A może raczej, co całkiem możliwe, szalik zbiegł się w praniu, przemielony przez wyżymaczkę wysłużonej Frani. Ten kibic jednak i tak mógł być z siebie dumny - pozostali nie mieli nawet tego.
- 1:7 z Odrą Opole! A wcześniej 1:4 z Ruchem, 1:4 z Wisłą, 1:5 ze Stalą Mielec! - zawołał raz jeszcze, donośniej, aż wszyscy umilkli.

''To najgorsze, co mogło mi się zdarzyć, trenerze''

Podobny dreszcz przeszył go znowu, gdy autobus z zespołem Legii wjeżdżał do Częstochowy. To właśnie tam miał się odbyć mecz finałowy. Przezornie nie usiadł przy oknie, ale i tak widział tych wszystkich ludzi na ulicach. Kilkuosobowe grupki kotłowały się pod kioskami z piwem. Kiedy wjechali na większą ulicę, stanęła przed nimi liczniejsza grupa fanów. Zawieszone na szyjach zielone szale opadały na ich dżinsowe kurtki. To byli kibice Legii. Gdy zorientowali się, kto znajduje się w autobusie, zaczęli bić brawo.
Naraz coś zupełnie innego przyciągnęło ich uwagę. W jednej chwili kibice, którzy oklaskami witali ich autobus, odwrócili się i pędem ruszyli w stronę sąsiedniej przecznicy. Nietrudno było się domyślić, co się dzieje.
Mirek już wiedział, że pierwsi kibice Lecha dotarli do Częstochowy. Słyszał ich wieczorem, gdy próbował zasnąć. Krążyli po otaczających hotel ulicach, krzyczeli, potem usłyszał milicyjne syreny. Wiele syren. Dopiero gdy przywykł do ich dźwięku, zasnął.
Podczas śniadania trener Brychczy podszedł do niego i zapytał z troską:
- Jesteś bardzo spięty, ''Mundek''. Co się dzieje?
- To najgorsze, co mogło mi się zdarzyć, trenerze - odrzekł, topiąc twarz w dłoniach.
- Ale co? Co takiego?
- To, że gramy w finale z Lechem. Dlaczego to musi być Lech?!

''On jest jak rewolwerowiec na Dzikim Zachodzie, który otwiera drzwi saloonu kopniakiem''

Na pierwszej przedmeczowej odprawie w Bilbao trener Łazarek powiedział:
- Panowie, na dzień dobry mamy jeden poważny i bardzo aktualny problem. Nazywa się on Andoni Goikoetchea.
Następnie pilotem uruchomił rzutnik, który pokazał przygotowany przez Hiszpanów film. Był to krótki fragment meczu, który FC Barcelona grała z Athletikiem Bilbao w sobotę, kilka dni przed pojedynkiem z Kolejorzem. A w barwach FC Barcelony występował wtedy Diego Armando Maradona, za którego kataloński klub raptem rok wcześniej zapłacił niewiarygodną sumę niemal dziesięciu milionów dolarów.
(...) Goikoetceha najpierw sfaulował go delikatnie, jakby badał swą twardą nogą miękkość gruntu, podatność na ostateczny cios. Za każdym razem faulował coraz mocniej. Wreszcie Maradona nie wytrzymał. Choć Goikoetchea górował nad nim wzrostem, Diego doskoczył do niego jak mały kogucik. Stanął na palcach, postawił się. Wtedy zaczęła się jatka, jakiej Mirek nigdy w życiu jeszcze nie widział, może jedynie w filmie z Bruce?em Lee, którego plakat zawsze wisiał nad jego łóżkiem. Argentyńczyk zaatakował rywala ciosami karate, a po chwili do walki włączyli się pozostali piłkarze obu ekip. Nie wytrzymali też kibice. Hiszpańska policja z trudem powstrzymywała fanów z Kraju Basków, którzy wyłamali już kraty i płot, by dołączyć do swoich chłopców i wesprzeć ich w niewiarygodnej bójce z barcelończykami.
- W tym wypadku nie jest istotne, kto zaczął. To była tylko gra wstępna, która miała podnieść adrenalinę i wyprowadzić z równowagi najlepszego gracza, w tym wypadku Maradonę - mówił trener Łazarek.
- No to uważaj na siebie, ''Maradona''! - Józef Adamiec nachylił się do Niewiadomskiego, próbując rozładować napięcie.
- Andoni Goikoetchea i tak znajdzie pretekst, żeby was zaatakować, o ile uzna to za konieczne. - Trenerowi nie drgnął żaden mięsień na twarzy. - On jest jak rewolwerowiec na Dzikim Zachodzie, który otwiera drzwi saloonu kopniakiem i wali pięścią w stół, żeby mieć spokój i ustalić, kto rządzi w lokalu. Trzeba mieć w sobie sporo siły i odwagi, żeby podjąć grę, jaką on proponuje. Nie wolno nam o tym zapominać, bo Athletic Bilbao jest pod ścianą i musi odrobić dwie bramki straty z Poznania - westchnął szkoleniowiec i znów uruchomił pilotem rzutnik.

''Sprowadź mi tego Polaka i ja już nikogo więcej od ciebie nie chcę''

- No i jak? - zapytał Günther Netzer.
Tak naprawdę to skierowane do trenera Happela pytanie było retoryczne. Obydwaj widzieli, że ten Polak potrafi naprawdę dużo. Już w zeszłym roku, gdy obserwowali go w meczach z Admirą Wacker i Borussią Mönchengladbach i gdy Netzer pokazywał Happelowi wideo z jego grą i dryblingami, trener HSV nie miał wątpliwości.
- Günther, odpowiadasz za transfery i nasze wzmocnienia przed nowym sezonem - zwrócił się do Netzera. - Powiem ci jedno: sprowadź mi tego Polaka i ja już nikogo więcej od ciebie nie chcę.
Netzer nie krył zadowolenia, że znaleziony w Polsce gracz przypadł do gustu legendarnemu trenerowi, ale z drugiej strony wiedział, że Polacy nie chcą go puścić, a przepisy obowiązujące w kwestii transferów za żelazną kurtyną czasami go przerastały swą złożonością i wymagały osobnej analizy.
- Dobrze, trenerze, ale Polacy nie chcą się zgodzić. Może się okazać, że nie będziemy w stanie pozyskać go zimą i dopniemy transfer dopiero latem - zaznaczył.
Ernst Happel machnął tylko ręką.
- Po prostu go sprowadź. Sprowadź go jak najszybciej się da - zaordynował i zapalił papierosa.

''Gmoch szukał dla Olympiakosu napastnika i wszyscy byli przekonani, że postawi na Mirosława Okońskiego z HSV''

- Nasze drogi się rozeszły, a Jacek Gmoch został trenerem Larisy. I muszę przyznać, że to, co z nią osiągnął, było niesamowite - kontynuował Gidopoulos. - Larisa została wiosną mistrzem Grecji. To pierwszy taki przypadek w tym kraju, że tytuł zdobył ktoś spoza ateńskiej trójki. Wielka spawa - mówił z wyraźnym uznaniem w głosie.
- Ale co ma do tego Olympiakos?
- To, że Gmoch nie pracuje już w Larisie. Pracuje właśnie w Pireusie. Dostał tam wolną rękę i przede wszystkim otwarty rachunek na poszukiwanie znakomitego napastnika, który zawojuje ligę i pomoże wrócić Olympiakosowi na szczyt tabeli. Wiesz, oni w ostatnim sezonie zajęli ósme miejsce. Ósme! Dla tego klubu to katastrofa. Doszło nawet do zamieszek.
- Kibice?
- Tak. Wszczęli burdy. W Grecji, gdy przegrywasz, zawsze są zamieszki.
Robiło się bardzo gorąco. Minęło południe i temperatura musiała przekroczyć trzydzieści stopni Celsjusza w cieniu. Na słońce wychodziły już tylko spragnione go jaszczurki. Nawet ptaki chowały się wśród liści. W domu Gidopoulosa było przyjemnie chłodno, choć powietrza nie młócił żaden wentylator, po prostu działała klimatyzacja.
- W każdym razie Gmoch szukał dla Olympiakosu napastnika i wszyscy byli przekonani, że postawi na Mirosława Okońskiego z HSV.
- O!
- On jednak wybrał Węgra Lajosa Detariego. Sprowadził go do Pireusu za półtora miliarda drachm.
- Czyli?
- To jakieś siedemnaście milionów marek. Dziesięć milionów dolarów. Jak widzisz, to ty mogłeś tyle kosztować. Tymczasem ja zapłaciłem HSV milion dwieście tysięcy marek - zaznaczył, zacierając ręce.
- Matko! - Mirek oniemiał. - To fortuna!
- Ależ skąd! To była okazja - oponował prezes.
- Nie, nie! Te dziesięć milionów dolarów!
Gidopoulos uniósł kieliszek.
- Jak już nadmieniłem, my, Grecy, mamy pieniądze i mamy gest!

Więcej o: