Londyn 2012. Chodziarz z Kalisza reprezentuje Gruzję na igrzyskach

- Udział w igrzyskach to dla mnie coś bezcennego. Każda sekunda w wiosce olimpijskiej, wśród sportowców z całego świata, wynagradza mi ponad 10 lat ciężkich treningów i ostatni stresujący rok - opowiada Maciej Rosiewicz z Kalisza. W chodzie na 50 km w Londynie (11 sierpnia) będzie reprezentował biało-czerwone barwy, ale nie będą to, jak wcześniej, barwy Polski, lecz Gruzji, która umożliwiła mu start na igrzyskach olimpijskich.
Trenuje go Krzysztof Kisiel, ten sam, z którym Robert Korzeniowski zdobył nieraz olimpijskie złoto. - W sporcie zawdzięczam mu wszystko. Przygarnął mnie, choć moja wartość sportowa była nikła, a on ćwiczył najlepszego chodziarza świata - mówi o szkoleniowcu 34-letni Maciej Rosiewicz.

Próbował biegania i triathlonu, do chodu ostatecznie zwolnił dopiero na trzecim roku studiów w Poznaniu. Pomogli mu w tym... celnicy. - To było 11 lat temu, gdy trzeba było mieć pozwolenie na pracę na Wyspach. Jechałem autobusem do kolegów, którzy zarabiali przy zbieraniu owoców. Prosili, bym przywiózł im trochę jedzenia z kraju. Zostałem wyrwany do kontroli, a że pół plecaka było załadowane zupkami w proszku, cofnęli mnie z granicy. To była chyba najszczęśliwsza deportacja na świecie! - opowiada chodziarz. Wrócił do Polski i zanotował dwa świetne starty, a od trenera usłyszał: - Chłopie, masz do tego zdrowie!

Kaliski chodziarz ma też zdrowie do pracy z młodzieżą. Najpierw uczył angielskiego, teraz wuefu w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Kaliszu.

Z kolejnych mistrzostw Polski w chodzie na 50 km przywoził medale (cztery srebrne, trzy brązowe), wygrywał w Austrii i na Łotwie, ale do optymalnego wyniku zawsze ciut brakowało. W 2008 r. zabrakło dokładnie 53 sekund. - Czułem już zapach igrzysk w Pekinie. Byłem sfrustrowany, ciężko jest godzić sport wyczynowy z pracą - wspomina.

- Pomyśl, jaki czas mógłbyś osiągnąć, gdybyś przygotowywał się tak jak my! - mówił mu dwa lata temu kadrowicz Rafał Fedaczyński.

Maciej Rosiewicz pobił wtedy swój życiowy rekord na 50 km (3:55) i doszedł do wniosku, że chce postawić na chód. - Ale miałem już wtedy dwójkę dzieci, więc nie mogłem zostawić szkoły. Od jednego pana w związku lekkoatletycznym usłyszałem, że jestem za stary. Próbowałem też w samorządzie i u sponsorów, ale potrzebnego wsparcia nie znalazłem - mówi.

W marcu ub. roku zwrócił się więc o pomoc do kraju, w którym Polacy traktowani są z wyjątkową życzliwością. - Na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego prezydent Micheil Saakaszwili przyleciał z USA aż pięcioma samolotami, pomimo pyłu wulkanicznego z Islandii. Napisałem list do jego kancelarii i przedstawiłem motywację startu dla Gruzji. Już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź, co muszę wypełnić, by starać się o obywatelstwo - opowiada lekkoatleta.

1 września, dwa miesiące po złożeniu dokumentów i referencji, Maciej Rosiewicz dostał drugi paszport. Choć w marcu wypełnił minimum olimpijskie B dla krajów, które chcą wystawić tylko jednego reprezentanta w konkurencji (a takim jest Gruzja), w drodze na igrzyska mógł się potknąć o procedury. Międzynarodowa federacja lekkoatletyczna pozwoliła mu reprezentować Gruzję, ale... dopiero od września. W końcu, po odwołaniach, wydała zgodę, ale jako gruzińskiego zawodnika musiał go jeszcze zaakceptować Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Zrobił to dopiero w czerwcu!

- Każdy może mnie oceniać, ale niech najpierw postawi się w mojej sytuacji. Przez ponad 10 lat łączyłem treningi z pracą w szkole, latem z pracą w sadzie. Nie wyjeżdżałem na obozy do ciepłych krajów. Polska zawsze będzie moją ojczyzną. Kocham jej historię, kulturę i tradycję. Ale oddzielam to od instytucji, przez które byłem pozostawiony samemu sobie. Byłem wręcz wyśmiewany, mówiono mi "kończ waść". Przygarnęła mnie Gruzja. Tam nie usłyszałem, że jestem za mało perspektywiczny - tłumaczy swoją decyzję Maciej Rosiewicz. - Myślę, że nie należę do najgorszych polskich patriotów. Ale pewien etap mam już za sobą i teraz moim marzeniem jest godne reprezentowanie Gruzji, mam do spłacenia dług wdzięczności. Nie przejmuję się, co kto o mnie pomyśli, czy dla jednych będę zdrajcą, a dla innych inspiratorem. Gdybym był taki cwany, nie czekałbym tak długo z ubieganiem się o drugie obywatelstwo, nie ryzykowałbym braku zgody na start na igrzyskach i tego stresu, który przeżyłem. Długo wierzyłem, że będę mógł przygotowywać się w lepszych warunkach i osiągać lepsze wyniki. Śmieję się, gdy słyszę, że chodzi mi o pieniądze. Chodzi o igrzyska! Bogdan Wenta i Władysław Kozakiewicz, z różnych względów, w pewnym momencie zaczęli reprezentować Niemcy. Ten pierwszy niedawno usłyszał na meczu w Płocku, że nigdy nie będzie Polakiem.

Szumu wokół siebie się nie spodziewał. - Były u mnie dwie telewizje i radio, a jeszcze niedawno moje treningi nad Prosną obserwowały tylko... kaczki - śmieje się.

Trzej chodziarze na 50 km, którzy będą reprezentowali Polskę w Londynie, mają lepsze czasy od niego. W Gruzji Maciej Rosiewicz konkurencji nie ma. I choć cztery dni po oficjalnym otwarciu igrzysk skończy 35 lat, start w Londynie może nie być jego ostatnim na największej sportowej imprezie świata.

- Wystartujesz dla nas za cztery lata na igrzyskach w Rio de Janeiro? - to pierwsze zdanie, jakie usłyszał od szefa gruzińskiego komitetu olimpijskiego. Gruzini wiążą więc z nim nadzieje nie tylko na udany wynik w Londynie. Możliwe, że po igrzyskach Maciej Rosiewicz przejdzie na zawodowstwo. Takie jest przynajmniej jego marzenie.

A te ostatnio mu się spełniają. Gdy pierwszy raz przyleciał do stolicy Gruzji, na widok siedziby prezydenta zażartował, że niedługo będzie z nim kosztował wino. Prawie trafił: w towarzystwie Micheila Saakaszwilego raczył się szampanem razem z całą kadrą olimpijską. - Prezydent powiedział mi, że przyjemnie jest gościć Polaka w reprezentacji Gruzji - relacjonuje chodziarz.

Gdy na początku lipca leciał do Tbilisi na zaprzysiężenie olimpijskie, jego żona Monika rodziła trzecie dziecko. Nazajutrz szef federacji lekkiej atletyki mógł wygłosić trzy toasty: za Polskę, za przyjaźń polsko-gruzińską i za nowo narodzoną córkę chodziarza. Starsza z jego córeczek ma na imię Nina. - Tak jak patronka Gruzji. Ale to akurat przypadek! - mówi Maciej Rosiewicz.

Co sądzisz o decyzji Macieja Rosiewicza, który na igrzyskach reprezentuje Gruzję?
Kto ma rację w wymianie zadań między Włoszczowską i Szurkowskim?
Włoszczowska
Szurkowski
Ile medali zdobędzie Polska?
Londyn 2012 czy Euro 2012?
igrzyska
piłka