Sport.pl

"Niezłomny" spod Poznania. Miga na ekranie filmu Jolie

Bohater najnowszego filmu "Niezłomny" Angeliny Jolie, amerykański biegacz Louis Zamperini, na bieżni igrzysk olimpijskich w Berlinie w 1936 roku walczy z grupą zawodników z całego świata. Wśród nich - człowiek z białym orłem. To Józef Noji z Pęckowa, wioski pod Poznaniem. Z życiorysem równie dobrym na film.
Teraz, po filmie "Niezłomny" (Unbroken), którym reżyserująca go Angelina Jolie podbija świat, Louisa Zamperiniego znają wszyscy. Kiedyś był dobrze zapowiadającym się przedwojennym biegaczem amerykańskim, którego rodzice emigrowali do Ameryki z Włoch. Niczego specjalnego jednak w bieganiu nie osiągnął. To uczestnik igrzysk olimpijskich podczas pamiętnej nazistowskiej imprezy w Berlinie w 1936 roku. Tu w biegu na 5 km zajął ósme miejsce, co Angelina Jolie w swym najnowszym filmie zgrabnie sprzedała jako sukces. Ale...

Po pierwsze - było to przecież tylko przetarcie przed kolejnymi igrzyskami w 1940 roku, w Tokio. Po drugie - Zamperini czasem 56 sekund pobił rekord ostatniego okrążenia, czego pogratulował mu osobiście Adolf Hitler. No i wreszcie bohater "Niezłomnego" wyprzedził Dona Lasha, uznawanego za lidera amerykańskiej ekipy.

Nie wyprzedził jednak reprezentanta Polski.

A obok - biegacz z Wielkopolski

Angelina Jolie starała się dość wiernie odtworzyć Stadion Olimpijski w Berlinie i sam bieg na 5 km. Jej Louis Zamperini (w tej roli Jack O'Connell) walczy na bieżni z zawodnikami z całego świata, którzy faktycznie stanęli na starcie tamtych igrzysk.

- Na czele Finowie, którzy są tradycyjnie faworytami biegów długich - mówi w filmie spiker radiowy. W 1936 roku nie było już takich gwiazd jak Paavo Nurmi, Hannes Kolehmainen czy Ville Ritola, ale nadal Finlandia była na długich dystansach tym, czym dzisiaj jest tam Kenia. Ostatecznie Gunnar Höckert wygrał ten bieg i zdobył złoto (kilka lat później zginął na froncie karelskim podczas wojny zimowej z ZSRR), a srebrny medal wywalczył obrońca trofeum Lauri Lehtinen.

W filmie Zamperini ma podczas biegu obok siebie zawodnika w koszulce ze szwedzką flagą (to późniejszy brązowy medalista Henry Jonsson), biegacza z flagą Japonii (Kohei Murakoso, był czwarty), Danii (to Harry Siefert) i Norwegii (to Rolf Hansen). Jest wreszcie zawodnik w czerwonej koszulce z białym orłem. To Józef Noji, biegacz z Wielkopolski.



W grudniu 1936 roku "Przegląd Sportowy" zamieścił na swych łamach coś, co w ówczesnej prasie spotykało się bardzo rzadko - reportaż. Jego autorem był redaktor Jan Erdman, legenda polskiego dziennikarstwa sportowego, która opisywała czytelnikom np. sukcesy Janusza Kusocińskiego i Stanisławy Walasiewiczówny na cudownych dla nas igrzyskach w Los Angeles w 1932 roku (znacznie bardziej udanych niż te berlińskie cztery lata później). Jako jeden z dwóch reporterów udał się bowiem wówczas do Stanów Zjednoczonych na pokładzie polskiego transatlantyku "Pułaski". Druga była Kazimiera Muszałówna, kierowniczka działu sportowego Polskiej Agencji Telegraficznej.

Lepiej mi jeść naszykujcie!

Teraz redaktor Jan Erdman wybrał się w podróż także egzotyczną, bo do naprawdę małej wioski, jaką było wtedy Pęckowo w pobliżu Czarnkowa, Wielenia i Szamotuł. "Przegląd Sportowy" zamieścił nawet mapkę z wyrysowaną linią łączącą to sioło z Poznaniem i napisem "75 km". Zaledwie 5 km w drugą stronę, za Drawskiem, była już granica Trzeciej Rzeszy. Na Noteci stały już swastyki.

"Jesteśmy w Pęckowie, we wsi rodzinnej Józefa Noji. Oto jego chata - pisze redaktor Erdman i zamieszcza fotografie. - Ojciec w mundurze pruskiego landszturmisty (w czasie wojny), siostra Zosia karmi, jak jej imienniczka w "Panu Tadeuszu", ptactwo domowe; staruszka-matka na poważnej rozmowie z córką; "Stolarnia Marcina Piątka", w której Józef Noji nauczył się swego fachu; p. Irena Francuzkówna, towarzyszka zabaw dziecięcych biegacza [Józef Noji w 1938 roku się z nią ożenił - red.]".

Matka olimpijczyka, pani Józefa z Kowalów, opowiada o karierze syna: - Owszem, wadziliśmy się czasem o to latanie. Ale on powiadał, że tak musi i wy, kobiety się na tym nie znacie. Kiedyś wyjechał na zawody po kryjomu, to się zgniewałam, ale on wraca i mówi "Nie wyzywajcie, matko, bo wygrałem. Lepiej mi jeść naszykujcie!".

Po igrzyskach berlińskich Józef Noji stał się chlubą wsi i całej okolicy. Gdy wrócił, mieszkańcy się zeszli i słuchali przejęci. Pani Józefa: - Jak wrócił Józek z Berlina w tym czerwonym ubranku, wszyscy z naszej wsi lecieli za nim jak za Cyganem. A wieczorem podczas kolacji naschodziło się tylu chłopaków, że w izbie ruszyć się nie było można. I dopiero Józek musiał opowiadać, jak to jest na świecie. Na przykład opowiadał, że w Berlinie mieszkał w takim domu, w którym podłogi były suknem obite. Pytam się więc, jak tam podłogi myją, a on mówi że specjalna maszyna elektryczna przyjeżdża i cały kurz wciąga. Jak kto podróżuje, różnych cudów się napatrzy...

Zakończył redaktor Erdman swój reportaż z Pęckowa apelem do czytelników, by do chaty Nojów wstawić aparat radiowy, bo "nie wie stara matka, co się z jej Józkiem dzieje. Listy idą długo, jeszcze dłużej trzeba czekać na jego wizytę".



Bieganie do pracy i na serio

To i tak nie daje pełnego obrazu, w jakich warunkach Józef Noji żył i uczył się biegania. Kiedy miał osiem lat, pod koniec wojny światowej zmarł jego ojciec, więc chłopak znalazł się pod ścianą - ledwo skończył pięcioklasową szkołę i poszedł do pracy w stolarni, by utrzymać rodzinę. Po wojsku, jako wykwalifikowany cieśla, znalazł dobrą fuchę, ale 24 km od Pęckowa. Na kolej nie było go stać, na rower także, zostawał... codzienny bieg.

W efekcie sześć lat później, w 1933 roku, bez trudu wygrał we Wronkach eliminacje o prawo startu w biegu głównym "Kuriera Poznańskiego", czołowej wtedy gazety w Poznaniu (sprzedawała 35 tys. egzemplarzy) kojarzonej z endecją. Jej redakcja sportowa organizowała ten przełajowy bieg co roku z udziałem czołówki biegaczy. 17 września 1933 roku w poznańskim finale Józef Noji przybiegł drugi za mistrzem Polski w przełajach, Maksymilianem Hartlikiem z Chorzowa, i wszyscy zaczęli się zastanawiać "Kim jest samouk z Pęckowa?".

- A nie chciałby pan wstąpić do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki? - zapytano Nojiego. Zatkało go zupełnie. To nie tylko oznaczało bieganie na serio, ale także przenosiny do Poznania i chociażby pracę w dużym mieście. Biegacz stał się... odźwiernym w redakcji "Kuriera Poznańskiego". Pracował też jako tapicer. Z czasem przeniesiono go do Warszawy, gdzie na życie i bieganie zarabiał z kolei jako motorniczy warszawskiego tramwaju. Tam podczas zawodów lekkoatletycznych mógł poznać wielkich mistrzów, w tym legendarnego Janusza Kusocińskiego, mistrza olimpijskiego z 1932 roku. Chłopak z Pęckowa zapatrzył się w niego jak w obrazek. I to go poniekąd kosztowało życie.

Naburmuszony Janusz Kusociński

W archiwach zachowało się zdjęcie ze stadionu Szyca, gdzie w lipcu 1934 roku odbywały się mistrzostwa Polski. Oparty o murek naburmuszony Janusz Kusociński obserwuje bieg, w którym Józef Noji biegnie po srebro na jego koronnym dystansie 10 km (rok później Noji był już na nim mistrzem). Wściekły, bo on startować nie mógł. Przewlekła kontuzja nie tylko wyłączyła go z wielu startów i to mimo interwencji śmietanki polskiej chirurgii z prof. Henrykiem Julianem Levittoux (zginął potem w katyńskim lesie) na czele, ale i wywołała frustrację.

Józef Noji był pod ogromnym wrażeniem Janusza Kusocińskiego, który stanowił dla niego wzór i był jego idolem. To była ogromna fascynacja. Z kolei Kusociński wpatrzony był w Stanisława Petkiewicza - urodzonego w Rydze olimpijczyka z Amsterdamu (1928 r.), który jako jeden z nielicznych ludzi na świecie pokonał niegdyś Paavo Nurmiego. Wpędzał on "Kusego" w trudno zrozumiałe kompleksy, z powodu których mistrz potrafił nawet nieodpowiedzialnie wychodzić na start z uszkodzoną nogą. No i nie znosił rywala, po prostu miał na niego alergię.

A Stanisław Petkiewicz był trenerem Józefa Nojiego.

Pokaźny krwisty befsztyk

Wyobraźmy sobie teraz zatem taką oto sytuację - biegający znakomicie, ale wciąż nieutytułowany i nieobyty w świecie chłopak z Puszczy Noteckiej jedzie na igrzyska w Berlinie pod nieobecność sfrustrowanego Janusza Kusocińskiego, który te zawody ma relacjonować jako korespondent prasowy (mistrz olimpijski często próbował sił jako dziennikarz). Przed startem na 10 km Kusociński miał jakoby zauważyć, jak Noji je w restauracji pokaźny, krwisty befsztyk. Rzekomo obcesowo zwrócił mu uwagę. Spięty Józef Noji zupełnie zawalił ten start. Według oficjalnego raportu, zgięty przez kolkę przybiegł czternasty, dwukrotnie zdublowany, ze stratą aż dwóch minut do zwycięzcy, Fina Ilmari Salminena. Jednakże niektórzy polscy dziennikarze akredytowani w Berlinie uważają, że to pomyłka, bo Noji zszedł z trasy i sklasyfikowano go błędnie. Polskie gazety zamieściły jego zdjęcie z tytułem "Ten, który zawiódł". Daleko mu było do olimpijskiego występu Janusza Kusocińskiego, który po tym biegu rozpętał na niego nagonkę i oskarżył właściwie nie tyle jego, co jego trenera Stanisława Petkiewicza o nieodpowiedzialną zgodę na zjedzenie przed startem krwistego mięsa. Zdaniem biografa Kusocińskiego, red. Bogdana Tuszyńskiego, cała historia była kompletną bzdurą, chłopak niczego takiego nie zjadł, ale w przedwojennej Polsce sformułowanie "befsztyk Nojiego" stało się popularnym zwrotem i synonimem idiotycznej wymówki.



Konspirować nie potrafił

Pięć dni później Józef Noji z pustym żołądkiem w pięknym stylu zajął piąte miejsce na 5 km, zostawiając Louisa Zamperiniego aż 13 sekund za sobą.

Kusocińskiego szanować i podziwiać nie przestał i gdy mistrz z Los Angeles wpadł w ręce Niemców podczas organizowania siatki konspiracyjnej ZWZ wśród sportowców, a następnie w czerwcu 1940 roku został rozstrzelany w Palmirach, bardzo to przeżył. We wszystkim chciał być taki jak on, nawet w konspiracji. A konspirować nie potrafił.

Wpadł we wrześniu 1940 roku (wcześniej odmówił podpisania volkslisty) i po rocznych torturach na Pawiaku trafił do Auschwitz. Pracował w obozowej stolarni, ale i tu zaangażował się w konspirację. Wpadł z grypsem w dłoni, za co trafił na blok śmierci.

15 lutego 1943 roku został rozstrzelany z grupą więźniów przez SS-Hauptscharführera Gerharda Palitzscha, SS-Unterscharführera Heinricha Schoppe oraz SS-Lagerführera Friedricha Stiwitza.

Nie został bohaterem filmu Angeliny Jolie. Nie był Amerykaninem.

Wszystkie nasze artykuły znajdziesz na Twitterze i Google+
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas, dyskutuj i dziel się opiniami.