Sport.pl

Jan Szymański: Grymasy bólu na twarzach panczenistów nie są udawane. Walczymy z lodem

To był odważny i dobry debiut poznaniaka Jana Szymańskiego na igrzyskach olimpijskich. W hali Adler na igrzyskach w Soczi panczenista zajął 13. miejsce w wyścigu łyżwiarskim na 5000 metrów. Po występie mówi: - To jak przejechać rowerem ze Szklarskiej Poręby do Jakuszyc.
24-letni poznaniak Jan Szymański w swym pierwszym w życiu starcie na tak wielkiej imprezie pobiegł na lodzie bez kompleksów. Czas 6.25,36 dał mu ostatecznie 13. pozycję ze stratą 15 sekund do zwycięzcy, Holendra Svena Kramera.

Poznaniak długo prowadził w klasyfikacji. Występ na 5 km był początkiem jego olimpijskich startów. 15 lutego wystąpi na 1500 metrów, a 21 i 22 lutego - w drużynie, gdzie są szanse medalowe. W niedzielę Jan Szymański obserwował start na 3 km swej dziewczyny, panczenistki Luizy Złotkowskiej (była 18.).

Radosław Nawrot: Bardziej denerwowałeś się przed swoim startem, czy podczas występu Luizy Złotkowskiej?

Jan Szymański: O Luizę byłem zupełnie spokojny. To raczej ona się stresowała, więc moim zadaniem było ją wesprzeć. Żeby dobrze pojechała i nie zrobiła żadnego głupstwa.

A nogi bolą po sobotnim występie na 5 km?

- W niedzielę rano byłem już na lodzie. Jeździłem treningowo, wolno. Nogi trochę czułem, ale nie było źle. W poniedziałek też mam trening rehabilitacyjny, ale czuję się dobrze.

Następny start masz w sobotę, na 1500 metrów. Kiedyś igrzyska zaczynały się krótkimi dystansami. Teraz - dłuższymi. To dobrze?

- Mnie to pasuje, bo do startu na 5 km mogłem przystąpić najświeższy. Na regenerację mam tydzień, to wystarczy. Potem przed startem w drużynie znów jest tydzień, czyli także znakomicie. Bardzo mi ten układ startów podpasował.

Gdy oglądaliśmy biegi na 5 km w telewizji, widać było wasze twarze wygięte w grymasie zmęczenia i bólu. Bolało?

- Taki bieg to duży wysiłek, bo zaczyna się spokojnie, aby zaoszczędzić energię, ale i tak z 6 minut wyścigu dobre 5 minut jest bardzo ciężkich. Ja biegam maratony i półmaratony na rolkach i powiem, że np. półmaratonu nie da się porównać. Do tego panczeny to wyścig z czasem, a nie z rywalem.

Twój partner z pary, Kanadyjczyk Mathieu Goroux, szybko został w tyle.

- Ja należę do tych zawodników, którzy lubią walkę ramię w ramię, na kresce. Tutaj, gdy pojechałem okrążenie w 30 sekund, a on w 31, wiedziałem już, że do końca będę jechał sam.

Samotny wyścig. O czym się wtedy myśli?

- Powtarza się w głowie to, czego się uczyłem: żeby nie robić błędów technicznych, jechać aktywnie na zakrętach, bez pustych odbić.

O niebieskich migdałach się zatem nie duma?

- Nie, skądże! Pod koniec jedynie... myśli się, że za chwilę koniec, że już niewiele zostało. I żeby wykrzesać resztki sił.

Do czego można porównać ten wysiłek?

- A jaki sport uprawiasz?

Biegam.

- W takim razie wyobraź sobie, że to 2-3 kilometry biegu po szosie czy bieżni, ale w gazie. Gdybyś wskazał rower, poprosiłbym o to, byś wsiadł na niego w Szklarskiej Porębie i wysiadł w Jakuszycach. To taki wysiłek. Większy wyrzut kwasu do mięśni jest jednak na 1500 metrów.

Czyli jednak boli?

- Te grymasy nie były udawane. To się tak wydaje, że my płyniemy po tym lodzie, ale to złudzenie. Lód w Soczi nie jest ekonomiczny, trzeba na nim mocno pracować. Naprawdę się z nim walczy.

O SOCZI DYSKUTUJEMY TAKŻE NA FACEBOOKU

Więcej o: