Sport.pl

Narciarz z Malta Ski i łyżwiarz z Poznania w Soczi

Choć brzmi to zupełnie niewiarygodnie, narciarz wychowany na Malcie i łyżwiarz z miasta przez lata nieposiadającego lodowiska pojechali na zimowe igrzyska olimpijskie.
Poznań leży trzysta kilometrów od miejsca, gdzie można zjeżdżać na nartach - nie licząc mikroskopijnego stoku na Malcie. Prawie tysiąc kilometrów dzieli go od gór, w których można poważnie uprawiać narciarstwo alpejskie. W całej Polsce nie ma krytego toru do łyżwiarstwa szybkiego - najbliższy znajduje się w Berlinie. Poznań był jedynym dużym polskim miastem, które przez 30 lat nie miało ani jednego pełnowymiarowego lodowiska. Mieliśmy w Wielkopolsce kiedyś skocznię narciarską, ale to, co z niej zostało w Czarnkowie, dawno pochłonął las.

W tej sytuacji dziwić powinno to, że w ogóle ktoś z Poznania jedzie na zimowe igrzyska olimpijskie. Nasi sportowcy mogliby tam jechać jedynie w myśli idei twórcy nowożytnych igrzysk olimpijskich - barona Pierre'a de Coubertina - że liczy się udział. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo Poznań nie nadaje się na miejsce, gdzie można nauczyć się jakiejkolwiek zimowej dyscypliny sportu, Jan Szymański i Mateusz Garniewicz mogliby odgrywać rolę maskotek ruchu olimpijskiego - jak biegacze narciarscy z Kenii czy bobsleiści z Jamajki.

Tymczasem co najmniej jeden z nich jedzie do Soczi z nadzieją na to, że do Poznania wróci z medalem.

Łyżwiarz, a zaczynał na Malcie

Jan Szymański w Rosji będzie reprezentował Polskę w łyżwiarstwie szybkim. - Nie tylko Polskę, Poznań też! - zaznacza wyraźnie, chociaż w rubryce "klub" widnieje LKS Poroniec z położonego po sąsiedzku z Zakopanem Poronina. - Pewnie gdyby w moim Poznaniu istniał jakiś klub, w którym działałaby sekcja łyżwiarstwa szybkiego, broniłbym jego barw. Takiego klubu nie ma, więc jestem zawodnikiem LKS Poroniec - wyjaśniał podczas styczniowej gali sportu zorganizowanej przez miasto w poznańskim Zamku. Na niej dostał pamiątkową statuetkę i mnóstwo życzeń udanego startu w Soczi. - Poczułem się zauważony we własnym mieście - nie ukrywał wzruszenia. - Jestem stuprocentowym poznaniakiem, wychowałem się na Starym Mieście, mieszkam na Jeżycach. Nigdy z mojego miasta nigdzie się nie wybierałem, nigdy nie myślałem o wyprowadzce. Tu żyję, tu studiuję na AWF - tłumaczy.

Z tym życiem w Poznaniu to tak do końca jednak nie jest. Życie wyczynowego sportowca toczy się bowiem głównie na obozach i zgrupowaniach. W sytuacji, w jakiej są polscy łyżwiarze, są to obozy zagraniczne. W naszym kraju jest kilka torów do łyżwiarstwa szybkiego - zbudowano je jeszcze za komuny m.in. w Warszawie, Tomaszowie Mazowieckim, Sanoku i Zakopanem. Problem w tym, że żaden z nich nie jest zadaszony. Ostatnimi igrzyskami olimpijskimi, na których panczeniści rywalizowali "pod chmurką", były igrzyska we francuskim Albertville w 1992 r. Od kolejnych igrzysk światowe łyżwiarstwo szybkie wkroczyło w erę supernowoczesnych lodowych hal, w których lód jest idealnie gładki, a wyniki - dużo lepsze. By mieć szanse na rywalizowanie z najlepszymi, nasi panczeniści muszą jeździć po świecie. Trenują w Holandii, w Niemczech, w Stanach Zjednoczonych. Do Polski wpadają w zasadzie tylko na chwilę.

W Poznaniu toru łyżwiarskiego nie ma i pewnie nigdy nie będzie. Gdy Jan Szymański był małym Jankiem, nie było nawet żadnego lodowiska. Skąd zatem w Poznaniu wziął się światowej klasy łyżwiarz? - Znad Malty - śmieje się Marek Szymański, ojciec naszego olimpijczyka. To on z sześcioletnim Jankiem jeździł wokół Jeziora Maltańskiego na rolkach. Bo Jan Szymański zanim stał się łyżwiarzem, był rolkarzem. A decyzję o tym, by postawić jednak na ściganie się na lodzie, podjął dużo później, w liceum.

Do drugiej klasy szkoły średniej poszedł w zakopiańskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego i wtedy zaczął już profesjonalnie trenować łyżwiarstwo szybkie. Efekty przyszły błyskawicznie, bo już po pół roku wywalczył wicemistrzostwo Polski juniorów. Wiadomo było, że zakopiańskim trenerom trafił się prawdziwy skarb. Jan Szymański miał talent, którego nie wolno było zmarnować.

I talent się nie zmarnował. Trzy lata temu, jako 22-latek, Szymański pierwszy raz pojechał na mistrzostwa świata. Rok temu zupełnie niespodziewanie przywiózł z nich medal - brązowy, wywalczony w drużynie razem ze Zbigniewem Bródką i Konradem Niedźwiedzkim. Wtedy mistrzostwa odbywały się właśnie w Soczi, w tej samej hali, w której łyżwiarze będą się ścigać na igrzyskach. - Lubię tę halę. Jestem dobrej myśli - mówi poznaniak, który w grudniu przywiózł dwa złote i jeden srebrny medal z zimowej Uniwersjady w Trydencie. Reprezentował na niej poznańską AWF.

- Nie zerwałem jednak z rolkami, cały czas staram się łączyć te dwie dyscypliny sportu. Trzy lata temu wiosną skończyłem już starty na lodzie i dwa dni przed poznańskim półmaratonem postanowiłem się zapisać. Choć rolki włożyłem w dniu startu po półrocznej przerwie, do mety dotarłem jako drugi - śmieje się.

Jak wygląda medal olimpijski, Jan Szymański doskonale wie. Jego dziewczyną jest bowiem Luiza Złotkowska, także panczenistka, medalistka poprzednich Igrzysk Olimpijskich w Vancouver.

Mateusz lubi prędkość

- W dniu, w którym były ogłaszane składy na igrzyska, nawet się nimi nie interesowałem. Byłem przekonany, że nie będzie mnie na liście - przyznaje narciarz alpejski Mateusz Garniewicz z klubu Malta-Ski. Historia drugiego z poznańskich olimpijczyków w Soczi jest trochę jak z bajki. Oto wychowany na wielkopolskich nizinach 24-letni student czwartego roku automatyki i robotyki na Politechnice Poznańskiej trafił na olimpijskie wyżyny.

Na nartach jeździ, odkąd pamięta. Po raz pierwszy zjechał ze stoku, gdy miał cztery lata. I było to w Poznaniu, na Malcie. - Tutaj zaczynałem, tu się wychowałem - podkreśla. A w klubie Malta-Ski pamiętają, że narciarz od początku lubił dużą prędkość. - Mateusz już jako czterolatek jeździł w grupie z dziećmi starszymi o kilka lat, a i tak zawsze był drugi, zaraz za instruktorem - wspomina Michał Dolata z Malta-Ski.

Skąd pomysł, by uprawiać akurat narciarstwo? - Zawsze byłem żywym dzieckiem, które chwytało się wszystkiego: narciarstwa, tenisa czy windsurfingu. Rodzicie wkładali mi po prostu do rąk różne sprzęty, a ja się nimi znakomicie bawiłem - opowiada Mateusz Garniewicz, który akurat na stokach szybko zaczął osiągać sukcesy. - Na początku wygrałem amatorskie zawody w Poznaniu, i kiedy myślałem, że już jestem najlepszy, okazało się, że w ogóle organizowane są jakieś inne zawody w Zakopanem, gdzie startują dużo lepsi zawodnicy. Pojechałem tam, i tak zacząłem startować w coraz to mocniej obsadzonych imprezach - opowiada narciarz.

Mało brakowało, a zamiast na zimowe igrzyska olimpijskie do Soczi 24-letni poznaniak mógłby pojechać np. na letnie igrzyska do Londynu czy wielkoszlemowy Australian Open. Do 15. roku życia Mateusz Garniewicz łączył bowiem narciarstwo z grą w tenisa w barwach AZS Poznań. I to z powodzeniem, bo grywał u boku Jerzego Janowicza, najlepszego polskiego tenisisty, półfinalisty ubiegłorocznego Wimbledonu. - Jesteśmy z tego samego rocznika, więc siłą rzeczy spotykaliśmy się na korcie, praktycznie co tydzień - wspomina Garniewicz. - Ostatnio tata znalazł zdjęcie, jak graliśmy razem w parze. Wygląda zabawnie, bo w przeciwieństwie do Jurka nigdy nie byłem wysoki - śmieje się narciarz, który jednak nie pamięta, czy udało mu się na korcie pokonać utytułowanego kolegę. - Fajnie byłoby, gdybym wygrał, miałbym niezły sukces na koncie.

Wybrał narciarstwo. Szybko okazało się, że w poszukiwaniu lepszych tras treningowych musi wyjeżdżać z kraju. Większą część sezonu spędza na stokach w Austrii, we Włoszech i w Szwajcarii. - W sezonie żyję w torbie - przyznaje olimpijczyk z Poznania. - Co dwa dni przeprowadzka z hotelu do hotelu, starty, rozkładanie, składanie narciarni i znów wjazd. Trochę się dzieje.

A wyjazdy kosztują. - Jest u nas takie powiedzenie: Jak zostać milionerem jeżdżąc na nartach? Trzeba zaczynać jako miliarder - śmieje Mateusz Garniewicz, który nie może liczyć ani na wsparcie finansowe klubu, ani na pomoc ze strony Polskiego Związku Narciarskiego czy Ministerstwa Sportu. Za wszystko płacą jego rodzice. - I podkreślam, że jestem im za to bardzo wdzięczny. Wiem, że często rezygnują z wielu rzeczy, żeby przeznaczyć pieniądze na mój rozwój. Może kiedyś to odpracuję i oddam im trochę. Gdy jadę do Norwegii, gdzie naprawdę jest drogo, mama szykuje słoiki z jedzeniem, żeby tylko zaoszczędzić parę złotych.

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy

Świeżo upieczony olimpijczyk jest dwukrotnym wicemistrzem Polski w slalomie gigancie i superkombinacji, ma za sobą starty w mistrzostwach świata w Schladming, w Pucharze Europy i dwukrotnie na Uniwersjadzie. Do pełni szczęścia brakuje mu debiutu w zawodach rangi pucharu świata. - W poprzednim sezonie było blisko, ale w kluczowym momencie złamałem rękę.

Wiadomo, że Garniewicz na igrzyska jedzie dlatego, że polską reprezentację nieco sztucznie nadmuchano. Po to, by do Soczi mogło pojechać więcej trenerów, serwismenów czy osób pomagających naszym najlepszym zawodnikom. - Traktuję ten wyjazd jako moją wielką szansę i chcę ją jak najlepiej wykorzystać. A czy jadę dlatego, że ktoś potrzebował więcej serwismenów? Nie obchodzi mnie to - zapewnia narciarz. Martwi go tylko to, że w Soczi będzie zdany sam na siebie. Nie mógł pojechać z nim trener, nawet sprzęt musiał sam zabrać z Poznania.

Poznaniak nie chce zgadywać, na co będzie go stać na stokach olimpijskich w Krasnej Polanie. - Może gdybym o wyjeździe dowiedział się trochę wcześniej, to postawiłbym sobie jakiś cel - przyznaje narciarz, który na igrzyskach w Soczi wystartuje w slalomie. I jak zapewnia, jego głównym celem, wcale nie jest ukończenie przejazdu, co nie udało mu się chociażby na grudniowej Uniwersjadzie. - Nie można tak myśleć. Gdy tak podchodzi się do sprawy, jedzie się dramatycznie wolno. Trzeba podjąć ryzyko i myśleć o tym, żeby pojechać jak najszybciej - zapewnia Mateusz Garniewicz.

Gdzie będą startować poznaniacy

Adler Arena

Mieszcząca 8 tys. widzów hala z lodowym torem o długości 400 metrów jest dumą organizatorów igrzysk. Zbudowano ją kosztem prawie 35 mln dolarów. - Lód w niej nie jest zbyt szybki, co mi akurat odpowiada - opowiada poznański panczenista. Jest jednym z pierwszych obiektów zbudowanych na igrzyska - była gotowa już dwa lata temu. W ubiegłym roku odbyły się tam mistrzostwa świata, które były próbą generalną dla Adler Areny. Organizatorzy igrzysk oraz władze miasta mają już pomysł na to, co zrobić z wielką halą po imprezie. W planach jest rozebranie lodowego toru i używanie Adler Areny jako centrum targowego i kongresowego.

Krasnaja Polana

Osada położona w górach 50 km od Soczi będzie miejscem w którym zostaną rozegrane wszystkie konkurencje narciarstwa alpejskiego. Narciarze będą rywalizowali na trasach kompleksu "Roza Chutor". Wszystkie trasy olimpijskie liczą tam 20 km długości, a ich przebieg wytyczył i budowę nadzorował Szwajcar Bernhard Russi - mistrz olimpijski w biegu zjazdowym z igrzysk w 1972 r. w Sapporo.

Kiedy włączyć telewizor

Jan Szymański

8 lutego, godz. 12.30, wyścig na 5000 m

15 lutego, godz. 14.30, wyścig na 1500 m

21 lutego, godz. 14.30, wyścig drużynowy (kwalifikacje)

22 lutego, godz. 14.30, wyścig drużynowy (finały)

Mateusz Garniewicz

22 lutego, godz. 13.45 i 17.15, slalom