"Trochę szalony". Kim był Tomasz Kowalski, który zginął na Broad Peak

Przygodę z górami wysokimi rozpoczął w 2003 r. wejściem na Mont Blanc (zdjęcie stamtąd). 10 lat później zakończył ją pod Broad Peakiem

Przygodę z górami wysokimi rozpoczął w 2003 r. wejściem na Mont Blanc (zdjęcie stamtąd). 10 lat później zakończył ją pod Broad Peakiem (fot. archiwum Tomasza Kowalskiego)

- Kolejna, ale naprawdę wyjątkowa wyprawa życia. Trzymajcie kciuki, bo jest okazja napisać kolejny rozdział historii himalaizmu. Ale by było... - to ostatni wpis na blogu Tomasza Kowalskiego. Zginął tragicznie, schodząc z Broad Peak. Dziś w rodzinnej Dąbrowie Górniczej odprawiona zostanie pożegnalna msza św. W niedzielę w Poznaniu przyjaciele Kowalskiego organizują bieg na Górę Moraską, na którą zmarły himalaista lubił wbiegać
Najpierw była chwila triumfu. Wtorek, 5 marca. Około godz. 17.30 czasu lokalnego czwórka Polaków: Adam Bielecki, Artur Małek, Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski weszli na Broad Peak (8047 m n.p.m.). To był jeden z trzech ośmiotysięczników, których do tej pory nie zdobyto zimą. Zostały jeszcze tylko K2 i Nanga Parbat.

Do ekipy w ostatniej chwili

Polacy w ramach projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 przygotowywali się do tego ataku od kilku lat. Chcą skończyć to, co ponad 30 lat temu zaczął legendarny Andrzej Zawada, kierownik największych polskich wypraw w góry wysokie. - To Zawada wpadł na pomysł, że wspinanie zimą może być naszym oknem na świat - wspomina himalaistka Anna Czerwińska, zdobywczyni siedmiu ośmiotysięczników.

O Polakach zaczęto mówić Lodowi Wojownicy. Nic dziwnego, bo zimą wspinaczka jest o niebo trudniejsza. Temperatura spada poniżej minus 40 st. C, a przy silnym wietrze odczuwalna temperatura to już prawie minus 70, bo ze względu na wysokość organizm ma mniejszą wydolność do wytwarzania ciepła. - Często wieje tak mocno, że góra staje się istnym piekłem - mówi włoski himalaista Simone Moro, który 8 lat temu zdobył zimą Shisha Pangmę.

Mimo to następców Lodowych Wojowników nie brakuje. Mieszkający w Poznaniu Tomasz Kowalski nie skończył jeszcze 28 lat. W ekipie na Broad Peak był najmłodszy. - Kolejna, ale naprawdę wyjątkowa wyprawa życia. Trzymajcie kciuki, bo jest okazja napisać kolejny rozdział historii himalaizmu. Ale by było... - to jego ostatni wpis na blogu z 16 stycznia.

Wyjazd na ośmiotysięcznik był marzeniem Tomka. Do ekipy dostał się niemal w ostatniej chwili. - Ma duże doświadczenie w samotnej wspinaczce na siedmiotysięcznikach. Pamir go zahartował - mówił o nim przed wyjazdem Krzysztof Wielicki, kierownik wyprawy, pierwszy Polak, który w 1980 r. wszedł zimą na Mount Everest razem z Leszkiem Cichym.

Z Zagłębia do Poznania

- Wspinaczka to rodzinne hobby w domu Tomka. Rodzice to taternicy z krwi i kości, a starszy brat Przemek to jego pierwszy instruktor. Jurę Krakowsko-Częstochowską, na której skałkach zdobywał wspinaczkowe szlify, poznawał już z perspektywy dziecięcego wózka. Miałem 15 lat i pamiętam, że jego mama, moja ulubiona ciocia Ala, dawała mi nawet poprowadzić wózek - opowiada Grzegorz Kmita-Patyczak, kuzyn Tomka. O sobie mówi: muzyk punkrockowy. - Gdy Tomuś miał trzy latka, wywiało mnie z Zagłębia do Poznania. Z racji i odległości, i różnicy wieku, nasze kontakty ograniczały się potem niemal tylko do spotkań przy świątecznym stole - wspomina Patyczak.

Po latach Tomek Kowalski podążył śladami kuzyna. Z Dąbrowy Górniczej do Poznania przyjechał studiować turystykę i rekreację na UAM. Dlaczego wybrał Poznań? - Bo tu był dobry uniwersytet, ale też u nas w domu były zawsze drzwi otwarte, więc miał gdzie mieszkać w czasie egzaminów - wspomina Patyczak. Z okresu jego studiów najlepiej jednak zapamiętał to, że... Tomka przeważnie nie było. - Szybko straciłem rachubę jego coraz bardziej śmiałych wypraw.

W 2003 r. wyruszył po raz pierwszy autostopem za granicę. Dwutygodniowa wyprawa za niecałe 50 euro.

Rok później zdobył Mont Blanc (4810 m n.p.m.) i stwierdził, że może iść wyżej.

Po obronie pracy magisterskiej w 2009 r. przewrócił świat do góry nogami.

Dookoła świata

Trzy lata temu ruszył w podróż dookoła świata. Zwiedził niemal wszystkie kontynenty. Wszedł na sześć z dziewięciu szczytów Korony Ziemi, której zdobycie było jego dziecięcym marzeniem.

Kilimandżaro czy Aconcaguę zdobył niejako przy okazji, wchodził samotnie z bagażem na plecach, bez zadyszki. Miał niesamowitą kondycję. Na Górę Kościuszki w Australii chciał wbiec. Nie udało się tylko dlatego, że złapał kontuzję. Ale ultramaratony górskie kończył bez problemu.

Mieszkał kilka miesięcy w Genui, Manchesterze, Nowym Jorku, Brisbane i kanadyjskim Squamish. Niczym "kobieta pracująca" żadnego fachu się nie bał. Woził ludzi rykszami, sprzedawał akcesoria w sklepie górskim. Wszystko po to, by mieć pieniądze na podróże.

W Tajlandii chodził na treningi boksu tajskiego. Zainspirowała go scena z "Kickboksera", w którym Jean Claude van Damme podpatruje, jak zawodnik jednym ciosem powala podporę. - Nie dałem rady, szybko musiałem ograniczyć treningi do jednego razu dziennie - opowiadał na gdyńskich Kolosach, imprezie, na którą przyjeżdżają podróżnicy z całej Polski. Od sceny z van Dammem zaczął swoją prezentację.

W 2010 r. przeszedł stukilometrowy trawers masywu Mount McKinley w USA. Wszedł na szczyt z Szymonem Kałużą i potem przedzierał się przez lodowce. - To było ogromne wyzwanie. Przez kilka dni siedzieliśmy w namiocie, bo dosłownie nic nie widzieliśmy, taka była mgła. Na jednym odcinku wpadłem do szczeliny. Wygrzebywałem się z niej przez dwie godziny, różne myśli chodziły człowiekowi po głowie - wspominał po powrocie.

Jurorzy Kolosów byli pod wrażeniem tego wyczynu. Dostał Nagrodę im. Andrzeja Zawady, czyli grant w wysokości 15 tys. zł za zdobycie w ciągu jednego roku wszystkich pięciu siedmiotysięczników położonych na terenie b. ZSRR.

Wyprawę przygotował w trzy miesiące. Latem 2011 r. podjął wyzwanie. Szedł na rekord świata. Pik Lenina, Pik Korżeniewskiej, Pik Somoni i Chan Tengri zdobył w 28 dni. Miał jeszcze dwa tygodnie, żeby pobić rekord kazachskiego wspinacza Denisa Urubki, który zdobył pięć szczytów w 42 dni. Ale Kowalski z ostatniego Piku Pobiedy zrezygnował. - Lodowiec okazał się zdradliwy, samotna wędrówka byłaby zbyt wielkim ryzykiem. Nie wszystko można robić dla rekordów. Ja mam dla kogo żyć - opowiadał o swoim odwrocie.

Poco Loco, czyli trochę szalony

Tytułu "Śnieżnej Pantery" nie zdobył, ale wiedział, że podróże to jest to, z czego chce żyć. Założył agencję wyprawową. Na pierwszy wyjazd pojechał z klientami pod Annapurnę. Organizował trekkingi po Alpach, Andach, Alasce oraz w Pamirze i Tien-Shanie.

- Czasem przebąkiwał, że wraz z koleżanką z roku marzy o założeniu hostelu dla takich jak on obieżyświatów ze wszystkich kontynentów. Biblioteka z literaturą podróżniczą, na ścianach mapy i zdjęcia z górskich wypraw, w salonie - spotkania, warsztaty, filmy. Poprosił mnie nawet o wykonanie kilku koszulek z logo Poco Loco, gdyż tak miał nazywać się hostel. Nadruki oczywiście wykonałem, ale podszedłem do sprawy z lekkim przymrużeniem oka - wspomina Patyczak, który nie docenił Tomka.

Kowalski zdobył grant unijny i w ubiegłym roku jego kuzyn stanął za ladą recepcji świeżo otwartego hostelu Poco Loco (po hiszpańsku "trochę szalony"), przy ul. Taczaka w centrum Poznania.

Patyczak pracował na "nockach", obsługując gości, pralkę do pościeli i mopa. Opowiada: - W dzień, o ile był w Poznaniu, a nie gdzieś w drodze, na recepcji siadał Tomek. Większość z międzynarodowej ferajny, która przewinęła się przez Poco Loco, zapewne nie pomyślała nawet, że ten skromny, trochę nieśmiały człowiek, to wschodząca gwiazda himalaizmu z pokaźnym dorobkiem. Czasem przychodziło mi przedstawić Tomka hostelowym gościom. Mówiłem: "Here's Tom - my boss, my friend, and my personal cousin" [mój szef, przyjaciel, osobisty kuzyn - red.]. Tomek bardzo się z tego śmiał.

W ciągu dwóch lat Kowalski podbił podróżniczy Poznań.

Maria Mucha zorganizowała jego prelekcję w klubokawiarni "Głośna". - Pamiętam go jako bardzo wyluzowanego, dowcipnego i skromnego chłopaka. Jego występ wszystkich poruszył i rozśmieszył. Tomka charakteryzowała ogromna determinacja, trochę igrał z losem... A na szczytach robił sobie "słit focie z rąsi", które potem nam prezentował.

Dominik Szmajda, organizator Nagrody im. Kazimierza Nowaka i twórca festiwalu "Na Szage", przeprowadził przed wyjazdem ostatni wywiad z Kowalskim: - Miał wiele pomysłów, które wcielał w życie. Na naszym festiwalu połączyliśmy się z nim telefonicznie. Opowiadał z bazy, jak próbuje pisać książkę. Był pełen optymizmu.

Patyczak: - Wspinaczka skałkowa i górska, ultramaratony i wieloboje, narty i snowboard, nurkowanie i surfing, tajski boks i rajdy przygodowe... Mało? Gitarzysta i kinoman. Autor wciągających blogów i przepięknych fotografii. No i... imprezowa dusza towarzystwa w przerwach między jedną a drugą wyprawą.

Mówił, że dalej nie pójdzie

Kiedy Tomek zawrócił pod Pikiem Pobiedy, mówił, że wraca, bo ma dla kogo żyć. Tą osobą była Agnieszka Korpal, od wielu lat startująca w rajdach przygodowych i górskich ultramaratonach. Oboje byli poco loco.

Latem ubiegłego roku dziewczyna Tomka rzuciła wyzwanie samej sobie. Samodzielnie zaplanowała trasę przejazdu rowerem przez 28 najwyższych szczytów wszystkich pasm górskich w Polsce, a następnie pokonała ją bez żadnego wsparcia w 15 dni i 14 godzin. Dystans wyniósł w sumie 1750 km, przy kilkunastu tysiącach kilometrów przewyższeń. Podróż zaczęła w Świętej Katarzynie w Górach Świętokrzyskich, a skończyła w Jakuszycach. Tam, gdzie nie mogła jechać, prowadziła rower lub niosła go na plecach. Tak wspięła się na Rysy. Czasem płakała, ale sama jazda w górach sprawiała jej ogromną frajdę.

Tomek namówił Agnieszkę, żeby zgłosiła swój wyczyn na gdyńskie Kolosy. Prelekcja w kilkutysięcznej hali zaplanowana była na minioną sobotę. Dzień wcześniej Kowalski i Berbeka zostali uznani za zmarłych. 6 marca przy zejściu z Broad Peak doszło do tragedii.

- On był już bardzo słabiutki, mówił cicho... Wiedział, że jedyny ratunek, to gdyby udało mu się zejść niżej, na przełęcz. On co pół godziny mówił, że dalej nie pójdzie i że będzie biwakował - relacjonował ostatnie telefoniczne rozmowy Krzysztof Wielicki, kierownik wyprawy. Z jego słów wynikało, że Kowalski, schodząc ze szczytu, nie doszedł nawet do przełęczy na 7900 m n.p.m. Wielicki podejrzewa, że poznaniak zaczął schodzić, jednak z powodu osłabienia mógł spaść.

Agnieszka Korpal ze zrozumiałych względów nie przyjechała do Gdyni. Ale jej dokonanie zostało docenione przez jurorów, bo otrzymała wyróżnienie w kategorii "Wyczyn".

Agnieszka na rozmowę z "Gazetą" się nie zdecydowała. Zbyt mało czasu minęło od tragedii.

Kmita-Patyczak: - Tomek, prócz tego, że był całe życie moim kuzynem i kilka miesięcy szefem, okazał się przede wszystkim świetnym kumplem, który mi imponował tym, co robił i jaki był na co dzień. Rozmach w działaniu, konsekwencja, wiara w siebie i w innych ludzi plus sto procent tzw. fajności. Zdobywał nie tylko szczyty, zdobywał przede wszystkim ludzkie serca. Jestem dumny, że miałem zaszczyt współpracować z takim gościem jak on.

W sobotę 16 marca w rodzinnej Dąbrowie Górniczej odbędzie się pożegnanie Tomka, odprawiona zostanie msza św. Msza w intencji Kowalskiego i Macieja Berbeki będzie też w Poznaniu - w poniedziałek w kaplicy św. Michała Archanioła przy parafii św. Stanisława Kostki na poznańskich Winiarach. Zamówił ją Witek Reszelski.

- Tomka osobiście nie poznałem, ale czytałem jego relacje z wypraw i kojarzyłem go z prezentacji. Jeszcze kilka dni przed wyjazdem do Karakorum widziałem go w centrum miasta. Mieliśmy dużo wspólnych znajomych i kiedy pojawiał się temat gór i wypraw, Tomek był jednym z bohaterów - opowiada Reszelski. - Góry po raz kolejny zabrały wspaniałych ludzi. Trzeba uszanować ich decyzję o ataku. Nam z perspektywy miękkiego fotela nie należy niczego oceniać. Jedyne, co możemy, to się pomodlić.

Przyjaciele Tomasza Kowalskiego organizują też w niedzielę wieczorem w Poznaniu bieg na Górę Moraską, gdzie zmarły himalaista chętnie ćwiczył formę.

Tomasz Kowalski pisał na swoim blogu: - Jestem fanatykiem filmowym i dzięki temu mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię. Zawsze mam plan B i wierzę w szczęśliwe zakończenia. Uważam, że życie polega na spełnianiu marzeń. Swoich i cudzych. No risk, no fun.







Pożegnanie i bieg

* Pożegnanie Tomasza Kowalskiego odbyło się w sobotę w rodzinnej Dąbrowie Górniczej.

* Przyjaciele Tomasza Kowalskiego organizują też w Poznaniu bieg na Górę Moraską, gdzie zmarły himalaista chętnie ćwiczył formę. Start w niedzielę o godz. 20 sprzed Wydziału Matematyki i Informatyki na Morasku. Długość biegu to ok. 10 km.

Zobacz także
  • Przedostatnia szczelina przed przełeczą - ok. 7750m. fot.A.Bielecki Rusza kolejna wyprawa na Broad Peak. Po ciała himalaistów
  • Maciej Berbeka Polska wyprawa na Broad Peak. Kowalski: Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem obóz III
  • Pierwszy atak Polaków z wyprawy Krzysztofa Wielickiego na szczyt Broad Peak nieudany. Powtórka jutro
Najczęściej czytane

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Piast Gliwice 37 72 57-33 21 9 7
2 Legia Warszawa 37 68 55-38 20 8 9
3 Lechia Gdańsk 37 67 54-38 19 10 8
4 Cracovia Kraków 37 57 45-43 17 6 14
5 Jagiellonia Białystok 37 57 55-52 16 9 12
6 Zagłębie Lubin 37 53 57-48 15 8 14
7 Pogoń Szczecin 37 52 57-54 14 10 13
8 Lech Poznań 37 52 49-48 15 7 15
9 Wisła Kraków 37 49 67-63 14 7 16
10 Korona Kielce 37 47 42-54 12 11 14
11 Górnik Zabrze 37 46 48-53 12 10 15
12 Śląsk Wrocław 37 44 49-45 12 8 17
13 Arka Gdynia 37 42 49-51 10 12 15
14 Wisła Płock 37 41 50-58 10 11 16
15 Miedź Legnica 37 40 40-65 10 10 17
16 Zagłębie Sosnowiec 37 29 49-80 7 8 22

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa