Sport.pl

Szakal dla średnio zaawansowanych, czyli niezwykły klub z Jeżyc

W środku Poznania istnieje mały klub taekwondo - Szakal Jeżyce. Nie Poznań, ale właśnie Jeżyce. - Bo dzięki niemu tworzymy wspólnotę w dzielnicy - mówi jego trener Andrzej Bartosiewicz. I ta wspólnota z dzielnicy o kiepskiej reputacji wyszkoliła medalistę mistrzostw świata.
Motto: "Najtrudniejszą walką jest ta z samym sobą" - Choi Hong Hi, twórca taekwondo

- Cześć - mówi Arnold, więc podaję rękę. - Nie, nie, źle! Wojownicy witają się inaczej, kapewu? - kręci głową i pokazuje. Najpierw przybicie piątki palcami, a potem "żółwik" pięścią.

Trening taekwondzistów klubu Szakal Jeżyce w małej salce Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 przy ul. św. Floriana 3 jeszcze się nie rozpoczął. Jest czas, by porozmawiać.

- Kiedy pojawiła się informacja, że wasz zawodnik Michał Jóźwiak zdobył w Egipcie medal mistrzostw świata juniorów - zaczynam.

- Józwiak - poprawia Andrzej Bartosiewicz, który w klubie Szakal jest prezesem, trenerem, założycielem. Wszystkim - Michał Józwiak. Przez "z" w środku, a nie "ź".

- Przepraszam, Józwiak.

- Nie szkodzi. To nazwisko dopiero będzie znane. Medalu mistrzostw świata, nawet juniorów, nie zdobywa się co dzień - mówi.

- Gdy przyszła informacja o tym medalu, myślałem, że chodzi o jakąś bliżej mi nieznaną miejscowość Jeżyce. Nie wiem, gdzieś na Podkarpaciu może Tymczasem to dzielnica w Poznaniu - mówię.

- Nasze, swojskie Jeżyce - uśmiecha się Andrzej Bartosiewicz.

- Dlaczego więc nie nazwaliście się Szakal Poznań?

Andrzej Bartosiewicz robi pauzę.

- W tej nazwie zawiera się nasza idea stworzenia lokalnej społeczności związanej z tą właśnie dzielnicą - mówi. - Nie, bynajmniej nie tylko klubu sportowego, ale właśnie społeczności, której jest on centrum.

Przerywa, gdyż do małego pokoiku przy szkolnej sali gimnastycznej ktoś zagląda. Odpowiada więc wielokrotnie: - Zaraz zaczynamy.

I zaczyna

- To tu. Śledzie. Taka nazwa, Śledzie - żeby zobaczyć rodzinną miejscowość trenera klubu Szakal Jeżyce, trzeba poprosić Google Map o solidne zbliżenie. - Bardzo mała wieś na Mazurach, koło Mrągowa - wyjaśnia Bartosiewicz. - Nie muszę dodawać, że nie miałem ani porządnego wf., ani sali. Poza plakatami z Bruce'em Lee i filmem "Najlepsi z najlepszych" na kasecie wideo - nic.

Ćwiczył więc sam. Najpierw na Mazurach, następnie w Poznaniu, gdzie przyjechał na studia na AWF. - Właśnie dlatego, by mieć gdzie sensownie trenować - wspomina. Osiągnął sporo, bił się nawet w barwach reprezentacji Polski o awans na igrzyska w Sydney w 2000 roku. Niewiele brakowało

Skończył karierę, został dyplomowanym trenerem drugiej klasy z nr. licencji 20000061. Jednym ze stu trenerów taekwondo w Polsce. W samym Londynie takich trenerów jest dwustu...

- Znalazłem się na Jeżycach. Zatrudnił mnie Zespół Szkół Zawodowych nr 1 i dyrektorka Elżbieta Kirchner. Zostałem wuefistą - mówi.

Nawet znalezienie tej szkoły w Poznaniu nie jest proste. W bok od ul. Kościelnej i Poznańskiej odchodzi uliczka. Tu - schowany budynek. Nie do dostrzeżenia z daleka. - Trochę odludzie - zgadza się trener.

Okolica też nieszczególna. Jeżyce mają w Poznaniu wciąż fatalną reputację. - Należałoby powiedzieć, że nierzadko trafia tu trudna młodzież - kiwa głową.

Skłonić ją do nauki, odciągnąć od zajęć na ulicy - to wyzwanie. Postanowił jednak zaryzykować. - Znałem się na taekwondo, które wychowuje i ciało, i duszę. Posłużyłem się więc tym sportem - opowiada trener.

"Sukces rodzi się w bólach" - Choi Hong Hi, twórca taekwondo

Oparte na starożytnych, koreańskich stylach walk i filozofii taekwondo trafiło do programu igrzysk olimpijskich w 1988 roku. Wedle Koreańczyków jego istota polega na kształtowaniu ducha, czyli siły, która zawiera w sobie zdolność do wszelkiego tworzenia. Duch w rozumieniu koreańskiego taekwondo jest połączeniem świadomego, stałego twórczego umysłu i fizycznej aktywności, a twórcza świadomość tylko wtedy może osiągnąć swe maksimum, jeżeli idzie w parze z harmonią myśli i ruchów. Taekwondo to zatem doskonałe połączenie umysłu i ciała.

- Gdyby nie sport, nie wiem, co by się ze mną stało w moich Śledziach - mówi Andrzej Bartosiewicz. Gdyby nie sport, nie wiadomo, co stałoby się z jego uczniami.

Dzieci, które przyszły po raz pierwszy na trening, były bardzo zaniedbane fizycznie. Do dziś przychodzą w takim stanie. - Koledzy ich biją, mają kompleksy - mówi trener. - Trzeba ich właściwie nie tylko trenować, ale też leczyć. I dobrze, bo mnie nie interesuje tylko sport. Interesuje mnie zmienianie ludzi poprzez sport.

Żeby jednak kogoś zmienić, trzeba go najpierw nakłonić do tego, by chciał to robić. - Miałem oto zmusić ich do ogromnego wysiłku, koniecznego przy uprawianiu sportu, nie dając w zamian nic. To nie miało sensu. Nie mogłem nie dać im nic. Musieli coś zyskać - opowiada Andrzej Bartosiewicz. - Nie mogłem dać im pieniędzy, nawet dobrych warunków treningowych. Mogłem jednak dać im przyjaźń. A przyjacielowi się ufa. Gdy postawię przed nimi wizję przyszłego sukcesu, uwierzą.

Uwierzyli, ale stopniowo. Dzieci, które wywodziły się z jeżyckich ulic i zaułków, nie są ufne z natury. Potrzebowały dowodów.

Sukces Michała Józwiaka na mistrzostwach świata w Egipcie podziałał jak doping. - Nagle zobaczyli, że można. Że to nie bzdura i że z małej szkoły na odludziu, z głębi Jeżyc, można wyjść w świat i osiągnąć sukces. Przyznam szczerze, że ja wtedy też uwierzyłem. Bo każdy jest tylko człowiekiem i staje się podatny na zwątpienie - dodaje ciszej.

Kompleksy, którymi karmi się Polaków od najmłodszych lat, zbierają potężne żniwo u tych dzieci. - Przychodzą zupełnie bez wiary, z poczuciem niższości. Powoduje to już sam fakt, że są Polakami. Bo w Polsce to się nie uda, za granicą - owszem, ale nie u nas... Słyszę to cały czas - mówi Andrzej Bartosiewicz. - Pewność siebie, wiara we własne siły i systematyczność pracy jest tym, co mogę im dać.

Początkowo akcje i nabory na niewiele się zdawały. Zwykłe reklamy i ulotki nie przynosiły efektu. Dopiero gdy instruktorzy poprosili nauczycieli w szkołach, by dali im kilka minut podczas lekcji, w trakcie których opowiedzieli dzieciom, co proponują, podziałało. Bezpośrednia rekrutacja okazała się najlepsza. Dzieci przyszły.

Nie były jednak cierpliwe. - Przychodziły raz czy dwa, znikały. Nie miały wsparcia w tym, co robią, albo miały małe - mówi trener Bartosiewicz. - Jeżeli rodzic nie stoi za dzieckiem, ono niczego nie osiągnie. Najważniejsze było zatem nie tyle przekonanie samych dzieci, ile rodziców.

Tak narodził się pomysł, by do klubu należeli nie tylko sportowcy, ale i ich bliscy. Wpadł na to Piotr Trybuś, instruktor, który prowadzi klub wraz z Andrzejem Bartosiewiczem. Efekt był piorunujący. Rodzice najpierw przychodzili zobaczyć treningi dzieci. Dziś trenują z nimi. - Nie tylko przekonali się, że to, co tu robimy, ma sens, ale także w domu łatwiej znaleźli wspólny język. Dzięki tym treningom nadają na tych samych falach - uważa trener.

Z jednym z chłopców chodzi na treningi nawet babcia Krysia. Ma ponad 60 lat i brała już udział w jednym z pokazów.

Rodzice zintegrowali się, stworzyli społeczność. Zaczęli nie tylko dogadywać się z dzieciakami, ale i między sobą. - Powstała paczka przyjaciół z okolicy. Jeden z rodziców załatwił nawet busa na wyjazdy - przytacza Andrzej Bartosiewicz. - To już nie ja sam prowadzę klub, teraz robimy to razem.

Także medalista mistrzostw świata juniorów Michał Józwiak ma wsparcie mamy, która przychodzi, mobilizuje go i dopinguje. Andrzej Bartosiewicz opowiada: - Gdy Michał po raz pierwszy przyszedł na treningi, był grubaskiem o trudnym charakterze. Niezbyt sprawny. Okazało się, że jak w bajce o brzydkim kaczątku, udało się zrobić z niego medalistę mistrzostw świata. Droga, którą przeszliśmy, była długa. Treningi, rozmowy z nim, z mamą, która sama go wychowuje Kiepsko się też uczył, więc ja go trenowałem, a moja żona siedziała z nim i przygotowywała do poprawek. Dziś jest nie tylko dobrym sportowcem. Zmienił się też w fajnego człowieka. Teraz ma już mniejsze kłopoty z nauką, chce iść na studia, rozwijać się... Zawrócił z poprzedniej drogi, która wiodła go nie wiadomo dokąd.

"Nigdy nie dominuj wśród małych... lecz staraj się, abyś nie był małym wśród dużych" - Choi Hong Hi, twórca taekwondo

Na treningu tłum. Obecność na nim nie jest obowiązkowa, nikt jej nie sprawdza. - To nie Chiny. Nic na siłę - mówi trener. A i tak jeden z chłopców z usztywnioną nogą siedzi na ławce, o którą oparł kule. Kontuzjowany, nie może trenować, ale przychodzi. By popatrzeć i pozaciskać zęby.

Chłopcy i dziewczynki ustawiają się w dwóch szeregach. Po jednej stronie sali trenować będą bardziej zaawansowani, po drugiej - ci mniej. Różnice w wieku i wzroście duże. Obok wysokich, kilkunastoletnich chłopaków są także chłopcy i dziewczynki mierzący może metr. Na koszulkach napisy: "Eat, Sleep, Fight".

Ukłon, okrzyk, zaczynamy. Najpierw obroty, wymachy nóg i podskoki. - Musicie ruszać się jak w balecie - mówi trener.

- Kiedy zakładałem ten klub, zainwestowałem prywatne pieniądze. Teraz mamy też wsparcie miasta, a członkowie klubu zrzucają się po 60 zł miesięcznie - wyjaśnia. - Wystarcza, by opłacić instruktora, koszty obozu i sprzętu.

Wystarcza, by szkolić. W ślady Michała Józwiaka wkrótce mogą pójść inni. Jakub Grocholewski jest już mistrzem makroregionu. Postępy robi Krzysztof Echaust, który trafił na treningi z problemami wychowawczymi i śliwą pod okiem, gdyż co chwilę się z kimś bił.

- Ha! Ha! Ha! - okrzyki dzieci odbijają się od obdrapanych ścian. Dopiero po nauce ruszania się przychodzi czas na walkę. Dopiero teraz grupa zaawansowana pokazuje, na co ją stać. Kopią potężnie, a nogi w wymachach wędrują nad głowami. Trener uśmiecha się. - Już po kilku treningach widać postępy, a po dwóch miesiącach zaznacza się technika - mówi.

Dzieci angażują się coraz bardziej. Niektóre się irytują, uciekają z treningu złe, że coś im nie wyszło. Mały chłopak imieniem Kuba denerwuje się najbardziej.

- To Doozers. Tak na niego mówimy. Jest niecierpliwy, ale przejdzie mu - tłumaczą koledzy.

Rzeczywiście, wraca do treningu. Pozostali niecierpliwi również. To dla nich najważniejszy moment dnia, a może i tygodnia.

- Sprawdzam im dzienniczki. Nawet sami rodzice proszą, bym to robił - mówi trener. - Jeśli coś nie gra z nauką, grożę, że nie wezmę na obóz, usunę z treningu. To dla nich największa kara. Zawsze działa. Ci młodzi ludzie wyszli niekiedy z takich środowisk i okolic, że są idealnymi kandydatami na sportowców. Wykuci, zahartowani. Jeśli tylko da się im wiarę, że droga przez sport ma sens, nie zawrócą z niej.

Wiecej o programie Coca-Coli Lider Animator - znajdziesz na stronie lideranimator.pl »