"Chyba złamałem rękę!" Dramatyczne walki w Arenie

Damian Wrzesiński nie mógł pogodzić się z werdyktem, wedle którego przegrał półfinał rozgrywanych w poznańskiej Arenie Mistrzostw Polski z kolegą klubowym, Michałem Chudeckim. Ten zaś krzywił się z bólu. - Chyba złamałem rękę - mówił.
POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

Te dramatyczne sceny rozgrywały się po półfinałowej walce kategorii lekkiej Mistrzostw Polski w boksie. Nieszczęsnej kategorii lekkiej (do 60 kg) można powiedzieć, gdyż tak jak brakuje niekiedy dobrych pięściarzy w innych wagach, tak akurat w tej mamy ich nadmiar. Na dodatek właściwie wszyscy są zawodnikami Lechmy PKB Poznań.

Michał Chudecki - najbardziej doświadczony i najstarszy mistrz poznańskiego boksu - stanął do półfinału z pretendentem Damianem Wrzesińskim. Korpulentny, umięśniony i silny jak tur Wrzesiński ruszył na niego bez kompleksów. Publika wrzała i krzyczała. Pretendent był lepszy w pierwszej rundzie, a w kolejnych...

No właśnie, ocena tej walki była dla sędziów najtwardszym orzechem do zgryzienia. Zaraz po jej zakończeniu obydwaj pięściarze z Poznania nerwowo krążyli po ringu. Nikt nie był pewien werdyktu.

Ten był jednomyślny dla Michała Chudeckiego. 5:0 nie oznacza jednak, że każdy z pięciu sędziów nie miał wątpliwości. Żeby pokonać mistrza, pretendent musi być jednak lepszy bezdyskusyjnie.

Damian Wrzesiński uciekł do sali treningowej i tam wyładowywał frustrację. Łzy wymieszały mu się z potem. Przegrał, ale nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Uważał, że werdykt jest niesprawiedliwy.

Michał Chudecki z kolei nie miał głowy do rozstrząsania werdyktu. Zszedł z ringu ze skrzywioną miną. - Złamałem rękę - syknął tylko z bólem i wskazał na spuchnięte prawe przedramię.

Faktycznie, w trzeciej rundzie mistrz w ogóle nie boksował tą ręką, co wyglądało na nonszalancję. Złamana kość mogła znaczyć kres marzeń nie tylko o złocie mistrzostw kraju, ale i igrzyskach w Londynie.

- Chyba nie jest złamana. Wygląda na silne stłuczenie - powiedział kilkanaście minut później prezes PKB Zdzisław Nowak, gdy lekarz obejrzał już Chudeckiego.

- Ale chyba pokiereszowany nie stanie do finału? - pytaliśmy.

Zdzisław Nowak tylko się uśmiechnął. - Stanie, stanie. To jest boks - powiedział. Jego zdaniem, walka była remisowa, ale w boksie nie ma remisów. - Serce mam rozdarte, bo to dwóch moich chłopaków.

W finale czeka trzeci - Dawid Michelus, który w półfinale zaatakował Mariusza Polskiego z Róży Karlino, jakby chciał go rozszarpać. - Zamierzałem szybko skończyć, ale potem wysiadłem kondycyjnie - sapał po zwycięstwie na punkty. Michelus uważany jest za największy talent młodego pokolenia w Polsce, rozwija się szybko. - W boksie nie ma, że za szybko. Ja chcę być najlepszy i kropka. Igrzyska? Jasne, że chcę na nie jechać. W końcu rok temu zostałem najmłodszym mistrzem Polski w dziejach powojennego boksu w Polsce - dodał.

Żeby przebić się na igrzyska, musi najpierw odnieść sukces w Poznaniu, a potem na Memoriale Feliksa Stamma. Do tej pory Dawid Michelus walczył w niższej kategorii 56 kg. Teraz jednak znalazł się w kategorii lekkiej i trenerzy PKB nie wykluczają, ze zaczną go namawiać, by zbił wagę.

- No zobaczymy - zastanawia się pilski bokser. - Na razie czuję się mocny i mogę walczyć także w kategorii lekkiej. Michał Chudecki jest dobrym bokserem i mistrzem, ale uważam, że go pokonam. Tak, jestem nawet o tym przekonany - dodał.

Dawid Michelus reprezentował barwy Sokoła Piła, gdyż zgodzili się na to szefowie Lechmy PKB Poznań - jego obecnego klubu. - Nie widzę przeszkód, by jego macierzysty klub nie zdobył nieco punktów dzięki jego występowi - mówi Zdzisław Nowak. - Muszę dbać o cały wielkopolski boks, nie tylko poznański.

A młody Michelus (rocznik 1993) trzy dni w tygodniu spędza w Poznaniu, gdzie trenuje boks, a trzy dni spędza w Pile, gdzie chodzi do technikum gastronomicznego. - Łatwo nie jest, żeby to pogodzić - przyznaje.

- Nie popuszczę mu. Szkołę musi skończyć - podkreśla jednak Zdzisław Nowak.

W czwartek od godz. 17 finały, na których zjawi się gościnnie mistrz świata wagi junior ciężkiej WBO, Niemiec Marco Huck.

Do tych finałów awansowali najlepsi polscy pięściarze i nasi dwaj olimpijczycy z Pekinu z 2008 roku, Łukasz Maszczyk i Rafał Kaczor. Kaczor reprezentował zresztą wtedy poznańskie barwy. Teraz jednak prowadzi z ojcem (byłym bokserem Zenonem Kaczorem, który zresztą pochodzi ze Śremu) w Wałbrzychu własny klub Kaczor Team. - Mamy 100 dzieciaków na treningu - podkreśla z dumą.

Poznań wciąż jest mu bliski. - Ze wzruszeniem zauważyłem, że kibice mnie tu poznają i pozdrawiają. To spowodowało, że walczyło mi się tu pewniej, jak u siebie - powiedział Rafał Kaczor, który wie jak to jest być na igrzyskach olimpijskich. - Wspaniałe uczucie. Ja mam ojca-sportowca, który wpoił mi kult dla czystego sportu i igrzysk. Dlatego walczę już 16 lat na amatorskim ringu i chcę odnieść sukces. Młodsi bokserzy, którzy nie mają w sobie tego kultu dla idei sportu, przechodzą na kolorowe i oświetlone jupiterami ringi innych sportów walki jak MMA itd. Nie dziwię im się - rozejrzał się po Arenie. - Tu jest jednak skromniej...

Arena jest stara, szara i widzów nie ma tu zbyt wielu. - Byłem tu na mistrzostwach Polski w 1976 roku i hala była pełna, po same brzegi. A teraz... - wzdychał jeden ze starszych dziennikarzy ze Śląska. A przecież na drzwiach wejściowych wisi napis "Okazja! Kiełbasa tylko po 2 zł!", a tablicę z numerem rund obnosi po ringu czarnowłosa, długonoga i piękna dziewczyna o spódniczce równie krótkiej jak droga do finału dla niektórych zawodników w słabiej obsadzonych kategoriach wagowych. W poniedziałek i wtorek z hostessy zrezygnowano - była żałoba.