Kiedy Warta była wielka

POCZĄTKI PIŁKARSKIEJ WARTY POZNAŃ I CHWILE JEJ CHWAŁY
- Każdy to powie: dwukrotni Polski mistrzowie! - krzyczą kibice Warty Poznań. Od ostatniego tytułu zdobytego przez najstarszy klub piłkarski Poznania minęły już prawie 64 lata

W Wielkopolsce na początku XX wieku w piłkę nożną grali głównie Niemcy, ponieważ tworzenie polskich klubów pod zaborem pruskim długo nie było możliwe, ale także dlatego że nie była tu tak popularna wśród Polaków, jak np. w Galicji. 15 czerwca 1912 r. siedmiu nastolatków: Marian Beym, Stefan Malinowski, Stefan Mórkowski, Edmund Szyc, Franciszek Szyc (byli kuzynami), Kazimierz Świderski i Ludwik Zysnarski powołało klub piłkarski. Ustalono barwy na biało-zielone, nazwę przyjęto od rzeki Warty, ale nie tylko, bo "warta znaczy to samo co straż, posterunek, a właśnie ich klub miał być jednym z posterunków polskości".

Początki Warty nie różniły się specjalnie od tego, jak w tamtych czasach zaczynały inne kluby zakładane przez Polaków - było mnóstwo zapału i bardzo ograniczone możliwości finansowe. "Koszulki, choć z wielkim wysiłkiem, kupiliśmy sobie własnym sumptem, buty też, kto nie mógł, grał w »cywilnych «. Ze składek dobrowolnych sprawiliśmy sobie pierwszą piłkę. Treningi na bramki z kupek ubrań, kiedy już byliśmy zasobniejsi (w grosze) - na dwie chorągiewki. Boisko? Pierwszy lepszy wolny teren: najpierw jakaś łąka przy Drodze Dębińskiej, późnej piaski popularnej »Sahary «" - wspominał pierwsze miesiące działalności Edmund Szyc.

Przez długie lata Warta była nie tylko najlepszym klubem piłkarskim Poznania, ale i całego regionu. Wygrywała rozgrywki lokalne i reprezentowała Wielkopolskę w walce o mistrzostwo Polski. Jesienią 1922 r. Warta przebojem wkroczyła do czołówki krajowej piłki. Zdobyła wówczas pierwsze wicemistrzostwo kraju. "[.] z drużyny mało znanej i cenionej wyróść w jednym sezonie w wielkość, z którą każdy przeciwnik krajowy poważnie się liczyć musi, to dowód, że Warta poczyniła największe postępy z drużyn polskich i wyrobiła sobie imię tak szybko, jak rzadko która inna". Drugie miejsce w kraju "Zieloni" zajęli też w 1925 i w 1928 r. To ostatnie już w prawdziwej lidze, którą utworzono w 1927 r. Warta znalazła się wśród 16 klubów, które współtworzyły ligę.

Pierwszy tytuł

Z początkiem 1929 r. Warta znów zatrudniła - zwolnionego wcześniej ze względu na oszczędności - węgierskiego trenera Bélę Fursta i odniosła w tym sezonie kilka spektakularnych zwycięstw, np. 5:0 z ówczesnym mistrzem Wisłą Kraków. Po ostatnim meczu byli jednak na drugim miejscu z punktem straty do rewelacyjnego beniaminka ligi, Garbarni Kraków. Dopiero pięć tygodni po zakończeniu sezonu, w połowie grudnia PZPN zajął się protestem Warty dotyczącym meczu z Turystami Łódź z września. Dwie bramki dla łódzkiej drużyny, obie z rzutów karnych, zdobył wówczas Roman Żurkowski. Zdaniem poznaniaków piłkarz ten nie powinien w tym meczu wystąpić, gdyż nie zostały na czas załatwione formalności związane z jego przejściem do Turystów z Ostrovii Ostrów Wlkp. Prawie trzy miesiące po meczu PZPN przyznał Warcie rację. Zamiast 2:1 dla Turystów, do tabel wpisano 3:0 dla Warty i to ona została mistrzem Polski. Pozbawieni dwóch punktów łodzianie spadli z ligi. Wtedy też narodziło się określenie uzyskania czegoś "przy zielonym stoliku". W mistrzowskim sezonie Warta wygrała 15 z 24 meczów. "Na tronie królewskim zasiadł tak zasłużony dla piłkarstwa polskiego klub poznański - pisał "Przegląd Sportowy". - Styl gry oraz wybitne oparcie swych umiejętności o technikę i kombinację sprawiła, że nawet zawsze sceptyczna w stosunku do klubów zamiejscowych opinia Krakowa w ostatnich czasach uznała poznańczyków za klasę równą swym pupilom Wiśle i Cracovii".

1947 - Wisła pokonana

Po drugich miejscach z 1938 i 1946 r. Warta zwyciężyła drugie powojenne mistrzostwa Polski. Od lata 1947 r. trenerem "Zielonych" był Węgier Károly Fogl, wcześniej znakomity piłkarz. "Praca słynnego gracza i trenera węgierskiego nie poszła na marne. Z dobrych i przeciętnych indywidualistów zmontował on jedenastkę, której główną cechą jest zdaje się równomierność", informowała prasa. Warta nie była faworytem rozgrywek. Za najlepszy zespół piłkarski w kraju uważano Wisłę Kraków. Dużym zaskoczeniem był więc wynik pierwszego meczu finałów, w którym poznaniacy wygrali w Krakowie 2:0 na oczach 15 tys. kibiców Wisły! Oba te zespoły łatwo wygrały z AKS Chorzów, więc o mistrzostwie miał zdecydować ostatni mecz między drużynami z Poznania i Krakowa zaplanowany na ostatni dzień listopada. Gospodarzem była Warta, która mogła sobie pozwolić nawet na porażkę 0:2, a i tak byłaby mistrzem. Mecz był wielkim wydarzeniem w mieście. Uczestnik tamtego spotkania, wówczas kapitan Warty, 24-letni student Henryk Czapczyk wspominał po latach: "W kierunku ul. Rolnej mknęły po szynach »zawalone" poznańskie tramwaje, ciągnęły tłumy. Na sąsiadujących ulicach patrole milicji pieszej, konnej i samochodowej regulowały ruch. Na ulicach poustawiano widoczne, potężne megafony do transmisji radiowej. Na mecz zabrakło biletów w kasach i u »koników «. Co sprytniejsi właściciele domów sąsiadujących z boiskiem sprzedawali miejsca na dachach, balkonach i w oknach swoich mieszkań. [.] Dwie godziny przed meczem na widowni siedział już nadkomplet ponad 20 tys. widzów".

Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 11.30. Zaledwie pięć minut później z gola cieszyli się krakowianie. "Na widowni konsternacja, która nie udziela się jednak Warcie", relacjonował "Przegląd Sportowy", którego dziennikarz tak opisywał następne, niezwykłe 20 minut w wykonaniu poznańskich piłkarzy: "W 10. min bomba Smólskiego idzie tuż nad poprzeczką. W 12. min Rupa nie dostaje piłki. Ma ją za to Czapczyk. Wystawia Genderę i wyrównanie gotowe. Nie umilkły jeszcze oklaski, a już atak Warty, odebrawszy piłkę przeciwnikowi, rwie naprzód. Gendera wypuszcza pięknie Smólskiego - bomba - i Warta prowadzi 2:1. Za chwilę przebój Smólskiego likwiduje w ostatniej chwili Jurowicz, wybijając piłkę nogą. W 15. min otrzymuje ją Czapczyk od Gendery i myli bramkarza, zmieniając nogę, i efektownym strzałem podnosi wynik na 3:1. Gra jest mimo wszystko żywa i otwarta. W 20. min wolny z 25 metrów, bije ostro Smólski, piłka odskakuje od Jurowicza - i Skrzypniak zdobywa czwartą bramkę dla swych barw. Wisła jednak nie załamuje się, ale ataki Warty są wciąż groźne. Notujemy jeszcze trzeci róg dla Warty i w 31. min Czapczyk po pięknym ataku całej linii zdobywa piątą bramkę dalekim strzałem".

Losy mistrzostwa były przesądzone. Wisła w drugiej połowie odpowiedziała tylko jednym golem. Poznaniacy wygrali 5:2 i po 18 latach znów byli najlepszym zespołem w Polsce. Na zakończenie meczu odegrano Mazurka Dąbrowskiego dla nowego mistrza, "potem radosny tłum wpadł na płytę boiska i długo nosił na ramionach uszczęśliwionych i wzruszonych piłkarzy »Zielonych «. Jeszcze późną nocą rozlegał się na ulicach, w tramwajach, kawiarniach i domach hymn klubowy: »Dopóki na Ostrówku z Katedry bije dzwon. « - pisał Czapczyk. - Przeciętny piłkarski kibic w sezonie ogląda kilkanaście spotkań, taki bardziej zawzięty - nawet kilkadziesiąt. O większości zapomina się już nazajutrz, bywają mecze, o których dyskutuje się kilka dni bądź tygodni. Niezmiernie rzadko zdarzają się mecze piłkarskie, które tworzą legendę, które przechodzą do historii i których nigdy się nie zapomina. Niewątpliwie do tej kategorii zalicza się spotkanie, które rozegrane zostało w Poznaniu 30 listopada 1947 r.".





Fragmenty tekstu "Dopóki na Ostrówku z katedry bije dzwon...", który ukazał się w "Kronice Miasta Poznania" nr 1/ 2010