Adrian Bartkowiak w debiucie pokonał Reissa, potem układał kostkę brukową, a odrodził się w Warcie

- Gdy piłkarze grają dla klubu z miasta czy regionu, w którym się urodzili, to wiadomo, że chcą oddać dla niego serce. Tak właśnie jest w Warcie - mówi obrońca Adrian Bartkowiak.
Jest 28 października 2005 roku. Czech Werner Liczka w swoim pierwszym meczu w roli trenera Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wlkp. bardzo ryzykuje. Na środek obrony na mecz z Lechem Poznań wystawia zaledwie 18-letniego debiutanta w ekstraklasie. Adrian Bartkowiak - bo o nim mowa - spisuje się świetnie, a grodziszczanie wygrywają mecz 3:1. - Gdy na odprawie zobaczyłem swoje nazwisko przypisane do pierwszej jedenastki, zrobiłem się blady. Czekała mnie gra przeciw Piotrowi Reissowi, w Lechu był też choćby Piotr Świerczewski - przypomina sobie dzień debiutu Adrian Bartkowiak. - Trener i koledzy uspokajali mnie. Podkreślali, bym nie dał się nabrać na słynny zwód Piotrka "na zamach". Nie dałem się.

Starcie z Reissem, starcie z Jeleniem

Adrian Bartkowiak był wcześniej związany z Lechem, choć nie jest jego wychowankiem. - Zaczynałem w Unii Swarzędz. Z niej trafiłem do kadry makroregionu. Trener Tadeusz Jaros, który ją prowadził, wziął mnie do swojej drużyny młodzieżowej w "Kolejorzu". Przy Bułgarskiej spotkałem Artura Marciniaka czy Krzysztofa Strugarka - opowiada piłkarz.

Z Poznania pojechał do Grodziska Wlkp., gdzie jego pozycja stała się mocniejsza niż w Poznaniu. Trenował z pierwszym zespołem.

- Moja przygoda w ekstraklasie trwała jednak krótko. Już w swoim drugim meczu, w Płocku, po starciu z Ireneuszem Jeleniem, rozwaliłem sobie więzadła krzyżowe. Po debiucie z Lechem nie miałem głowy w chmurach, zawsze twardo stąpałem po ziemi. Ale kontuzja przyszła tak szybko, że nie zdążyłem się nacieszyć ekstraklasą - żałuje piłkarz.

Prezes klubu Zbigniew Drzymała załatwił piłkarzowi operację w Niemczech. Bartkowiak do gry wrócił w maju, zagrał dwa razy w niewiele znaczącym Pucharze Ekstraklasy. Potem w Groclinie wystąpił już tylko w Młodej Ekstraklasie.

Układanie kostki, rozwijanie mapy

- Przez pół roku w ogóle nie grałem w piłkę. W Grodzisku zostałem odsunięty od pierwszej drużyny. Powiedziałem sobie, że tak nie chcę. Nie widziałem dla siebie perspektyw w piłce - opowiada obrońca. - Nie mam dwóch lewych rąk do pracy. Mieszkam w wiosce, w Paczkowie rodzice mają gospodarstwo rolne, więc pracy się nie boję. Znajomy zatrudnił mnie w swojej firmie. Układałem kostkę brukową. To było jakieś trzy lata po debiucie w ekstraklasie - przyznaje bez skrępowania piłkarz.

Ale do piłki wrócił. Gdy klub z Grodziska oddawał miejsce w ekstraklasie Polonii Warszawa, Bartkowiak pojechał na obóz przygotowawczy z trenerem Jackiem Zielińskim. "Czarne koszule" nie zdecydowały się jednak podpisać umowy z wciąż młodym obrońcą.

- Trener Zieliński doradził mi, bym spróbował szczęścia w Stali Stalowa Wola. Tydzień przed rozpoczęciem drugiej ligi wsiadłem w samochód i pojechałem do Stalowej Woli - mówi Bartkowiak. - Byłem trochę przerażony. Wcześniej zawsze grałem gdzieś w pobliżu domu, nigdy za daleko nie wyjeżdżałem - dodaje.

W pobliżu domu pewnie grałby wówczas nadal, gdyby nie pojechał na obóz z Polonią Warszawa. - Z tego co wiem, trener Bogusław Baniak chciał mnie w Warcie już wtedy. Gdy klub ze stolicy określił się, że mnie nie potrzebuje, w Poznaniu kadra zespołu była już zamknięta.

Pierwsze wejście do Warty

W Stali spędził sezon 2008/2009, zagrał w 21 meczach. W Poznaniu o nim nie zapomniano.

- Przyjechałem do Warty się odbudować i to udało się świetnie. Trener Baniak mi zaufał, a drużyna grała dobrze.

Jesienią 2009 roku gwiazdami "Zielonych" byli strzelcy goli, Piotr Reiss, Marcin Klatt i Tomasz Magdziarz. Ekspertom nie umknęła jednak doskonała gra w obronie Adriana Bartkowiaka. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że defensor był ostoją tej drużyny. Zauważyli to też menedżerowie i inne kluby.

Bartkowiak: - Dostałem ofertę z Łęcznej. Pierwsze pół roku było dobre, na ławce posadził mnie dopiero nowy trener, Mirosław Jabłoński. Powiedział szczerze, że może i grałem wcześniej nieźle, ale on bardziej ufa swoim ludziom.

Moje miasto

- Ucieszyłem się z kolejnej możliwości gry w Warcie. W Łęcznej czy Stalowej Woli po meczu wracało się do pokoju 4 na 4 metry i siedziało się samemu. A ja lubię być w Poznaniu, móc w każdej chwili pojechać do rodziców. Najbliżsi mogą zobaczyć z bliska, jak gram - opowiada piłkarz. - W Warcie jest wielu ludzi z regionu. Wszyscy chcą, by klubowi się dobrze wiodło. Gdy było biednie, jeździliśmy na mecze wyjazdowe samochodami. Zwykły najemnik, przy braku autokaru, może machnąłby na taki wyjazd ręką. A tu każdy ma Wartę w sercu - dodaje.

Piłkarze "Zielonych" jesienią pojechali swoimi samochodami m.in. na mecz z GKS Katowice. Pół roku później, do meczu z tym samym rywalem w Poznaniu, Warta przystępuje jako zupełnie inny klub i w dużej części zupełnie inny zespół. Z niewyobrażalnie większą publicznością.

- Pewnego dnia, gdy przyjechałem na Drogę Dębińską na trening o godz. 9.30, zobaczyłem potężną kolejkę ludzi pod sklepem. Pod sklepem, który jest otwierany dopiero o 10. Kolejka za biletami na nasz mecz jak za bułkami za komuny. To aż nie do uwierzenia - kończy Adrian Bartkowiak.