Sport.pl

Po oświadczeniu prezes Warty: stypa na koniec jubileuszu [KOMENTARZ]

Dwa lata temu piłkarska Warta Poznań leciała w otchłań drugoligową, którą w polskich realiach można porównać do czeluści Tartaru, najstraszniejszej części Hadesu. Bez kibiców, bez telewizji, bez przyzwoitych stadionów.
Wtedy z beznadziei, jak z morskiej piany, wyłoniła się Izabella Łukomska-Pyżalska. Klub postawiła na nogi, to bez żadnych wątpliwości. Co prawda na pierwszym miejscu stawiała błyszczenie w mediach własnymi nogami, a piłkarze od ich początku do końca byli w cieniu, ale gdyby nie blondwłosa prezes i jej (oraz jej męża) firma Family House, Zielonych na zapleczu ekstraklasy od półtora roku pewnie by nie było. Nie byłoby też choćby niedawnych pucharowych emocji z Wisłą Kraków i paru naprawdę dobrych meczów, godnych klubu obchodzącego właśnie swoje stulecie.

Szefowa Warty w wydanym oświadczeniu twierdzi, że kiedy coś robi, nie akceptuje przeciętniactwa. Pisze też o przepłacanych piłkarzach, przywołując przykład gracza: kawalera, z wynajętym mieszkaniem, który użalał się na 4 tys. zł pensji. Szkoda, że nie wspomniała, że wcześniej sama (przy pomocy kiepskich doradców) zatrudniała przeciętnego ligowca z tzw. dużym nazwiskiem (choć swego czasu skróconym przez aferę korupcyjną - i nie chodzi tu o Piotra Reissa), któremu za kopanie się w czoło płaciła 25 tys. zł miesięcznie.

Warta, bez dotychczasowych luksusów i piłkarzy z obecnej kadry, być może od razu nie spadnie ligę niżej. Ale tylko dlatego, że jeszcze większych biedaków w tej lidze ciągle jest pod dostatkiem. Tkwienie prezes Łukomskiej-Pyżalskiej w rozkroku, pomiędzy trzymaniem klubu w garści ze względu na promocję własnej osoby a niechęcią do dalszego inwestowania w niego, do upadku doprowadzi jednak nieuchronnie.

W ten sposób znaczek Warty może być kolejnym, który trafi do klasera z upadłymi poznańskimi klubami. W tym roku pożegnaliśmy koszykarzy, koszykarki, żużlowców i futsalistów z Pniew (wcześniej grających w Poznaniu). Już teraz przerwę w emocjach, jakie kibice mogą przeżywać w Poznaniu, wyznaczają daty meczów piłkarzy Lecha (następny przy Bułgarskiej dopiero pod koniec lutego). Za rok, jeśli nic się nie zmieni, ostanie nam się tylko on.