"Jestem Feliks, czyli szczęśliwy" - niezwykła opowieść legendarnego bramkarza Warty Poznań

Mecz Warta Poznań - Pogoń Lwów zorganizowany na stulecie poznańskiego klubu. Na zdjęciu - Feliks Krystkowiak

Mecz Warta Poznań - Pogoń Lwów zorganizowany na stulecie poznańskiego klubu. Na zdjęciu - Feliks Krystkowiak (Fot. Lukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta)

- Pod kioskiem na rynku Wildeckim stała grupa podchmielonych ludzi i coś tam śpiewali. Podszedłem zapytać, co się stało. A oni na mnie: "Nie wiesz, że Warta została mistrzem, ty paskudo!". Niewiele brakowało, żebym dostał od nich smary. Ja, mistrz Polski! - opowiada Feliks Krystkowiak, mistrz Polski z 1947 r. w barwach obchodzącej swoje stulecie Warty Poznań.
Jest jedynym żyjącym mistrzem Polski z 1947 r., gdy Warta Poznań triumfowała po zwycięskim meczu z Wisłą Kraków. To jej ostatni, jak dotąd, tytuł mistrzowski. Feliks Krystkowiak stał wtedy na bramce. Dziś ma 87 lat, mieszka na poznańskim Dębcu i do siedziby Warty podjeżdża srebrnym daewoo tico.

Radosław Nawrot: Komórki też pan używa?

Feliks Krystkowiak: Owszem, używam, ale to głównie do mnie dzwonią. Dostałem w prezencie.

A z internetu pan korzysta?

- To już nie dla mnie.

W internecie można znaleźć notatkę na pański temat: "jedyny żyjący mistrz Polski z 1947 roku w barwach Warty Poznań". Pamięta pan tamte czasy?

- Minęło wiele lat, ale pamiętam wszystko. Czasy, gdy na mecze nie podróżowało się samolotami, ale pociągami. A w drodze powrotnej rozkładało się na podłodze "Trybunę Ludu" i na niej się spało. Pociąg z Krakowa czy Warszawy przyjeżdżał nad ranem, a trzeba było iść do pracy.

Pracował pan?

- W Cegielskim. Byłem tokarzem, a później technikiem metalurgii. Z czasem miałem piękną posadę - kierownik odbioru. Cały byłem szczęśliwy, miałem sens w życiu.

Piłkarz to nie był zawód?

- Nie. Trenowało się i grało po godzinach. Pracy odpuścić jednak nie było można, a niektórzy piłkarze Warty Poznań byli na naprawdę ważnych stanowiskach. Stachu Kaźmierczak był w dwójce budowlanej, Tadek Weiss był przewodniczącym związków zawodowych. Każdy się spieszył po meczu do pracy, żeby być w porządku. Aczkolwiek...

Aczkolwiek?

- Któregoś dnia, zupełnie przypadkiem mój kierownik dowiedział się, że gram w Warcie. Zapytał: - Felek, dlaczego mi nie powiedziałeś? I zaproponował, bym mu zgłaszał każdy mecz, wtedy następny dzień będę miał wolny.

A propos tego "Felka" - niektóre źródła podają, że ma pan na imię Feliks, inne - że Felicjan.

- Felicjan?! Nie, absolutnie. Nie wiem skąd ten pomysł. Feliks, jestem Feliks, czyli szczęśliwy.

Ale rzeczywiście urodził się pan w Niemczech?

- Tak, w Westfalii, gdzie mój ojciec był przewodniczącym Związku Polaków i polskiego Sokoła. Byliśmy polską mniejszością w Niemczech, ale ta mniejszość była ogromna. Gdy Hitler robił spis ludności w 1936 r., sześć milionów osób zadeklarowało mu polskie korzenie!

Moja mama np. w domu mówiła tylko po polsku. Ojciec też kultywował polskie tradycje - i w takim duchu zostałem wychowany.

A skąd pańscy rodzice wzięli się w Niemczech?

- Pojechali do pracy, za chlebem. W 1900 r. wyjechali z Gierłachowa w powiecie kościańskim. Ojciec pracował jako górnik w Nadrenii przez 52 lata. Ja urodziłem się już w Niemczech i byłem obywatelem niemieckim. Chodziłem jednak do polskiej szkoły trzy razy w tygodniu, zawsze po południu. Co roku rodzice wysyłali mnie także na letnie kolonie do Polski. Ostatni raz byłem na nich w 1938 r. w Kórniku. Mam nawet zdjęcie z tych kolonii, tylko mnie na nim nie ma. Chory akurat byłem.

Ostatniego lata przed wybuchem wojny już pan na kolonie nie pojechał?

- W 1939 r.? Gdzie tam, nie było już takiej możliwości. Sytuacja była zbyt napięta. Właściwie już w kwietniu 1939 r. Trzecia Rzesza zlikwidowała wszystkie związki Polaków, wszystkie Sokoły i inne organizacje. Zaczęła się nagonka na Polaków. Rodzice, widząc, co się dzieje, wysłali mnie na wszelki wypadek do znajomych pod Hamburg. Tam zastała mnie wojna i tam nauczyłem się zawodu tokarza. Wróciłem po siedmiu miesiącach, gdy już się wszystko uspokoiło.

Polakowi w państwie Hitlera nie było chyba łatwo.

- Wie pan, to był faszyzm, tak więc... rzeczywiście nie było łatwo. Na szczęście mieliśmy bardzo porządnych sąsiadów, Niemców. Dobrze się z nimi żyło. I tak trzeba było jednak uważać. Jako młody chłopak byłem kolporterem "Gazety Polskiej". 138 chłopców rozwoziło ją na rowerach. Zdarzało się, że gdy zostawiłem rower na chwilę, znajdowałem go zdewastowanego. Tuż przed wojną poturbowały mnie też chłystki z Hitlerjugend.

Grać w piłkę nauczył się pan jeszcze w Niemczech?

- Tak. Miałem starszych braci, którzy trenowali w Sokole. Mieli salę, ćwiczyli, a ja ich podglądałem. Później sam spróbowałem. Klub grał w niemieckiej lidze. Wystawiał dziesięciu Polaków i jednego Niemca. Pamiętam, że grali tam np. Piwoda, Nowicki, Orzechowski albo taki Kosmala, który potem po wojnie był długoletnim trenerem w Wałbrzychu.

Dziś to Polacy wyjeżdżają grać w piłkę w Niemczech. Pan jest rzadkim przykładem odwrotnej sytuacji.

- Wielu Polaków wracało wtedy z Niemiec. Ja wróciłem, bo ojciec dał taki rozkaz. Usłyszał wezwanie do powojennej odbudowy kraju i uznał, że wracamy. Po tylu latach.

Kiedy pan wrócił?

- Mogę podać dokładną datę, bo nigdy jej nie zapomnę. 1 listopada 1945 r. zameldowałem się na dworcu kolejowym w Poznaniu, a właściwie na tym, co z niego zostało. Cały był strzaskany. Kupa gruzów. Obok stał barak, który spełniał rolę dworca. Tam kupowało się bilety.

A miasto?

- Żadnego budynku w całości. Mnóstwo gruzów, kurzu, pyłu i groby z krzyżami wzdłuż ulic.

Nie miał pan problemów w stalinowskiej Polsce jako obywatel Niemiec?

- Nie, dobrze mnie przyjęto. I to mimo tego, że służyłem w niemieckiej armii.

Służył pan w Wehrmachcie?!

- No tak. Walczyłem na froncie. A co miałem robić? Miałem niemieckie obywatelstwo, wszystkich brali. Gdybym odmówił, postawiliby mnie pod murem i rozstrzelali.

Gdzie pan walczył?

- Na froncie wschodnim, w Rosji. A dokładnie na Ukrainie. Ten region nazywał się kolanem Dniestru. Trafiłem tam w listopadzie... nie, wcześniej! Już w październiku 1943 r.

Zima na froncie wschodnim - przeżył pan ten koszmar?

- Chce pan wiedzieć, jak tam było? Mokro, zimno, ciemno... Karabin się kładło na śniegu, klękało na nim i tak spało. A na dodatek w niemieckiej armii był wtedy wielki bajzel. Rozsypka. Listy jednak dochodziły. Od ojca, od rodziny. Przychodziły na front, do okopów. Pisali, że cały czas trwają bombardowania Niemiec, ale wciąż żyją. Chowają się pod drzewem i żyją. Cieszyło mnie to bardzo, aż w końcu dostałem kulkę.

Kiedy?

- Tu też podam dokładną datę, dostałem kulkę w moje 19. urodziny - 9 maja 1944 r. Okazało się, że byłem o 20 cm za wysoki na natarcie, w którym brałem udział. Pamiętam, że przeskoczyłem jakiś płot i wtedy jedna kula Rosjan trafiła mnie w głowę, a druga w nogę. O tu, niech pan spojrzy. Śmiało, śmiało, proszę sprawdzić.

(Sprawdzam - na głowie Feliksa Krystkowiaka jest wyraźna blizna.)

Obudziłem się już w szpitalu w Cieszynie. Leżałem tam przez dziesięć miesięcy, niemal do końca wojny. Zajmowały się tam mną dwie miłe panie. Gdy zagadnąłem do nich po polsku, wystraszyły się. Potem były śmielsze. Chętnie bym się dowiedział, co się z nimi potem stało...

Wielu Polaków służyło z panem w Wehrmachcie?

- Polaków może nie, ale Łużyków - Słowian z Niemiec. Łużyczan. Wielu ich było w moim oddziale. Strasznie nieufni ludzie. Nie lubili Hitlera, nie lubili Trzeciej Rzeszy. Musieli się bić w niemieckim mundurze jak wszyscy, ale mieli takie nastawienie do wszystkich, że w ich obecności bardzo uważałem na to, co mówię i robię. Też nie wiem, co się z nimi stało.

Mnie ewakuowali z całym szpitalem na Zachód. Tam trafiłem do niewoli, w ręce Kanadyjczyków. Na szczęście miałem papiery, dzięki którym mogłem wykazać, że jestem Polakiem. Trafiłem do osobnego obozu, takiego dla niemieckich żołnierzy, którzy nie byli Niemcami. No a potem przyjechałem do Polski.

Cały czas się zastanawiam, jaki los czekał żołnierza Wehrmachtu w stalinowskiej Polsce?

- Wie pan, ojciec miał w Poznaniu kolegów, a ja na dodatek miałem fach w ręku. Gdy majster z zakładów Cegielskiego dowiedział się, że uczyłem się tokarstwa w Niemczech, cały był szczęśliwy. - Dobre, kruppowskie wychowanie. No to mam fachowca! - mówił. Pan wie, zakłady Kruppa w Niemczech... znana marka.

A co z tą piłką nożną?

- Cóż było robić po południu, po pracy? Chodziło się na boisko, na mecze. Oglądaliśmy mecze Warty Poznań, a ja nie zdradziłem kolegom z fabryki, że grałem w futbol w Niemczech. Powiedziałem tylko: "Za trzy miesiące będę grał w Warcie, zobaczycie". Ale mnie wtedy wyśmiali...

I zagrał pan.

- Zagrałem, ale najpierw w drugim zespole. Chyba osiem meczów. Przyszły jednak finały w 1946 r., w których grały AKS Chorzów, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa i Warta Poznań. Trenerem był wtedy magister Balcer, a ja byłem rezerwowym bramkarzem. Bronił Marian Jankowiak, który w meczu z AKS puścił takie dziwne bramki. Dopiero potem przyznał się, że miał słaby wzrok i nie widział piłki uderzonej z 30 metrów. Ech, strasznie mi żal tego Mariana.

Pojechał kiedyś na ryby i zmarł na nich na zawał. A był to taki miły człowiek, zachowywał się tak fair, że gdy magister Balcer odsunął go od gry i wystawił mnie, trenował mnie i zdradzał wszystkie arkana sztuki. To dzięki niemu chwyciłem formę i zrobiłem postępy.

Marian Jankowiak mieszkał w Szamotułach, ale przyjeżdżał specjalnie, by mnie prywatnie szkolić, choć nie musiał. Mógł być przecież wściekły na to, że go odsunęli. A nie był. Nigdy mu tego nie zapomnę.

W 1946 r. przyszedł mecz z Polonią Warszawa, bardzo ciężki. Rano gazety podały skład, a tam - zamiast nazwiska "Jankowiak" - widniało "Krystkowiak". Marian Jankowiak był wtedy w Poznaniu bożyszczem. Bronił jeszcze przed wojną, grał w reprezentacji Polski przed 1939 r. Kibice uznali, że to pomyłka w druku. Wychodzimy na mecz, widzą mnie i konsternacja. Słyszałem szum na widowni i to nie mały, ale olbrzymi szmer. Pojawiły się nawet gwizdy. Bolesław Gendera był wtedy kapitanem. Podbiegł do mnie i mówi: "Felek, mam nadzieję, żeś uszy zatkał. Nie przejmuj się gwizdami i weź się w kupę". No to się wziąłem, wygraliśmy 2:1 - i ci sami kibice, którzy gwizdali, znieśli mnie do szatni na rękach. Po zwycięskich meczach widzowie często wtedy porywali piłkarzy i nieśli na rękach do szatni. Taki był zwyczaj.

Warta Poznań z 1946 r. już była świetnym zespołem?

- Oj tak! Bolesław Gendera był mistrzem strzelania na bramkę w taki nietypowy sposób. Nie były to strzały silne, raczej lekkie, ale zawsze zaskakiwał bramkarzy. Świetnie to robił.

Był też Stasiu Kaźmierczak, który tak umiał faulować, że sędzia tego nie widział. Albo Piotr Danielak, który miał dość pokaźną tuszę, a każde jego podanie dochodziło co do centymetra. Na dodatek wrócił Kazimierz Lis, który grał w Warcie przed wojną i był nawet w kadrze Polski na mundial w 1938 r. Kończył w Poznaniu karierę. Grał i służył doświadczeniem. Pamiętam też Michała Dusika, takiego obrońcę, który miał w Poznaniu restaurację przy dworcu. Prywatny interes. Któregoś dnia przyszli państwowi urzędnicy i wszystko mu zabrali, zarekwirowali nawet wózek dla dziecka. Zrobiliśmy jednak zbiórkę i Michaś nie odczuł tego aż tak bardzo. Takie były czasy. Nikt nikogo w potrzebie by nie zostawił.

Warta grała wtedy na stadionie na Rolnej, którego dziś nie ma.

- Dzisiejszych obiektów na Drodze Dębińskiej nie było. Była Rolna, która, no wie pan... niby trawa, a jednak większość - bez. Kiedy robiło się ciepło, musieli przyjechać strażacy, żeby polać wodą boisko. W przeciwnym wypadku za bardzo się kurzyło i nie dało się oglądać. Dobrej trawy nie pamiętam tam nigdy.

A musi pan wiedzieć, że w 1946 czy 1947 r. my trenowaliśmy na tym boisku, na trybunach ćwiczyli bokserzy, na bieżni szkoliło się chyba czterdziestu lekkoatletów od dr. Karola Hoffmanna, a koszykarze mieli zajęcia za bramkami, bo tam były kosze. Wszyscy jednocześnie na małej Rolnej! Szum i gwar był niesamowity. A w szatni nie było ciepłej wody. To znaczy, przepraszam, gdy zdobyliśmy mistrzostwo, to nam włączyli.

W 1947 r.?

- Tak, w 1947 r. Mieliśmy wtedy jako trenera Węgra, Karoly Fogla [mistrz olimpijski z reprezentacją Węgier z Paryża w 1924 r. - przyp. red.]. Przyszedł raz i pokazał nam gazetę "Sport". A tam napisali, że faworytem do tytułu jest Wisła Kraków, może powalczy AKS Chorzów, za to Warta Poznań będzie dostarczała punktów. Przeczytał nam zdanie po zdaniu i pyta: "No i co wy na to?" Aż kipieliśmy z ambicji.

No i zostaliście mistrzami po pamiętnym decydującym meczu z Wisłą Kraków wygranym 5:2.

- Zaskoczyli nas, wbili nam bramkę, ale już w 25. minucie było 5:1 dla Warty. Graliśmy znakomicie, mądrze, nie pchaliśmy się, lecz czekaliśmy na nich. Wszyscy zagrali wielki mecz - Skrzypniak, Kaźmierczak, Czapczyk, Gendera, Smólski...

Grało się wtedy piątką napastników.

- Wiadomo, WM. To znaczy tak się nazywało to ustawienie "WM", bo układ graczy na boisku przypominał te dwie litery, ułożone jedna pod drugą. Mieliśmy więc piątkę piłkarzy z przodu, co chyba było lepszym systemem niż obecny. Dziś jest za dużo cackania się z piłką, gry do tyłu.

Czy to prawda, że na tym meczu z Wisłą było 20 tysięcy ludzi?

- Specjalnie powiększyli wał od Czwartaków. A jeszcze 10 czy 15 tysięcy ludzi stało pod stadionem i słuchało relacji z głośników. Ja wtedy miałem fatalny dzień, bo przyjechali do mnie krewni i po meczu musiałem do nich wrócić. A przy Operze odbywał się bankiet z okazji mistrzostwa, zatem pobiegłem nieco później na ten bankiet. Pod kioskiem na Rynku Wildeckim stała grupa podchmielonych już ludzi i coś tam śpiewali. Podszedłem, by zapytać, co się stało. A oni na mnie ruszyli: "Nie wiesz, że Warta została mistrzem, ty paskudo!" - krzyczeli i gonili mnie. Niewiele brakowało, żebym dostał od nich smary. Ja, mistrz Polski!

Na powojenne mecze Warty chodziła jeszcze przedwojenna publika.

- Była bardzo wymagająca. Kibice Warty potrafili nas wygwizdać, ale i nosić na rękach. Gdy padał gol i Warta wygrywała, z radości wszyscy rzucali się sobie w ramiona. Kiedyś moja bratowa mówi do mnie: "Załatw mi bilet na mecz". Pytam: "Wiciu, po co ci? Przecież nie interesujesz się sportem!". A ona na to, że chce iść, bo ponoć po golu nigdzie tak nie całują, jak na trybunach Warty.

A kto w latach 40. miał więcej kibiców - Warta czy Lech?

- Zdecydowanie Warta. Nie było jednak konfliktów z Lechem. Derby pamiętam jako zawsze spokojne mecze. Ja miałem wielu przyjaciół wśród lechitów, np. przyjaźniłem się z Teosiem Aniołą i jego bratem. Z Zygfrydem Słomą chodziłem na kawkę. Z Władkiem Sobkowiakiem byłem w kadrze Polski.

Z której obydwu was wyrzucono.

- To nie tak. Ja sam odszedłem. Zrobiłem to, bo niechętnie tam patrzyli na poznaniaków. Miarka się przebrała przy okazji meczu z Rumunią na wyjeździe. Miałem grać w tej Rumunii, tak ustalone było na odprawie. Już się szykowałem, a tu przyszli do mnie i powiedzieli: "Felek, nie lecisz. Leci bramkarz ŁKS". To mnie dobiło.

Za to mistrzostwo w 1947 r. nie było nagród?

- Graliśmy wtedy amatorsko, ale to nie tak, że nie dostawaliśmy wypłaty. Raz w tygodniu czekała na mnie paczka, która zawierała 10 jaj, kiełbasę i cukier. Dla mnie, kawalera, to było bardzo ważne. Wtedy jak kobiety nie było w domu, to klops, wie pan. Obiad jadłem w stołówce w Cegielskim, resztę posiłku miałem w paczce, tylko chleb musiałem sobie dokupić. Byłem w siódmym niebie.

Ten węgierski trener Karoly Fogl był najlepszym szkoleniowcem, z jakim pan pracował?

- Dla mnie numerem jeden był mgr Balcer, bo to on mnie wystawił po raz pierwszy i rozpoczął moją karierę.

Tak na niego mówiliście? Per "Magister"?

- Tak. Mgr Mieczysław Balcer, z Krakowa przyszedł jako młody trener. Dał mi pierwsze szlify. Ale i Fogl wiele mnie nauczył. Sam na treningach strzelał nam wolne. Kazał mi zasłonić rękawicami twarz i bił, ile sił. Miałem się nie bać, być odpornym na ból i uderzenie. Kornery także sam wybijał. Smólski z Czapczykiem u niego się ich wyuczyli.

Fogl był też czujny. W 1947 r., jak mówiłem, byłem jeszcze kawalerem, więc któregoś poranka ktoś dzwoni do drzwi w moim domu. To był Fogl. Sprawdzał, czy jestem w domu, czy nie wałęsam się po nocy.

Imprezowało się wtedy po meczach?

- Po prawej stronie od stadionu na Rolnej była restauracja U Kasprzaka. Nasze ulubione miejsce, z tym, że bez alkoholu. Tam jednak robiliśmy schadzki, szkolenia. Do drugiej w nocy dyskutowało się sytuację w klubie. Ten właściciel, Kasprzak, mawiał, że umrze, jak Warta spadnie z ligi. Niestety, wcześniej umarł, cholera...

A Warta Poznań spadła w 1950 r.

- No spadła, spadła. Przyszła jakaś nagonka na Wartę, dawnych działaczy zmienili tzw. społeczni, z nadania. To byli ludzie delegowani do sportu, którzy jednak się na nim nie znali.

Kiedyś, przy okazji dożynek w Poznaniu, namawiałem ich, aby wykorzystali okazję i wzmocnili Wartę. Mieliśmy na oku trzech graczy ze Śląska - z ROW Rybnik i Naprzodu Lipiny. Pojechaliśmy nawet do nich z Kaźmierczakiem, dogadaliśmy się. Byli zachwyceni, że wyjdą z kopalni i przyjadą do Poznania. Nic z tego nie wyszło, Warta się nie zgodziła. Poszło o kilkaset złotych, a może byśmy nie spadli i do dziś grali w ekstraklasie jak Lech. Kto wie...

Komentarze (2)
"Jestem Feliks, czyli szczęśliwy" - niezwykła opowieść legendarnego bramkarza Warty Poznań
Zaloguj się
  • tomekdp

    Oceniono 11 razy 11

    Świetny wywiad z prawdziwą legendą...

  • dadelog

    Oceniono 5 razy 5

    Barwna i zasłużona postać dla Warty.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lechia Gdańsk 18 38 30-17 11 5 2
2 Legia Warszawa 18 33 29-18 9 6 3
3 Jagiellonia Białystok 18 32 33-24 9 5 4
4 Piast Gliwice 18 30 26-20 8 6 4
5 Korona Kielce 18 29 24-22 8 5 5
6 Pogoń Szczecin 18 28 25-21 8 4 6
7 Lech Poznań 18 27 25-23 8 3 7
8 Wisła Kraków 18 26 31-27 7 5 6
9 Arka Gdynia 17 23 26-21 6 5 6
10 Zagłębie Lubin 18 21 26-30 6 3 9
11 Wisła Płock 18 19 26-32 4 7 7
12 Miedź Legnica 18 19 21-35 5 4 9
13 Cracovia Kraków 17 18 13-19 4 6 7
14 Śląsk Wrocław 18 17 25-27 4 5 9
15 Górnik Zabrze 18 16 22-32 3 7 8
16 Zagłębie Sosnowiec 18 12 22-36 2 6 10

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa