Sport.pl

Reprezentanci, mistrzowie, katecheta... Kto stał w bramce Warty?

Grzegorz Szamotulski, który został nowym strażnikiem bramki ?Zielonych?, to gracz o ciekawej karierze. Nie ustępuje w tym poprzednim bramkarzom Warty, wśród których jest wiele ciekawych postaci
Bramkarzem, ale trochę z przypadku, był legendarny prezes Warty i jeden z założycieli klubu w 1912 roku, Edmund Szyc. W drugim w historii występie Warty przeciwko Normanii stanął co prawda między słupkami bramki, ale w innych meczach występował np. w ataku. W meczu z Czarnymi Lwów zdobył nawet gola. Jego epizod w bramce należy raczej przypisać temu, że niemal stuletnia dziś Warta, w swoich szczenięcych latach, była drużyną "dziką", dziś nazwalibyśmy ją podwórkową czy osiedlową.

Represjonowani mistrzowie

Co innego w latach 20. XX wieku, gdy poznański klub był jednym z potężniejszych w kraju. Miał silną sekcję piłkarską, a jedną z jej czołowych postaci był bramkarz Marian Fontowicz (rocznik 1907) - legenda nie tylko Warty, ale też dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Uważano go wówczas za jednego z najwybitniejszych graczy na tej pozycji w kraju. Jako jedyny bramkarz w całej historii Warty doczekał się ośmiu występów w reprezentacji narodowej.

Do Warty Marian Fontowicz trafił w 1923 roku, na początek do trzeciej drużyny piłkarskiej. Rok później był już w pierwszym zespole i tak zaczęła się jego era w bramce. Trwała do połowy lat 30., a przez ponad dekadę zagrał w 579 (!) meczach z literką "W" na piersi.

Swą długowieczność tłumaczył kiedyś następująco: "Rozumiejąc, że dobra gra bramkarza zależną jest od należytej kondycji fizycznej (elastyczność, dobry wyskok i pewność chwytów) a więcej jeszcze od opanowania nerwowego, starałem się przez regularny i unormowany tryb życia, a przede wszystkim przez należyty wypoczynek i masaże przed każdym meczem - stanąć do gry w pełni sił."

Marian Fontowicz był opoką zespołu, który w 1929 roku zdobył mistrzostwo Polski. Miał w swojej karierze również przypadki mniej przyjemne. Mianowicie w październiku 1932 roku Warta wygrała 1:0 na boisku Cracovii, w meczu na szczycie ligi. Po spotkaniu na boisko wtargnęło ok. tysiąca kibiców, którzy rzucili się na sędziego. W jego obronie stanęli piłkarze, spośród których najbardziej ucierpiał właśnie Marian Fontowicz. Pobity stracił przytomność, a odzyskał ją dopiero zniesiony do szatni.

Po zakończeniu kariery walczył w kampanii wrześniowej. Trafił do niewoli, z której wyciągnął go prawdopodobnie były kolega z boiska, Fryderyk Scherfke.

Wielką karierę reprezentacyjną wróżono też Feliksowi Krystkowiakowi (rocznik 1925). Tak jak Marian Fontowicz miał 22 lata, gdy został bramkarzem mistrzowskiej drużyny Warty - w 1947 roku. Dziś jest jedynym żyjącym zawodnikiem tamtego zespołu, który w listopadzie 1947 roku przypieczętował tytuł niezwykłym zwycięstwem 5:2 z Wisłą Kraków. "Krystkowiak nie miał pola do popisu. Raz tylko w drugiej połowie zdradził swe wysokie umiejętności" - napisał dziennikarz "Przeglądu Sportowego".

Bramkarz o pseudonimie "Sztachetka" miał znakomite warunki fizyczne dla bramkarza (aż 186 cm wzrostu, które w latach 40. znaczyły więcej niż dzisiaj) i niezwykły dar: "Spokojem swoim wyprowadza z równowagi napastników przeciwnika".

Spodziewanej kariery nie było, a możemy się tylko domyślać, że poszło o dosyć pokręcone losy młodego Feliksa Krystkowiaka. Do 20. roku życia mieszkał wraz z rodzicami w Westfalii. Zaczął tam treningi w polskim klubie "Sokół", który Niemcy przemianowali na SV Recklinghausen. Był to jeden z najlepszych klubów w regionie, a Feliks Krystkowiak bronił w nim już jako 16-latek. "Kiedy wybuchła wojna, zaproponowano mu przyjęcie obywatelstwa niemieckiego. Rzecz jasna, Krystkowiak wychowany w duchu polskim - odmówił. Skutki nie kazały na siebie długo czekać. Został osadzony w obozie karnym » Zeilchien «na okres 13 tygodni. Wydostał się i po wielu tarapatach wraz z całą rodziną powrócił do kraju do Poznania".

W reprezentacji nigdy nie zagrał, ale za to jest dziś żywą legendą Warty, z którą przebył drogę od mistrzostwa do trzeciej ligi i z powrotem do drugiej. Był czynnym zawodnikiem aż do 37. roku życia, czyli do 1962 roku. W barwach klubu zaliczył imponujące 529 spotkań.

Od Kopernika, przez katechetę, do Henry'ego

Po spadku z ekstraklasy w 1950 roku, Warta wróciła do niej dopiero po 43 latach. Spory udział miał w tym Zbigniew Pleśnierowicz. Dwukrotny mistrz Polski z Lechem Poznań wyjechał do Szwecji jesienią 1989 roku. Tam bronił barw klubów... Kopernik Sztokholm oraz Sodertalje. Stamtąd ściągnęła go do siebie Warta, wiosną 1992 broniąca się przed spadkiem z drugiej ligi. Półtora roku później klub i Pleśnierowicz grali już w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Beniaminek zaczął sezon świetnie. Pleśnierowicz w pierwszych 14 kolejkach wpuścił tylko 10 goli - najmniej w całej lidze. Nie dał się pokonać m.in. gwiazdom Legii Warszawa (0:0), z Wojciechem Kowalczykiem i Dariuszem Dziekanowskim na czele. Z czasem zespół grał słabiej, a klub miał coraz mniej pieniędzy. W drugim sezonie w ekstraklasie Pleśnierowicz zagrał już tylko na inaugurację z Widzewem Łódź (0:4) i odszedł do Amiki Wronki. Jego rezerwowy Jerzy Zajda wrócił do Łodzi (był w Widzewie, poszedł do ŁKS), więc w bramce zmieniali Jerzy Matusiak i Krzysztof Apolinarski. Drugi z nich, wcześniej rezerwowy Lecha, po tym jak przestał grać w poznańskich klubach, został... katechetą. Przygotowanie miał dobre, bo skończył studia teologiczne.

Bezkrólewie w bramce Warty skończyło się wraz z przyjściem Kazimierza Sidorczuka. Mistrz Polski (później także Austrii ze Sturmem Graz) miał grać w niemieckim Sankt Pauli, ale trafił do Poznania. Tylko na pół roku, bo prędko odszedł do Płocka.

Jego następcą był Arkadiusz Onyszko, kolejna charyzmatyczna postać i reprezentant kraju. Onyszko bronił świetnie (pomógł w wygranej nad Legią, z której był wypożyczony), ale nie uchronił zespołu przed spadkiem. Gdy kolejny sezon skończył się degradacją Warty z drugiej do trzeciej ligi, bramkarz postanowił... zakończyć karierę! Rękę wyciągnął do niego Lech, potem grał też w Widzewie, skąd trafił do Danii. W niej został uznany za najlepszego bramkarza ligi i za skandalistę. Wszystko przez kontrowersyjną autobiografię "Fucking Polak" i napaść na żonę. Kunszt bramkarski Onyszki można było podziwiać po jego powrocie do kraju, w Odrze Wodzisław. Podpisał umowę z Polonią Warszawa, ale okazało się, że ma chore nerki i musiał przerwać karierę.

15 lat temu na zgrupowaniu reprezentacji Polski pod wodzą Antoniego Piechniczka, Arkadiusz Onyszko spotkał Grzegorza Szamotulskiego. Najnowszy nabytek "Zielonych" w kadrze zagrał 13 razy. Oprócz 16 klubów, w których 35-latek zagrał, warto też wspomnieć o klubie, do którego ostatecznie nie trafił. Po świetnej grze szkockim Dundee Utd. był blisko przejścia do tamtejszego potentata, Glasgow Rangers. Również podczas pobytu w Szkocji, Szamotulski miał okazję grać przeciw wielkiej Barcelonie. Wpuścił gola dopiero w ostatniej minucie, po tym jak swój strzał z rzutu karnego dobił Francuz Thierry Henry.

Chwilę w narodowym zespole zagrał też Andrzej Bledzewski, bramkarz Warty minionej wiosny. Jego Górnik Zabrze był na zgrupowaniu na Cyprze w tym samym czasie co kadra Jerzego Engela i wobec kontuzji Jerzego Dudka, Bledzewski zagrał przeciw Irlandii Północnej od 89. minuty.

Inni bramkarze Warty Poznań w minionej dekadzie o takich zaszczytach mogli pomarzyć. Tuż przed tym, jak etat w bramce na kilka lat dostał Łukasz Radliński, bronił Jakub Szmatuła, a najdłuższy staż miał Artur Topolski. Marcin Ludwikowski był m.in. w kadrze Widzewa, w Turze Turek strzelił nawet gola, a teraz gra w Calisii. Norbert Tyrajski to jeden z symboli Lecha, który odradzał się po spadku z ekstraklasy. Z kolei Rafał Mielcarek na dużym boisku bronił bramki "Zielonych", a w hali futsalowej Akademii Słowa.

Więcej o: