Artur Wichniarek: Do Lecha trafiłem wprost z leżaka

Do Lecha trafiłem niemal z plażowego leżaka. Obiecano mi, że dostanę 2-3 tygodnie, by spokojnie potrenować. Nie dostałem - skarży się były piłkarz Kolejorza Artur Wichniarek w rozmowie z Przeglądem Sportowym. Artur Wichniarek przyszedł do poznańskiego klubu latem, a w listopadzie rozwiązal kontrakt z mistrzami Polski

O transferze do Lecha Poznań Artur Wichniarek mówi: - Jedyną złą decyzją był moment, w którym zdecydowaliśmy się podpisać kontrakt. Trafiłem do Lecha, gdy zespół kończył okres przygotowawczy. Znalazłem się w drużynie walczącej o awans do Ligi Mistrzów niemal z plażowego leżaka. Ustaliłem z działaczami i trenerem, że po meczach eliminacyjnych dostanę 2-3 tygodnie na nadrobienie zaległości i indywidualne zajęcia z trenerem od przygotowania fizycznego. Zagrałem sześć meczów w trzy tygodnie, po których wiadomo było, że będę potrzebował przerwy.
W lidze mieliśmy problemy, więc sztab trenerski nie chciał się zgodzić, bym przestał grać i zaczął trenować. Nagle zapomniano o obietnicach, a ja nie chciałem robić z siebie idioty. Przecież wiedziałem, że bez przygotowań będę za słaby na grę. Nawet Messi i Ronaldo bez odpowiednich treningów nie byliby w stanie grać na wysokim poziomie. Gdyby to było możliwe, to każdy zespół na świecie spotykałby się na dwa dni przed rozpoczęciem sezonu.

Artur Wichniarek mówi, że to on zaproponował rozwiązanie kontraktu w listopadzie: - Nie chciałem uczestniczyć w tych wszystkich gierkach, że niby psuję atmosferę, że to przeze mnie nie ma Ligi Mistrzów. Uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozstanie. W takich warunkach i okolicznościach nie było sensu dalej grać w Lechu. Mimo to nie żałuję tego okresu, poznałem w tym czasie wielu fajnych ludzi - zarówno wśród zawodników, jak i osób niezwiązanych ze sportem.

rozmowa znajduje się tutaj

Menedżer Wichniarka: Artur nie może być tak traktowany

Artur Wichniarek: Korzenie zapuszczam pod bramką