Sport.pl

Był taki mecz: Cracovia - Lech 2:2, k. 1-4 (Puchar Polski, 2001 r.)

''Starzy kibice Cracovii nazywają swój zespół nieszczęsnym. Kiedy Cracovia ma bowiem utrzymać wygraną do końca - traci gola w końcówce. Tak było i tym razem, w meczu Cracovii z Lechem Poznań. Wielkopolanie wyrównali na 2:2, doprowadzili do dogrywki i wygrali rzuty karne. A to zapowiada w następnej rundzie szlagierowe spotkanie z Pogonią Szczecin'' - pisali w korespondencji pod tytułem Kłopotliwe ''Pasy'', dziennikarze Gazety Wyborczej Poznań.
Odpoczywający i dublerzy

Lechici przyjechali do Krakowa w bardzo eksperymentalnym składzie. Z podstawowej jedenastki, która zazwyczaj gra w II lidze, ujrzeliśmy tylko Krzysztofa Michalskiego, Czesława Owczarka, Grzegorza Matlaka i Arkadiusza Miklosika. W bramce pojawił się Mariusz Luncik, który do tej pory zagrał tylko jeden mecz w Pucharze Ligi. Po raz pierwszy po długiej chorobie zagrał Leszek Zawadzki (tym razem jako stoper), pierwszy mecz w barwach Lecha rozegrał Damian Nawrocik, który ostatnio świetnie spisywał się w drużynie rezerw. Wszystko to z powodu zbyt wielu spotkań, jakie ostatnio musi rozgrywać Lech. Trener Bogusław Baniak dał odpocząć większości swoich najlepszych graczy przed ważnym sobotnim meczem ligowym ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, chociaż perspektywa wyeliminowania Cracovii i doprowadzenia do bardzo ciekawego meczu z Pogonią była kusząca.

Cracovia także nie wystawiła najsilniejszego składu, ale w jej przypadku powodem były kontuzje kilku graczy. W rozsypkę poszła niemal cała druga linia krakowskich "pasów".

Puchar jak liga

Mecz odbył się na rozsypującym się już krakowskim welodromie - stadionie obrosłym historią. Cracovia bowiem była już mistrzem Polski zanim Lech w ogóle powstał. A spiker meczu, przedstawiając skład "Kolejorza", zatrzymał się przy nazwisku drugiego trenera Mirosława Okońskiego i wspomniał jego wizyty na stadionie na początku lat 80.

Od 1984 r. "pasy" nie grają już jednak w ekstraklasie. Podczas wczorajszego meczu małe grupki kibiców obu ekip siedziały razem, bowiem nie czują do siebie odrazy. Było ich razem nieco ponad 1000 osób - niewiele więcej niż zazwyczaj chodzi na mecze Cracovii w III lidze. Ta garstka chwilą ciszy uczciła pamięć ofiar zamachów terrorystycznych w USA, a potem obejrzała dramatyczny, 2-godzinny bój zakończony rzutami karnymi.

Waleczny Zegarek

Cracovia od początku grała cofnięta, ale bardzo aktywnie walczyła o piłki. Starała się wykorzystać każdy przechwyt i wyprowadzić kontrę. Krakowianie więcej grali piłką, przez co zmuszali lechitów do ganiania za nimi po całym boisku. Na dodatek słabo rozumiejąca się jeszcze obrona Lecha dopuściła do straty gola już na początku spotkania. Był to najszybciej stracony przez Lecha gol w tym sezonie - padł w 1. min i 35. s. Od tego momentu Cracovia mogła całkowicie nastawić się na grę z kontrataku wykorzystując szybkość i technikę dwóch groźnych napastników, Łukasza Hermaniuka i uwielbianego przez kibiców Pawła Zegarka.

Mierzący niewiele ponad 160 cm wzrostu Zegarek (grający drugi trener zespołu) gra w Cracovii niemal od zawsze. Pamięta jeszcze czasy, gdy z zespołem "pasów" zdobywał mistrzostwo Polski juniorów. Jest pupilkiem widowni. Hermaniuk i Zegarek byli o niebo groźniejsi niż wszyscy trzej ofensywni piłkarze "Kolejorza" - Damian Nawrocik, Dariusz Wojciechowski i Piotr Tyszkiewicz. Choć lechici wygrywali z Cracovią niemal wszystkie pojedynki jeden na jeden, ta trójka nie potrafiła stworzyć niemal żadnego zagrożenia pod bramką. Na swoje szczęście, Lech ma bardzo dobrze wyćwiczone stałe fragmenty gry. Wystarczyło przyjrzeć się poczynaniom Nawrocika, Wojciechowskiego i Tyszkiewicza, by przekonać się, że bramki dla Lecha mogą paść tylko po rzutach wolnych bitych przez Matlaka lub Miklosika albo też po wejściach w pole karne i strzałach głową Michalskiego podczas wykonywania rzutów rożnych.

Kogo lubi Gawron?

Tak też się stało, ale Cracovia siłami Hermaniuka i Zegarka znów wyszła na prowadzenie. W drugiej połowie to ona przejawiała dużą ochotę do gry. Lechici zdołali ograniczyć poczynania Zegarka, ale bardzo aktywny stał się po lewej stronie boiska Marek Baster. Lech momentami tylko się bronił, jakby wyczekując tylko na dogodną okazję przy stałym fragmencie gry. Ta się nadarzyła i nieskuteczność Cracovii została ukarana wyrównującym golem Miklosika. - Znów tracimy szansę w końcówce - narzekali kibice Cracovii, którzy od 2. min dogrywki zaczęli wieszać psy na sędzi Leszku Gawronie z Mielca. Pan Gawron jest dobrym znajomym poznańskiego Lecha: to właśnie on podczas wiosennego meczu z Odrą w Opolu precyzyjnie karał żółtymi kartkami tych graczy Kolejorza, których te kartoniki eliminowały z następnego, ważnego meczu ze Stalą Stalowa Wola. Tym razem naraził się kibicom Cracovii, kiedy nie podyktował rzutu karnego za zagranie ręką Leszka Zawadzkiego. - Zagranie ręką widziałem, ale piłka była nabita z metra i nie mogłem tego gwizdnąć - tłumaczył po meczu. To była ostatnia szansa "pasów" na historyczny sukces, ponieważ Lech okazał się znacznie lepiej przygotowany kondycyjnie i w końcówce dogrywki to on przejął inicjatywę. Niewiele brakowało, by zdołał potwierdzić pogłoski o wielkim pechu Cracovii - doszło jednak do rzutów karnych, które lechici wykonywali bezbłędnie, za to podmęczeni gracze Cracovii pokazali w nich strzelecką nieudolność. Dla Kolejorza była to trzecia seria rzutów karnych w Pucharze Polski w ostatnich pięciu latach - po przegranej batalii w 1996 r. z Pogonią Szczecin i wygranej w 1998 r. z Górnikiem Łęczna.

DLA GAZETY

Grzegorz Kmita, trener Cracovii

Obiecaliśmy kibicom, że podejmiemy walkę - i podjęliśmy. 120 minut z liderem II ligi bardzo nas jednak zmęczyło. Dzień przed meczem ćwiczyliśmy strzelanie rzutów karnych i wychodziły nam one bezbłędnie, Ziółkowski czy Zegarek do tej pory nigdy się nie mylili. To był nasz najlepszy mecz w tym sezonie.

Bogusław Baniak, trener Lecha

Nie obrażając Pucharu Polski, najbliższy mecz ligowy ze Świtem uważam za ważniejszy. Dlatego zespół wystąpił w tak dziwnym składzie. Niezależnie od tego, że Cracovia zastosowała ostry pressing, mieliśmy zbyt mało do powiedzenia w ataku. Nie przejdę obojętnie obok postawy niektórych piłkarzy. Przeanalizuję ją razem z zarządem klubu. Krakowskie szatnie mają mocne mury, dlatego wytrzymały naszą męską rozmowę w przerwie. Brawa dla Cracovii - jej niektórzy gracze mogliby z powodzeniem grać w II lidze. Cieszę się, że po rozgrywkach II ligi i Pucharu Ligi udało nam się dobrze rozpocząć trzecią imprezę - Puchar Polski. Wierzę, że podczas meczu z Pogonią, Poznań pobije krajowy rekord frekwencji na stadionie.

Mariusz Luncik, bramkarz Lecha

Bardzo podbudował mnie pierwszy wykorzystany karny strzelany przez Dariusza Wojciechowskiego. Powiedziałem sobie wówczas, że trzeba już w pierwszej serii obronić jedenastkę, żeby później nie było niepotrzebnych nerwów. Nie wybierałem narożnika w ciemno, tylko poczekałem na decyzję rywala i udało mi się odbić piłkę. Mamy tak szeroką kadrę, że uczestnictwo w trzech rozgrywkach nie sprawia nam problemu.

Cracovia - Lech Poznań 2:2, k. 1-4
Bramki:
1:0 Hermaniuk (2.), 1:1 Michalski (22.), 2:1 Hermaniuk (41.), 2:2 Miklosik (82.)
Karne: 0-1 Wojciechowski, 0-1 Ziółkowski (broni Luncik), 0-2 Miklosik, 0-2 Zegarek (nad poprzeczką), 0-3 Ślusarski, 1-3 Morawski, 1-4 Zawadzki

CRACOVIA: Paluch - Kowalik Ż, Duda, Wacek Ż - Bania (80. Kopyść), Bagnicki (46. Szajdych), Baran Ż, Baster (102. Morawski), Ziółkowski - Hermaniuk, Zegarek

LECH: Luncik - Michalski Ż, Zawadzki, Owczarek - Hubscher (58. Truszczyński), Miklosik, Twardygrosz, Matlak, Wojciechowski Ż - Nawrocik (65. Ślusarski), Tyszkiewicz (105. Magdziarz)

Sędzia: Leszek Gawron (Mielec)

Widzów: 1 tys.

Radosław Nawrot

 

Historia meczów Lecha z Cracovią (wideo)

Więcej o: