Sport.pl

Wielkie marzenia Bartka i Bienia

Felieton Radosława Nawrota.
Był sobie chłopiec, rodowity poznaniak. Nazwijmy go Beniu. I ten Beniu od dzieciaka chodził na mecze Lecha Poznań, jeszcze w latach 90. Chodził, oglądał te flaki z olejem z Odrami Wodzisław, Arkami Gdynia czy innymi Poloniami Bytom. Klął na co to wydał pieniądze, po czym wydawał je nadal. Marzył bowiem, że przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy pójdzie na Bułgarską na mecz z np. Juventusem Turyn.

Zostawmy zresztą naszego Benia. Weźmy innego chłopaka, niech będzie Bartek. Bartek jako młokos trafił do szkółki Lecha Poznań. Dwa czy trzy razy w tygodniu sumiennie jeździł bimbą na boisko z workiem na buty i ciuchy na plecach. Trenował, a nie było lekko. Lech Poznań grał raczej cienko, nawet spadł do II ligi. Nie było pieniędzy ani ciepłej wody, w szatniach grzyb. Potem Bartek grywał w nudnych jak flaki z olejem meczach z Odrami Wodzisław, Arkami Gdynia czy innymi Poloniami Bytom. Czytał potem w prasie, że był do niczego, jak cała drużyna. Że trenera trzeba zwolnić, że premie obciąć. Grał, czytał, znosił to, bo marzył, że kiedyś przyjdzie taki dzień, gdy zagra na Bułgarskiej z np. Juventusem Turyn.
Między początkiem rewanżowego, czwartkowego meczu z Ukraińcami z Dnipro Dniepropietrowsk do tego niesamowitego losowania w piątkowe popołudnie, gdy Diego Forlan wyciągnął dla Lecha Juventus i Manchester City minęło zaledwie kilkanaście godzin. W tym czasie spełniły się marzenia i Bartka, i Benia, i wielu innych chłopaków i dziewczyn z Rataj, Jeżyc, Wildy czy Piątkowa, którzy kawałek serca oddali Lechowi Poznań.
Niezależnie bowiem od tego, jak się to skończy, czy Juventus i City pożrą Lecha, czy nie, to jednak jest poczucie, że po to się w tę piłkę gra i po to się swemu klubowi kibicuje, by doczekać takich meczów.
Doczekać jesieni z takimi meczami i dnia z takim losowania. Dnia, po którym trudno będzie zasnąć.

Radosław Nawrot, Gazeta Wyborcza

Losowanie minuta po minucie. Jak doszło do tego, że Lech trafił na TAKIE kluby?

Więcej o: