Korona Kielce - Lech Poznań 0:1. Fin znowu strzelił i otworzył mistrzom Polski górną część tabeli!

Gol rozgrywającego setny mecz w ekstraklasie Kaspra Hamalainena dał Lechowi Poznań wyjazdowe zwycięstwo nad Koroną Kielce 1:0. Mistrz Polski wygrał piąty ligowy mecz z rzędu i awansował na siódme miejsce w tabeli ekstraklasy.
To był pierwszy mecz od bardzo długiego czasu, przed którym można było powiedzieć, że faworytem jest mistrz Polski. Wystarczyło spojrzeć choćby w statystyki. Lech, który rozpędził się pod wodzą Jana Urbana, nie dał się zatrzymać już od siedmiu spotkań. Z kolei Korona od siedmiu spotkań... nie wygrała na własnym boisku. Niebylejaka dla obu drużyn była też stawka tego meczu, czyli miejsce w czołowej ósemce ekstraklasy.

Kibice Kolejorza powoli przestają drżeć o zwycięstwa poznańskich piłkarzy, ale - jak zwykle - zastanawiali się, jaki skład tym razem skompletuje Urban. Szkoleniowiec, który robi, co może by szachować siłami swoich zawodników, tym razem dokonał czterech roszad. Najważniejsza - w ataku, do którego wrócił najskuteczniejszy piłkarz Lecha Kasper Hamalainen, a Dawid Kownacki wrócił na ławkę rezerwowych. Na niej usiadł też bohater ostatniego meczu z Wisłą Karol Linetty, z myślą pewnie o tym, że w czwartek lechitów czeka ostatni mecz w fazie grupowej Ligi Europejskiej z FC Basel. Urban dał też odpocząć Paulusowi Arajuuriemu i obok Marcina Kamińskiego wystawił Tamasa Kadara. W Koronie - zgodnie z klauzulą w umowie - nie zagrał wypożyczony z Lecha Maciej Wilusz.

Piłkarze Korony byli szczególnie zmotywowani na mecz z mistrzem Polski. Do walki zagrzał ich przed meczem kultowy w Kielcach utwór pana posła Piotra Marca, znanego bardziej pod pseudonimem Liroy "Scyzoryk, scyzoryk tak na mnie wołają". By nieco złagodzić obyczaje, zawodnicy obu zespołów - podobnie jak wszystkich drużyn w tej kolejce - wyszli na boisko w czerwono-białych czapkach św. Mikołaja.

Nastrój na boisku był jednak daleki od świątecznego, a mecz mógł się podobać od pierwszych minut. Już w 2. minucie w polu karnym Lecha padł Łukasz Sierpina, ale sędzia Mariusz Złotek (w ostatniej chwili zastąpił awizowanego Szymona Marciniaka, który w tygodniu poprowadzi mecz Ligi Mistrzów), uznał, że Tamas Kadar nie przyczynił się do upadku piłkarza Korony. Piłkarze Korony, którymi przewodził Sierpina, rzucili się na Lecha od pierwszych minut i trzeba przyznać, że napędzili poznaniakom nie lada stracha. W 5. minucie kielczanie powinni byli objąć prowadzenie. Bartłomiej Pawłowski łatwo ograł na lewej stronie Darko Jevticia i dośrodkował piłkę w pole karne. Tam był dobrze ustawiony Tomasz Kędziora, ale wybił piłkę głową wprost pod nogi Sierpiny, który czujnie zagrał ją do Przybyły. Ten jednak z sześciu metrów trafił piłką w słupek! To było pierwsze ostrzeżenie dla Lecha.

Kolejorz nie pozostawał jednak dłużny. Barry Douglas perfekcyjnie dograł z rzutu wolnego na głowę Marcina Kamińskiego, ale strzał stopera Lecha przepiękną paradą zatrzymał Dariusz Trela. Sygnał do ataku lechitom dość nieoczekiwanie dał Łukasz Trałka. Kapitan zespołu wymienił piłkę z Hamalainenem, po czym zwiódł rywala w polu karnym i wyłożył piłkę jak na tacy Jevticowi. Szwajcar źle przyjął jednak piłkę i strzelił niecelnie. Ale Trałka zrobił to tak, jakby chciał zaapelować do selekcjonera Adama Nawałki: "panie trenerze, a może jednak znalazłoby się jeszcze jedno miejsce w kadrze na Euro we Francji".

Oba zespoły wymieniały ciosy. A to Aleksandrs Fertovs strzelił z dystansu tak, że piłka skozłowała przed Buriciem i napędziła Bośniakowi sporo problemów. A to Trela wychodząc z bramki o ułamek sekundy uprzedził Szymona Pawłowskiego. Groźniejsza była jednak Korona, która w 30 minucie miała obowiązek objąć prowadzenie. W roli głównej znów Łukasz Sierpina. Skrzydłowy Korony zwiódł Kędziorę i Kamińskiego, po czym huknął na bramkę Kolejorza. Burić z najwyższym trudem, końcówkami palców, sparował piłkę na poprzeczkę.

Lechici przypomnieli więc rywalom, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. W 33. minucie na lewej stronie świetnie do ataku podłączył się Douglas. Gdy rywale spodziewali się jego dośrodkowania, Szkot świetnie zauważył z lewej strony pola karnego Hamalainena. Fin, który rozgrywał setny mecz w ekstraklasie, nie był w najlepszej pozycji, ale podniósł głowę, popatrzył i technicznym uderzeniem na dalszy słupek minął interweniującego Trelę. To jego siódmy ligowy gol w tym sezonie. Lech objął prowadzenie, a pod wodzą Jana Urbana, jeszcze nigdy prowadzenie nie oddał. Jeszcze w pierwszej połowie Kolejorz mógł podwyższyć. Kto wie, czy nie piłkę meczową, miał Maciej Gajos po dośrodkowaniu Jevticia i zgraniu piłki przez Pawłowskiego. Pomocnik Lecha uderzył jednak na bramkę Korony bardzo, bardzo niecelnie.

Do przerwy mecz był wyrównany, tempo nadspodziewanie szybkie, a Lech prowadził tylko dlatego, że był skuteczniejszy. W drugiej połowie Korona nie była jednak już tak groźna. Lech przejął inicjatywę, dłużej utrzymywał się przy piłce i z łatwością przedzierał się pod bramkę Korony. W 50. minucie mieliśmy kopię akcji bramkowej. Douglas tym razem wypatrzył jednak Pawłowskiego, ale uderzenie skrzydłowego Lecha nie było już tak dokładne. Dziesięć minut później kielczan uratował Trela. Bramkarz Korony najpierw świetnie obronił strzał z prawej strony Jevticia, by błyskawicznie się podnieść i zablokować dobitkę Pawłowskiego z drugiej strony bramki.

Urban mógł przeprowadzić zmiany. W miejsce Hamalainena wpuścił Kownackiego. 18-latek, który równo dwa lata temu zadebiutował w ekstraklasie, rozegrał dobry mecz przeciwko Wiśle. W Kielcach znów mógł wpisać się na listę strzelców, gdy piłka posłana przez Jevticia odbiła się od zastępującego Wilusza Krzysztofa Kiercza i spadła osamotnionemu Kownackiemu pod nogi. Lechita poślizgnął się jednak i nie był w stanie oddać celnego strzału. Urban wpuścił jeszcze Linettego za Jevticia i Formellę za Gajosa.

Korona do końca próbowała atakować bramkę Lecha, ale bardziej szukała chyba rzutu karnego. Gdy za koszulkę ciągnięty był Radek Dejmek sędzia mógł się jeszcze zawahać, ale gdy Przybyła celowo potknął się o nieruchomą nogę Kadara, nie było wątpliwości, że kielczanom jedenastka się nie należała. Lech mógł wygrać wyżej, ale w doliczonym czasie fantastyczną szansę po podaniu Pawłowskiego zmarnował Formella, który w dogodnej sytuacji nie trafił w bramkę Korony.

Lech kontynuuje jednak zwycięską passę. Mistrz Polski wygrał piąty kolejny mecz w ekstraklasie, w której pod wodzą Jana Urbana jeszcze nie przegrał. W ciągu dwóch miesięcy zdobył cztery razy tyle punktów, ile miał za kadencji trenera Skorży. Mistrz Polski wrócił do górnej części tabeli, gdzie nie było go od 1 sierpnia.