Sport.pl

Liga Europejska. Pan Elegancki i jego Fiorentina

Gdy Paulo Sousa został piłkarzem Borussii Dortmund, na dzień dobry wypalił, że przyjechał wygrać Ligę Mistrzów. I wygrał. Teraz robi wszystko, by powtórzyć ten sukces jako trener. Pod jego wodzą Fiorentina jest liderem ligi włoskiej, ale w czwartek zagra z Lechem Poznań o przetrwanie w Lidze Europejskiej.
Paulo Sousa ma za sobą bogatą karierę piłkarską. Żaden z jego dzisiejszych zawodników, których trenuje, nie może mu odburknąć, "a co ty w piłce osiągnąłeś?", bo Portugalczyk z miejsca mógłby sprowadzić na ziemię takiego delikwenta swoją listą sukcesów.

Był członkiem złotej generacji portugalskich piłkarzy. W 1989 roku kadra Portugalii z Sousą, Victorem Baią, Luisem Figo czy Rui Costą w składzie sięgnęła po mistrzostwo świata do lat 20. Wielu zawodników z tamtej reprezentacji stanowiło o obliczu dorosłej kadry na Euro 1996 i 2000, gdy Portugalczycy docierali do ćwierćfinału i półfinału turnieju.

Klubem, który wypuścił w świat Paulo Sousę, była Benfica Lizbona. Później trafił do Sportingu z tego samego miasta, a stamtąd już do Juventusu Turyn, a dalej do Borussii Dortmund, Interu Mediolan, Parmy, Panathinaikosu Ateny i Espanyolu Barcelona. - Mieszkałem w tylu miejscach, że już sam nie wiem, gdzie jest mój dom - często powtarza. Wygrał wszystko, co miał do wygrania w ligach włoskiej i portugalskiej, dwukrotnie zwyciężył też w rozgrywkach Ligi Mistrzów, a raz sięgnął po Puchar Interkontynentalny.

Pucharów i medali mogłoby być pewnie więcej, gdyby nie kontuzje. To właśnie problemy ze zdrowiem zmusiły go do zakończenia kariery w 2002 roku. Był nazywany najbardziej kreatywnym z defensywnych pomocników w Europie. Grał twardo, ale dużo widział na boisku. Te atuty przydały mu się w późniejszej pracy.

Szybkie zwolnienie w Anglii

Trzy lata po zawieszeniu butów na kołku znalazł pracę w portugalskiej kadrze młodzieżowej. Później do swojego sztabu dołączył go Carlos Queiroz, ówczesny selekcjoner pierwszej reprezentacji.

Szansę samodzielnego prowadzenia zespołu dostał jednak dopiero w Anglii. W 2009 roku został zatrudniony przez drugoligowe Queen Park Rangers. Został z niego zwolniony po zaledwie 26 meczach (choć to i tak dużo). Powodem wyrzucenia go z klubu nie były jednak wyniki. Poszło bowiem o to, że Portugalczyk publicznie skrytykował prezesów klubu, którzy bez jego zgody wypożyczyli jednego z zawodników.

Gdy zajął świetne siódme miejsce ze Swansea w Championship, z własnej woli odszedł do Leicester. - To był błąd - przyznał po fakcie. Stamtąd został zwolniony raptem po... 86 dniach pracy. Powód? Fatalne wyniki w lidze.

Kolejnym przystankiem w trenerskiej podróży miał być dobrze znany kibicom Lecha stutysięczny węgierski Szekesfehervar. Wraz z miejscowym Videotonem zdobył dwa razy wicemistrzostwo Węgier, krajowy puchar i superpuchar. W sezonie 2012/13 awansował do fazy grupowej Ligi Europejskiej, ogrywając w kwalifikacjach turecki Trabzonspor. W grupie z FC Basel, Sportingiem Lizbona i Genk zajął trzecie miejsce. - Podczas pobytu w Szekesfehervar odkryłem w sobie mentalność zwycięzcy - opowiada Sousa. Przeniósł się jednak do Izraela, by poprowadzić tam Maccabi Tel-Aviv do mistrzostwa kraju. Jego zespół zakończył sezon z szesnastopunktową (!) przewagą nad wicemistrzem kraju. Izrael był dla Sousy za ciasny, po sezonie odebrał więc telefon od Georga Heitza, dyrektora FC Basel.

Liga Mistrzów obsesją

- Pewnego dnia wygram Ligę Mistrzów. Od dziecka każdego dnia ciężko na to pracuję - mówił Sousa, gdy pracował już w Bazylei. Klub ze Szwajcarii był olbrzymim krokiem do przodu w jego karierze trenerskiej, ale zrealizowanie tam swojego celu było niemożliwe. Bez problemów wygrał ligę szwajcarską, zdobył swoje piąte trofeum w ciągu czterech lat i przyjął propozycję Fiorentiny. Z Włoch było mu bliżej do zrealizowania swojego celu.

Liga Mistrzów jest jego obsesją, ale w tym sezonie we Florencji musi zadowolić się rozgrywkami pocieszenia, czyli Ligą Europejską. Sousa konsekwentnie realizuje swój plan. - Na swojej pierwszej konferencji prasowej w Dortmundzie, gdy trafiałem tam jako piłkarz, przywitałem się z dziennikarzami i powiedziałem im, że wygramy w tym roku Ligę Mistrzów. To nie były buńczuczne przechwałki, naprawdę w to wierzyłem. Później złapałem paskudną kontuzję kolana. Lekarze mówili, żebym dał sobie spokój i może nawet zakończył karierę. Nigdy tak ciężko nie pracowałem. Wróciłem i zdobyliśmy Ligę Mistrzów! Na ogół jestem profesjonalistą, śpię osiem godzin, ale następnego dnia po zwycięstwie chodziłem w ciemnych okularach - opisuje Sousa.

Futbol jest jak jazz

Dopasowana koszula, idealnie skrojona marynarka, starannie dobrane spodnie. Rzadko można zobaczyć go w dresie. - Nauczyłem się tego od matki. Była krawcową i jako dzieciak pomagałem jej w drobnych sprawach. Lubię, jak ktoś zwraca na to uwagę - mówi Paulo Sousa.

Poza piłką jawi się jako miłośnik ambitnej muzyki. - Bardzo lubię jazz, ma wiele wspólnego z piłką nożną. Jako piłkarz byłem saksofonistą Johnem Coltrane'em. Przez większość czasu siedziałem dyskretnie z tyłu, by w pewnym momencie mieć swoją chwilę wielkości. Jako trener jestem pianistą, jak Duke Ellington. Jedna ręka na klawiszach, drugą reżyseruję. Zespół jest jak orkiestra. Najpierw musisz zgrać wszystkie formacje. Dopiero gdy wszystko działa, wtedy pojawia się przestrzeń dla solistów - mówi Sousa. Portugalczyk poza tym, że był świetnym piłkarzem, a teraz osiąga sukcesy jako trener, jest też niezwykle ciekawą postacią.

W trakcie swojej piłkarskiej i trenerskiej kariery pracował w aż dziesięciu krajach. - Mówi się, że ludzie z północy Europy są ambitni i dążą do sukcesu, a południowcy to lekkoduchy. Wiele widziałem w życiu i uważam, że jest odwrotnie. Piłkarze z południa są nastawieni na sukces, są nadzieją swoich rodzin i nabierają instynktu po rozstaniu z domem. Zawodnicy z północy są wychowani w kulcie bezpieczeństwa i rzadko osiągają szczyt swoich możliwości - twierdzi Portugalczyk.

Z wyjątkową starannością dba nie tylko o ubiór, ale też o inne sprawy pozasportowe. Rozumie rolę mediów w dzisiejszym futbolu. Na konferencjach prasowych wypowiada się spokojnie, z dużą elegancją. Chętnie rozmawia z prasą. Jest rozmowny, ale pilnuje upływającego czasu, który przeznaczył na rozmowę.

Jak każdy musi też znaleźć czas na odpoczynek od zawodowego zgiełku. Relaksu szuka w medytacji i... w lesie. - Gdy byłem dzieckiem, często lubiłem chodzić po drzewach. Lubię wejść do lasu boso, poczuć naturę, odetchnąć głęboko. Tam naprawdę mogę się zrelaksować - opowiada.

W Poznaniu nie będzie miał czasu na przytulanie drzew. Musi skupić się na pokonaniu Lecha Poznań, jeśli chce zachować szanse na wyjście z grupy Ligi Europejskiej i osiemnasty tytuł w karierze.

Korzystałem z: tageswoche.ch, schweizer-illustrierte.ch, 11freunde.de

Więcej o: