Mateusz Juroszek, szef STS i główny sponsor Kolejorza: Oczekuję tego, że Lech Poznań nie zwariuje

- Kiedyś się nad tym zastanawiałem: skąd wynika takie myślenie wśród ludzi, że jeżeli jakiś biznesmen w Polsce interesuje się sportem, to od razu powinien mieć własny klub piłkarski? - przyznaje Mateusz Juroszek, główny sponsor Lecha Poznań
Mateusz Juroszek wraz z ojcem, Zbigniewem (44. na liście najbogatszych Polaków w rankingu "Wprost"), odkupili kilka lat temu udziały w STS od angielskiej firmy Stanleybet. W trzy lata borykającą się z problemami firmę zmienili w lidera rynku. Dzisiaj ten bukmacher jest głównym sponsorem Lecha Poznań, z logo na koszulkach. Niedawno STS i "Kolejorz" przedłużyli umowę o dwa lata - do 2017 roku.

Radosław Nawrot: W sierpniu, po porażce ze Stjarnan, jaki dałby pan kurs na to, że Lech Poznań zostanie mistrzem Polski?

Mateusz Juroszek: Dobre pytanie, zwłaszcza że zaraz po mistrzostwie jako pierwsi wystawiliśmy kurs na to, że Lech wygra Ligę Mistrzów. A tak serio... Wtedy to był dla nas wszystkich bardzo trudny moment, wszyscy bardzo to przeżywaliśmy. Kiedy jednak ustala się kurs bukmacherski, trzeba odrzucić wszelkie emocje, brać pod uwagę statystykę oraz to, co ludzie obstawiają. Dlatego wiosną, gdy Lech i Legia szły łeb w łeb, to jednak bukmacherzy w swych kursach wskazywali na warszawiaków. Kurs to sprawa do ustalenia na chłodno.

Tym bardziej mnie to interesuje. Bo szanse Lecha były wtedy, tak na chłodno, bardzo małe?

- Tak, bardzo małe. Nie ja jednak je ustalam, to nie mogę być ja. To robią ludzie w naszym dziale w Katowicach, którzy bardzo często sprowadzają mnie wręcz na ziemię z moimi marzeniami. Muszę przyznać, że ci fachowcy często powtarzali mi, że lepiej dla polskiej piłki byłoby, aby teraz mistrzem została Legia, a Lech zagrał w Lidze Europejskiej.

Dlaczego?

- Chodziło o to, że Legia miałaby łatwiejszą drogę do Ligi Mistrzów, a po mistrzostwie mogłaby dużo zainwestować we wzmocnienia. Dla Lecha natomiast lepsze byłoby najpierw otrzaskanie się w Lidze Europejskiej, nabranie tam doświadczenia i następnie dopiero powalczenie o Ligę Mistrzów. Tak było jednak dwa, trzy tygodnie temu, po czym Legia zaczęła przegrywać, a Lech wygrywać...

A pan co myśli? Lech zostaje rzucony na głęboką wodę?

- Na bardzo głęboką. Mimo tego bardzo się cieszę, że wbrew opiniom fachowców to Lech został mistrzem Polski. Głównie dlatego, że myślę o jego kibicach. To się im należało, bo to mistrzostwo w dużej mierze zdobyli właśnie oni. Przecież ten remis w ostatnim meczu wywalczyli głównie kibice. Ponieśli Lecha, zmobilizowali, bez nich mógłby sobie w niedzielę nie poradzić.

Ponadto z punktu widzenia marketingowego i takiej zwykłej świeżości chyba lepiej, że Legia nie jest mistrzem kraju po raz trzeci. To dobrze zrobi polskiej piłce. Liga miała być ciekawsza, no i była ciekawsza. Tak wiele się działo w tym sezonie, że książkę można by o nim napisać.

Czy to znaczy, że dla biznesu, który chciałby wiązać się z polską ligą, takie sezony są dobre? Takie wahania nastrojów, zwroty akcji i zaskakujące rozstrzygnięcia, gdy nie wygrywa faworyt?

- To zależy od tego, kto ma jaką strategię. Niektóre firmy wychodzą z założenia, że skoro są liderem rynku, to muszą się wiązać z liderem ligi. Tak jest chociażby w Niemczech. W Polsce jest nieco inaczej, bo marka ekstraklasy i polskiej piłki ligowej dopiero się tworzy. Dopiero teraz spora część ludzi widzi i dowiaduje się, że na stadionie może być fajnie, że jest bezpiecznie, można obejrzeć mecz, wypić piwo, dobrze się bawić, że to dobry pomysł, by tu przyjść. Weźmy niedzielny mecz Lecha z Wisłą, po którym dostałem mnóstwo SMS-ów i maili od ludzi, co do których nie byłem w ogóle świadomy, że oglądają piłkę nożną. A jednak oglądali.

Te wahania nastrojów mieliśmy jeszcze podczas tego meczu, gdy wszystko wisiało na włosku. Gdy zobaczyłem, jak przed końcem meczu kibice rozkładają mistrzowski transparent, że mistrz powrócił, zląkłem się.

To znaczy, że nikt nie miał planu B, gdyby Lech tytułu nie zdobył?

- Kibice byliby bardzo zawiedzeni i zranieni. Była przygotowana feta i impreza dla zawodników oraz całego sztabu. Trzeba byłoby ją odwołać.

A pan? Poniósłby pan jakieś straty?

- Oczywiście, że nie. Z punktu biznesowego mistrzostwo niewiele zmienia. Otworzyliśmy szampana i pogratulowaliśmy sobie. Ja podziękowałem moim pracownikom za cały rok ciężkiej pracy, bo naprawdę ich podziwiam i było za co. Pracowali nawet podczas fety, gdy kibice i zespół dawno już świętowali. Sam biznes pozostaje jednak bez zmian.

Mnie zależy na tym, aby po zdobyciu mistrzostwa nie doszło w Lechu do jakiejś zmiany podejścia. Mamy bowiem za sobą trudne lata współpracy. Lech w tym czasie dwa razy zdobył wicemistrzostwo, a ja twierdzę, że to nie byle co i trzeba to docenić. Miał miejsce także blamaż w pucharach. Podkreślam: to nie było odpadnięcie, to był blamaż.

Nie było to miłe, ale biznesowo też niewiele zmieniało. Przeciwnie, ja starałem się zawsze wiceprezesa Piotra Rutkowskiego i prezesa Karola Klimczaka wspierać. Mówiłem im, żeby podnieśli głowę do góry, że pracujemy dalej, STS nigdzie nie odchodzi, nie ucieka, nie ma w ogóle o tym mowy itd. Nigdy, podkreślam nigdy, nawet nie miałem takiej myśli. Ani po Żalgirisie, ani po Stjarnan... Nigdy.

Kibice i dziennikarze reagują na wynik bardzo emocjonalnie. Biznesmeni są chyba znacznie spokojniejsi.

- To wynika z kilku rzeczy. Najważniejsze jest to, że w biznesie trzeba całkowicie wyłączyć emocje. Na wygraną FC Barcelony w finale Ligi Mistrzów w Berlinie postawiono w STS kilka milionów złotych. Ja od dziecka jej kibicuję. Co miałem zrobić? Nagle przestać? Byłem na meczu z młodszym bratem, mamą, skakaliśmy z radości, emocjonowaliśmy się. Miałbym tego nie robić? W niedzielę przecież większość grających obstawiła tytuł dla Lecha. Mam się nie cieszyć? Cieszę się.

Emocje i biznes to zawsze trudna sprawa, nie idą ze sobą w parze. Proszę pamiętać, że prezesi Klimczak i Rutkowski mają w Lechu bardzo trudny biznes do prowadzenia. Ja w STS wiem, jaką wykonać pracę, jaki to mniej więcej przyniesie efekt, jaki zaplanować budżet, mam nad tym kontrolę. W Lechu wynik sportowy jest bardzo ważny, a nie zawsze prezesi mają na niego wpływ. Oczywiście, oni podejmują decyzje personalne, oni zatrudniają piłkarzy, trenerów, oni zatrudnili trenera Mariusza Rumaka, który dobrze rokował, ale się nie sprawdził...

Od pana trener Rumak oberwał szczególnie mocno. Na Twitterze.

- Wie pan... Moja ostra krytyka trenera Rumaka na Twitterze to były moje początki działalności w tym serwisie. Nie znałem go jeszcze. I chociaż uważam, że mam prawo do krytyki trenera, to dzisiaj bym już tego nie zrobił.

Tu nawet nie chodzi o tamtą krytykę trenera Rumaka na Twitterze, bo z tego się już pan tłumaczył. Ciekawi mnie raczej, na ile w ogóle sponsor powinien ingerować krytyką w działalność klubu, który sponsoruje.

- Staram się nigdy nie krytykować działań władz klubu. Przeciwnie, uważam, że moją rolą jest być w pewnym sensie wsparciem dla nich. Nie zmieniają tego nawet takie sytuacje jak z tym nieszczęsnym wpisem Lecha na Twitterze, kiedy napisałem, że daję na oprawę kibiców 3 tys. zł, a Lech odpisał: "Słabo, prezesie. My daliśmy 15 tys. zł". No przecież ja daję jako kibic własne pieniądze. Jak mogli tak zareagować?

Lechowi wciąż zdarzają się takie wpadki.

- Zdarzają się. Ale przecież oczywiste jest, że się nie obrażę i się dogadamy. Nie w tym rzecz.

Często mi się zarzuca, że to ja zwolniłem trenera Rumaka albo że to ja mam wpływ na transfery. Dostaję maile i tweety, żebym coś załatwił albo żebym ja był prezesem Lecha... Śmieszą mnie one bardzo, bo to nonsensy.

Przecież pan wie, skąd się to bierze. Ma pan po prostu więcej pieniędzy niż Lech.

- Pewnie tak. A także stąd, że jestem aktywny. Staram się żywo uczestniczyć w sprawach Lecha, organizować z kibicami z całego kraju mnóstwo akcji. Kto tyle ich robi w Polsce poza nami?

Bo ma pan firmę ściśle związaną ze sportem i piłką nożną.

- Poza branżą bukmacherską chyba tylko piwowarzy są równie mocno związani z tą dziedziną życia. Chcę jednak podkreślić to raz, a dobrze: nie mam żadnego wpływu na kwestie sportowe i biznesowe związane z Lechem Poznań. To, co ja mogę zrobić, to wspierać i motywować zarząd, organizować akcje z kibicami, a mamy tu olbrzymie możliwości. Z całym szacunkiem, ale STS ma pięciokrotnie większy budżet niż Legia i pewnie dziesięciokrotnie większy niż Lech. Zatrudniamy nie sto osób, ale 1200. Chylę zatem czoła przed Lechem za sukcesy w biznesie, który prowadzą, ale nasze możliwości marketingowe są większe, więc warto z nami w tym obszarze współpracować.

Musi pan zrozumieć pewien populizm w reakcjach i opiniach ludzi, związany z tym, że mniejszy gracz zarządza klubem, a większy go sponsoruje.

- Kiedyś się nad tym zastanawiałem: skąd wynika takie myślenie wśród ludzi, że jeżeli jakiś biznesmen w Polsce interesuje się sportem, to od razu powinien mieć własny klub piłkarski?

Stąd, że przez lata piłkarskie kluby w Polsce były ugorem. Nie miały pieniędzy ani właścicieli. Szuka się kogoś, kto może to zagospodarować. Sponsorowanie klubów przez samorządy to resztki tych dawnych akcji ratunkowych.

- Klub piłkarski to wielki prestiż, rozpoznawalność, bo takich dużych klubów jest w Polsce raptem kilkanaście. Jednakże nie jest to biznes i zapewne nie będzie, bo właściwie nie jest to interes nigdzie na świecie.

W Niemczech np. właściwie nie da się kupić klubu. Red Bull musiał stworzyć coś od zera w Lipsku, gdzie przebijał się z trzeciej ligi, bo nabycie istniejącej marki nie wchodziło w grę. Mój ojciec do kupienia Górnika Zabrze przymierza się od 10 lat, a jest to klub historycznie równie wielki jak Lech czy Legia. I wcale nie jest to takie proste.

Czy fakt, że to Lech został mistrzem Polski, a nie Legia, spowoduje jakieś zmiany finansowe w polskiej lidze? Legia zawsze będzie klubem ze stolicy, ale nie może walczyć o to, o co powalczyć ma szansę Lech.

- Legia jest klubem, który ma manię wielkości i który otwarcie mówi, że chce wskoczyć na jeszcze wyższy poziom niż ten, na którym jest. Z dwu-, trzykrotnie wyższymi kontraktami sponsorskimi itp. Lech natomiast, mam wrażenie, twardo stąpa po ziemi. Ma swój plan, akademię, teraz jest mistrzem Polski, może znowu będzie za jakiś czas. Lech mówi, czy też powie, że "będzie robił, co w jego mocy", ale jestem przekonany, że nie oszaleje po tym mistrzostwie. Oczywiście, pewnie gdybym dzisiaj rozmawiał z Lechem o nowej umowie, miałby on z pewnością większe oczekiwania niż kilka tygodni temu. No, ale to już trzeba wiedzieć, kiedy rozmawiać.

Lech miał świadomość, że jeśli się ze mną dogada w lutym, to będzie miał ten komfort przewidywalności i stabilności. Oczywiście, mogło się stać tak, że przyszedłby i powiedział: "Mamy inną, lepszą ofertę". Wtedy STS może przeszedłby z głównego miejsca na rękawek koszulki, robiąc dalej akcje z kibicami. Znaleźlibyśmy na pewno rozwiązanie najlepsze dla klubu. Moje stosunki z Lechem są dobre m.in. dzięki temu, że znam się dobrze z prezesem Klimczakiem. Zdążyliśmy się poznać, a to jest ważne. W Lechu żyjemy razem, nie ma tu korporacyjnego podejścia. Dlatego Lech jest moim świadomym wyborem, po rozważeniu wszelkich opcji i możliwości.

Jakie argumenty przeważyły na jego korzyść u zarania waszej współpracy?

- Miałem niewątpliwie w głowie wyniki Lecha w pucharach z lat 2008-2010. Brałem pod uwagę to, że jest marką ogólnopolską i dobrze postrzeganą. No i oczywiście to, że w zakochanym w piłce Poznaniu STS miał tylko dwa punkty przyjmowania zakładów. Musiałem coś z tym zrobić. Był wreszcie argument ostateczny - w sprawie tej umowy spotkałem się z prezesem Klimczakiem i mecenasem Jackiem Masiotą, bo były do omówienia także kwestie prawne. I to było bardzo fajne spotkanie, krótkie, ale bardzo treściwe. Do tego doszła determinacja Karola Klimczaka, który dzwonił i namawiał. Mówiłem: "Ja chyba nie będę w stanie zapłacić wam tyle, ile byście chcieli. Może lepiej, żebym to nie był ja", ale zadecydowały jego determinacja i chyba dobre zagranie biznesowe, bo dogadał się ze mną na ten pierwszy rok na warunkach w miarę dobrych, ale nie jakichś supernadzwyczajnych. Chciał, żebyśmy zobaczyli, jak to będzie, bo sam wierzył, że nam się ta współpraca spodoba i opłaci. Tym wygrał, bo tak się stało. Teraz ma z nami dobrą umowę i bardzo fajne pieniądze. Do tego doszedł łut szczęścia, bo gdyby Lech miał sponsora koszulkowego w chwili, gdy rozmawialiśmy, wtedy może by nas tu nie było. A że nie miał, to jesteśmy.

A zatem pewna lokalność Lecha, fakt, że jest mniejszy od Legii, może być jego atutem? Bo to taka rozbudowana firma rodzinna?

- Tak, ja tak postrzegam Lecha. My, sponsorzy, staramy się Lecha mobilizować, żeby podnosił głowę i nie miał żadnego kompleksu Legii.

Legia jednak w mediach ogólnopolskich dominuje.

- I trudno z tym walczyć. Nie wiem też, czy jest taka potrzeba. Legia jest ze stolicy, dziennikarze wielu gazet i portali - również. Są ze sobą związani, znają się. Wydaje mi się, że to jest naturalne i nie widzę potrzeby, by kruszyć o to kopie. Lech ma swoją wartość, powinien mieć jej poczucie i tyle.

Myśli pan, że w kwestii tej nutki szaleństwa coś się w Lechu zmieniło? Prezes Klimczak nie jest specjalnie skłonny ulegać takim euforycznym stanom.

- Nutka szaleństwa jest potrzebna, szczególnie w piłce nożnej, ale i w biznesie. Historia mojej firmy jest tego przykładem. Kiedy wiązaliśmy się z Lechem, byliśmy jeszcze na dużym minusie finansowym. Firma dopiero się odbudowywała, odkupiliśmy udziały od Anglików, stawialiśmy ją na nogi. Był to jednak moment, gdy wiedzieliśmy, że możemy sobie już pozwolić na pewną ekstrawagancję. Dzisiaj jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z Lechem, STS jest największą legalną firmą bukmacherską i mamy 43 procent rynku.

Twierdzę zatem, że można się pokusić o lekkie szaleństwo w piłce i biznesie, ale bez przesady. Nie oczekujmy zatem od Lecha, że będzie teraz robił kominy płacowe. Oczekujmy tego, że sprowadzi dwóch, trzech w miarę dobrych zawodników, niekoniecznie bez kontraktów, ale takich za 300-400 tys. euro. Pamiętajmy, że Lech ma akademię, ma całkiem niezły skauting. Pamiętajmy też, że przecież właśnie tacy polscy piłkarze są szczególnie poszukiwani za granicą, na dodatek to oni robią Lechowi markę. Ci młodzi zawodnicy wywodzący się z jego szkółek pracują na wizerunek klubu i jego postrzeganie. Pchanie się na siłę w zawodników zagranicznych nie ma aż takiego sensu.

Po zagranicznych sięga się dlatego, że trudno kupić tanio gracza z innego klubu w Polsce.

- Wiem o tym, że każdy polski klub ma nadmierne oczekiwania cenowe co do swoich graczy. Dlatego akademia Lecha daje mu tak gigantyczną przewagę. Zadaniem Lecha jest teraz sprowadzić dwóch, trzech dobrych graczy, utrzymać obecnych i wprowadzać młodych. Gdy patrzę na Kaspra Hamalainena, to wiem, że mógłby jeszcze coś z Lechem osiągnąć. To jego kariera, jego życie i wiem, że podejmie mądrą decyzję.

A Zaur Sadajew?

- Jestem fanem tego gracza. To taki piłkarz, który gdy dostanie piłkę podczas meczu w europejskich pucharach, to jej nie straci. Spodobało mi się też to, że w niedzielę, podczas wręczenia medali i fety, kibice pokazali, kto się dla nich liczy - Trałka, Arajuuri i właśnie Sadajew. Natomiast przyznam, że w profesjonalnej piłce fakt, że ktoś tęskni za mamą, nie powinien być jednak kluczowy.

Pamiętam, jak Paulus Arajuuri na początku grał fatalnie. I pamiętam, jak pytałem wtedy Piotra Rutkowskiego: "Ale dobrze go sprawdziliście, na pewno?". On odpowiadał wtedy: "Mateusz, zobaczysz, on dojdzie do gry na wysokim poziomie". Dzisiaj nie ma chyba w Polsce takiego obrońcy jak on.

Wiele osób do mnie pisze, pyta - czy będzie Marco Paixao, czy będzie kto inny. Ja tego naprawdę nie wiem. Lech mi tego nie mówi i dobrze.

Zatem czego pan oczekuje od Lecha? Nutki szaleństwa, ale bez przesady?

- Ja oczekuję od Lecha, by twardo stąpał po ziemi. Żeby po mistrzostwie współpraca z klubem była taka jak przed jego zdobyciem. Żeby nie było żadnego "Hurra, jesteśmy mistrzami i teraz klękajcie narody". Oczekuję także od kibiców, by pokazali, że to doceniają. Żeby przychodzili. Wreszcie wymagam, aby Lech pokazał się w pucharach. Tym razem już nie wystarczy przejść rundę czy dwie. Tym razem musi być ta faza grupowa Ligi Mistrzów albo Ligi Europejskiej, po prostu musi.

Po zdobyciu tytułu pogratulowałem prezesowi Klimczakowi, ale jednocześnie wiem, co go teraz czeka - podjęcie bardzo ważnych decyzji.

Obserwuj autora na Twitterze



oraz na blogu Rana vulgaris