Jarosław Araszkiewicz dla POZNAN.SPORT.PL: "Mistrzostwo dla Lecha Poznań, feta i co dalej?"

32 lata temu Lech Poznań wygrał w Zabrzu z Górnikiem 2:0 i został mistrzem Polski. - Myślenie, że Górnik leży Lechowi, może być zgubne - uważa Jarosław Araszkiewicz
Jarosław Araszkiewicz to pięciokrotny (sic!) mistrz Polski z Lechem Poznań (1983, 1984, 1990, 1992, 1993), najmłodszy w pierwszym mistrzowskim zespole Wojciecha Łazarka z 1983 roku.

Radosław Nawrot: Kto będzie mistrzem?

Jarosław Araszkiewicz: Lech. Jemu kibicuję i w jego sukces wierzę. Mistrzem będzie Lech. Tylko... co dalej?

Feta.

- Co dalej w pucharach?

Ach, o takie "co dalej" ci chodzi... Jesteś pesymistą?

- Nie, nie jestem pesymistą, nie w tym rzecz. Skład się jednak ukształtował, a budżet Lecha opiera się na sprzedaży kilku zawodników. Czyż nie? Nie da się tego uniknąć. Następnie przyjdą latem meczem z rywalami z, dajmy na to, Azerbejdżanu i będziemy drżeli.

To co trzeba zrobić, by nie drżeć przed Azerbejdżanem?

- Szczerze mówiąc, przed każdym dzisiaj musimy drżeć. Ostatnie lata nas tego nauczyły, że potrafi tu przyjechać rywal z Islandii i wyeliminować Lecha z pucharów.

Ale pięć lat temu to Lech Poznań wygrywał z Manchesterem City i eliminował Juventus Turyn. Czyli da się to zrobić!

- Tak, pod warunkiem, że odpowiesz twierdząco na pytanie, czy polska piłka i zarazem Lech idzie do przodu? Czy się rozwija? Bo przeciwnicy się rozwijają. Azerbejdżan, Armenia, Kazachstan, Mołdawia - niegdyś kopciuszki, dzisiaj mają pieniądze na piłkę. My mamy?

To co robić po ewentualnym mistrzostwie?

- Zostać na stadionie i świętować przez okrągły rok, póki jest okazja.

A bez metafor?

- Co ja mogę? Co ja wiem? Lech ma swoich fachowców, doradców, oni na pewno będą się nad tym zastanawiali. Na pewno coś wymyślą.

Nie wydaje ci się, że Lech się zmienił od czasu, gdy odpadał z Islandczykami? Jeszcze nawet tej wiosny zawodził, nie dawał sobie rady, potykał się. Teraz potrafi zrobić, co do niego należy.

- Siłą Lecha jest też stabilizacja. Prawda, podstawowy skład Lecha jest mocny i, co równie ważne, stabilny. To wielka siła. Trener Maciej Skorża ma teraz sytuację taką, że gdy traci jednego gracza, wchodzi drugi i nie ma dziury w zespole. Tak jak ostatnio Tamas Kadar za Barry'ego Douglasa. To są kluczowe kwestie, by mieć wartościowych dublerów. To się udało Lechowi osiągnąć. Na jak długo jednak?

Bramkarze są nieźli, ale miewają grosze dni i kryzysy, wiemy o tym. Obrona - stabilna, ale zaraz Marcin Kamiński może "wyfrunąć". Łukasz Trałka ma tu kończyć karierę, ale też nie wiemy, czy przy tej formie nie dostanie oferty z Emiratów czy Chin. Karol Linetty...

... prawie go już pożegnaliśmy.

- Jego transfer jest już chyba częścią kolejnego budżetu. Szymek Pawłowski zostanie, ale on gra dwa mecze dobre, trzeci słabszy, czwarty bardzo słaby i od nowa - dwa dobre, trzeci słabszy... Zaur Sadajew? Trzeba go wykupić. Za ile?

Milion dolarów.

- To chyba wtedy, gdy "Gazeta Wyborcza" wejdzie na koszulki jako sponsor.

Podrzucę temat na kolegium.

- Kasper Hamalainen odejdzie zapewne w grudniu, Dawid Kownacki też jest przecież na sprzedaż.

A może odejdzie tylko Karol Linetty?

- Jeśli tylko on, to nie będzie tak źle. Dobre transfery pozwolą Lechowi utrzymać to, do czego teraz doszedł.

Za twoich czasów odchodziło się z Lecha dopiero na koniec kariery?

- Był przepis, że trzeba skończyć 28 lat, by dostać zgodę na transfer zagraniczny. Mnie puścili, gdy miałem 25 lat. Dzisiaj spokojnie może wyjechać i osiemnastolatek. Trudno o taką stabilizację składu, jak w tamtych czasach Lecha. Wtedy jednak nie robiło się 5-6 transferów w sezonie. Przychodził jeden gracz albo żaden.

Zatem dzisiaj jest trudniej zbudować w Polsce drużynę z prawdziwego zdarzenia?

- Trudniej. Nie ma się jednak czemu dziwić, bo w piłkę gra się krótko. Każdy patrzy na swoje szanse, które zsyła mu los. Nie oczekujmy czegoś, co jest dzisiaj nierealne, np. stabilności składu na lata.

Fakt, że w Lechu sporą część kadry stanowią cudzoziemcy, to dla niego dobrze czy źle?

- Dobrze, o ile cudzoziemcy prezentują wyższy poziom niż krajowi gracze. A nie wszyscy prezentują. Paulus Arajuuri np. jest czołowym obrońcą w kraju i Maciej Wilusz będzie miał problem, by go wygryźć ze składu. Taki obcokrajowiec ma sens. Brawo też dla trenera Skorży za Zaura Sadajewa, bo go uspokoił, facet stał się grzeczny i bardziej przydatny na boisku. Kasper Hamalainen ma wielkie wahania formy, ale jeśli się do dobrze przygotuje, jest dużym wzmocnieniem. Po Gergo Lovrencsicsu i Barrym Douglasie widać, że ich brakuje, gdy muszą pauzować. Darko Jevtić, wiadomo, ale reszta nie prezentuje już takiego poziomu.

A Maciej Skorża to dobry trener dla Lecha?

- Trener jest tak dobry, jak jego ostatni wynik.

Czyli trener Skorża jest coraz lepszy.

- Z tego wynika, że jest bardzo dobry. Dostał się do finału Pucharu Polski, jest na pierwszym miejscu w lidze. Wygrywa, a trener będzie mieć wyniki, by go broniły. Tu nie ma o czym gadać.

Trener mówił ostatnio o tym, że większość graczy Lecha nigdy przeżyła takiej końcówki sezonu jak ta. Nigdy nie byli w takiej sytuacji, gdy jeden błąd może wszystko zaprzepaścić.

- Ale to jest Lech Poznań, tu inaczej nie będzie. Już samo przyjście tu powoduje, że jesteś pod presją. Możesz nie przychodzić, twój wybór... Lecha nie da się porównać do GKS Bełchatów, bo celem "Kolejorza" jest czołówka ligi. Co sezon.

W latach 80. też była taka presja?

- Oczywiście, że nie. Było zupełnie inaczej. Pojawiam się czasem na trybunie prasowej i gdy widzę, ilu dzisiaj jest dziennikarzy, to nie mogę tego ogarnąć. Za moich czasów było kilku, wszystkich się znało. Internet nie istniał, a wywiadów udzielaliśmy raz na jakiś czas, gdy się któremuś redaktorowi przypomniało, że dawno z tobą nie rozmawiał.

Pod względem presji i wymagań Poznań różni się od innych miast?

- Frekwencja ci odpowiada na to pytanie. Gdzie taka jest? Kto ma taką średnią widzów? Nic do tego nie trzeba dodawać.

W latach 80. to jednak nie Legia była głównym rywalem Lecha w walce o tytuł.

- Nie tylko ona, bo były jeszcze Widzew Łódź czy Górnik Zabrze, z którym nie mogliśmy się równać. Kwoty jakie płacono w Zabrzu piłkarzom... w Poznaniu były nie do przebicia. To dlatego Jan Urban był jedną nogą w Lechu, a wylądował w Górniku.

A jednak Lech dwukrotnie wyprzedził Górnika i innych. W latach 1983 i 1984 był mistrzem Polski!

- Bo mieliśmy zmontowany dobry, stabilny skład, a Wojciech Łazarek stworzył świetną atmosferę. To przełożyło się na wynik. No i mieliśmy za sobą takie trybuny, jakich nikt w Polsce nie miał. Nawet gdy Lech grał o godz. 11 rano i tak było mnóstwo ludzi.

Takie szaleństwo na trybunach zatem pomaga?

- Oczywiście, że pomaga.

W 1983 roku zdobyliście tytuł po meczu z Górnikiem w Zabrzu.

- Nie porównuj tego do dzisiejszej sytuacji. Takie patrzenie na Górnika, że zawsze Lechowi leży, że to wygodny rywal, może okazać się bardzo zgubne. Górnik nie ma teraz niczego do stracenia, walczy o swoją kasę, miejsce w lidze. Ostrożnie zatem z tym "leży nam".

Dlaczego po tytułach w latach 80. nie było w Poznaniu fet kibiców?

- No a jak ty to sobie wyobrażałeś w tamtej epoce?

Spontanicznie.

- "Spontany" to mieliśmy my, w hotelu Merkury albo Polonezie. Jeszcze hotel Poznań dochodził, trzy nasze mekki na mieście. Świętowaliśmy, ale w gronie zespołu, władz klubu... sponsorów nie było, był tak zwany...

... prywatny kapitał.

- Tak. Prywatni inwestorzy i ich darowizny na rzecz klubu. Wspierali nas tak jak dzisiejsi sponsorzy.

A kibice?

- Rozpoznawali nas na ulicach, gratulowali, ale nie świętowali z nami w lokalach ani nie urządzali plenerowych fet. Cieszyli się, widzieliśmy to na stadionie, ale byliśmy od nich oddzieleni. To były wówczas dwa różne światy. Może i dobrze. Piłkarz to jednak specyficzny typ człowieka. Bardzo specyficzny.