Lech Poznań traci włosy, czyli co Krzysztof Kotorowski opowiada w szatni "Kolejorza"

38-letni bramkarz Krzysztof Kotorowski schodzi spocony po treningu Lecha Poznań. - Jak mobilizuję kolegów do walki o mistrzostwo? Opowiadam im o fecie na Starym Rynku - mówi


Z czterech bramkarzy poznańskiego Lecha dwóch wyszło na czwartkowy trening z głowami ogolonymi do gołej skóry.

- Promocja była. Dwie głowy w cenie jednej - śmieje się jeden z nich, Mateusz Lis.

- To z nerwów - żartuje drugi, Maciej Gostomski. - "Kotor" wywiera na nas taka presję, że włosy wychodzą.

"Kotor" to Krzysztof Kotorowski, lat 38 (choć bardzo nie lubi, gdy się to podaje, gdyż jakie to ma właściwie znaczenie...), najstarszy piłkarz obecnego "Kolejorza". Rodzaj fenomenu, bowiem...:

- Sam jestem zaskoczony, bo czuję się znakomicie, trenuję jak wszyscy, zdrowy jestem, gotowy w każdej chwili wejść do bramki i nawet wyniki medyczne mam znakomite - chwali się.

Kibice żartują, że gdy przyjdzie co do czego, to w końcu jak zwykle on stanie w bramce. Wcześniej już tak bywało - Krzysztof Kotorowski czekał cierpliwie w rezerwie, aby wejść do gry na decydujące spotkania. Gdy po raz ostatni Lech Poznań zostawał mistrzem Polski (w 2010 roku), najpierw bronił Grzegorz Kasprzik, następnie Jasmin Burić, ale na decydujące mecze wszedł do bramki "Kotor".

Dzisiaj jest jednym z zaledwie czterech graczy Lecha, którzy pamiętają tamto mistrzostwo sprzed pięciu lat - jedyne, jakie "Kolejorz" zdobył pod wodzą nowych panów, bogatego holdingu Amica. Pozostali piłkarze to Jasmin Burić, Luis Henriquez i Marcin Kamiński. Wraz z nimi grał wtedy np. Robert Lewandowski (dzisiaj w Bayernie Monachium) czy Sławomir Peszko, który ostatnio strzelił gola w meczu reprezentacji Polski z Irlandią.

- Minęło pięć lat, to trochę za dużo czekania. Napieram więc na kolegów w szatni, żeby nie zmarnowali okazji, bo chcę podnieść znowu trofeum i się znowu pobawić - mówi Krzysztof Kotorowski. Pobawić na Starym Rynku w Poznaniu, podczas fety. Kibice Lecha organizowali je m.in. po zdobyciu Pucharu Polski w 2004 roku oraz po mistrzostwie w 2010 roku, gdy przed Ratuszem zgromadziło się niemal 40 tysięcy osób.

Lech ma szansę nawiązać do tamtych dni, bodaj największą szansę od lat - do prowadzącej w tabeli Legii Warszawa traci dwa punkty. Warszawiacy przegrali już osiem spotkań, wyjątkowo dużo. Tracą punkty, sęk w tym, że Lech też. Teraz, w niedzielnym meczu z Górnikiem Łęczna na dalekiej Lubelszczyźnie, znów musi zmierzyć się z presją wyniku. I wygrać.

- Presja... presja... Pewnie, że jest i na dodatek im bliżej końca sezonu, tym szybciej rośnie, ale to jest w końcu Lech Poznań - mówi Krzysztof Kotorowski. - My tu zawsze gramy o trofea. Nawet wtedy gdy nam nie wychodzi, nawet wtedy również o nie walczymy.

Gniew kibiców "Kolejorza" skierowany wobec zawodnej w tym sezonie drużyny (a i tak wciąż zajmującej drugie miejsce w tabeli) dotyczy właśnie tego, że nie wszyscy zawodnicy zdają sobie z tego sprawę.

- Ja nie siedzę we wszystkich głowach i nie wiem, co sobie myśleli przed przyjściem tu, ani teraz. Zapewne, że jest w Lechu wspaniała atmosfera. Żeby jednak była, trzeba wygrywać - mówi Krzysztof Kotorowski. - Z presji i wymagań pewnie zdają sobie sprawę, ale zdawać sobie sprawę to za mało. Te wymagania trzeba poczuć na własnej skórze.

Bramkarz Lecha ma jednak sposób na to, by zmobilizować swoich kolegów.

- Nie krzyczę. Jedynie opowiadam im o fecie na rynku. O tym, jaka może być - mówi.

O ogoleniu głowy nie chce nawet słyszeć. Nie ma takiej presji, która by go do tego zmusiła.