Lech Poznań pokonał 14 dzielnych Spartan. Zagra w finale Pucharu Polski

Łukasz Trałka poklepujący z otuchą walczącego ze skurczem mięśni rywala to symbol meczu, w którym Lech Poznań pokonał drugoligowych Błękitnych Stargard Szczeciński 5:1. Dopiero jednak po dogrywce
Tuż przed meczem - tętno miarowe, 70 uderzeń. Ciśnienie 110/60. Duży spokój. Wszak nawet bukmacherzy nie widzą większych szans na awans dla Błękitnych Stargard Szczeciński. A oni ryzykują nie szyderstwem i wstydem następnego dnia w pracy albo jeszcze tego samego dnia w internecie, na Facebooku i Twitterze. Oni ryzykują pieniędzmi.

Wiadomo - tak nisko notowana drużyna, nawet tak rewelacyjna jak Błękitni, którzy doszli z otchłani drugiej ligi aż do półfinału Pucharu Polski, wyeliminowali Cracovię i wygrali pierwszy mecz z Lechem 3:1, nie jest jednak w stanie wygrywać zawsze i z każdym. Nawet statystycznie, nawet matematycznie musi się to kiedyś skończyć. Zapewne właśnie teraz, w rewanżowym pojedynku z Lechem Poznań.

Tenże Lech - zespół z ambicjami sięgającymi przecież nie odrabiania strat z rywalem notowanym o dwie ligi niżej, ale mistrzostwa kraju, zdobycia krajowego pucharu i następnie sukcesów w Europie - dostatecznie napsuł już krwi swoim kibicom, nie może podnosić jej ciśnienia w nieskończoność.

Dlatego 110/60. U kibiców - duży spokój. "3:0 do przerwy", "Na pewno wygrają", "Nie róbmy sobie żartów" - można przeczytać w necie. Na stadionie można natomiast przeczytać "Dla was żel, fury, kasa, dla nas wstyd" - stara flaga z tym hasłem wieszana przez kibiców już lata temu straciła nieco biel, ale nie aktualność.

Nieco wyższe ciśnienie u fanów Błękitnych, których do Poznania zjechało 3 tysiące. Całe rodziny, krewni, znajomi, nadciągnęli ze Stargardu aż 40 autobusami. Dla nich to wyjazd życia, przygoda życia, szansa życia. Tu, w Poznaniu, przegrywał błękitny Manchester City. Przegrają też i ci polscy Błękitni?

"Allez le Bleus" - Błękitni mają swoich kibiców, którzy doping na poznańskim stadionie rozpoczęli na długo przed tym, nim zjawili się tu fani z Poznania. A tych przyszło zaskakująco wielu, jak na kompromitujący wynik 1:3 w pierwszym meczu. W Poznaniu tak to jednak działa - na Lecha się psioczy, narzeka, mówi o wstydzie, po czym szwagier zawsze zagada szwagra "ale co, idziemy?". No i przychodzą.

Gdy piłkarze Lecha i Błękitnych wychodzą na mecz, ciśnienie nadal nie rośnie. 120/70 osiąga jednak już po półtorej minuty, gdy Dawid Kownacki marnuje doskonałą okazję bramkową. Potem kolejną marnuje Kasper Hamalainen, także Szymon Pawłowski. Błękitny bramkarz Marek Ufnal wyczynia cuda. Lech ma przygniatającą przewagę, jego kibice - wypieki na twarzach. 140/90, zaraz padnie gol, zaraz padnie...

Pada w 19. minucie. Błękitni wychodzą z błyskawiczną kontrą. Wojciech Fadecki ma naprzeciw siebie potężnego Fina Paulusa Arajuuriego - białą górę z Lecha. Bez szans. A jednak ogrywa go jednym zwodem jak dziecko. Wykłada piłkę do Piotra Wojtasiaka i 1:0 dla gości.

Oba przedsionki, wszystkie komory stłaczają kibicom krew w ogromnym ciśnieniu. Przy tym wyniku Lech jest bliski zawału, jakim byłoby odpadnięcie z walki o Puchar Polski z Kopciuszkiem. Kocmołuchem, który dostał się na ten bal chyba dzięki czarom. Na stadionie niemal czuć, że serca kibiców "Kolejorza" tego wytrzymać już nie są w stanie.

Nie wytrzymuje trener Maciej Skorża. Zdejmuje Muhameda Keitę, jednego z tych w Lechu bez nadciśnienia, bez emocji, bez chęci do gry. Jego zejście z boiska może być jednym z tych procesów, których w Lechu nie da się już zatrzymać - trener mówił o nich po porażce w pierwszym meczu.

Lech kipi, stadion wrze. Ludzie szczypią się, klepią po rozpalonych policzkach. Przecież to niemożliwe, jakiś sen chyba! Budzi ich sędzia Paweł Gil, który za drugą żółtą kartkę wyrzuca z boiska Łukasza Kosakiewicza. Jeśli Lech nie strzeli gola drugoligowcom grającym w dziesiątkę...

Strzela. Ten wielki Fin Paulus Arajuuri dochodzi do piłki i głową pakuje ją do siatki. 200/110 - ciśnienie wcale nie spada. Nikt nie skanduje nazwiska strzelca, bo to nie wystarczy. To jeszcze nic.

Dariusz Formella, który zastąpił tego zimnokrwistego Muhameda Keitę, wbija jednak drugiego gola - po świetnym podaniu Karola Linettego, który dopiero wrócił na boisko po udzieleniu mu pomocy lekarza. Nie z powodu nadciśnienia jednak, a kopnięcia w nogę.

170/90. Ciśnienie spada, ale tętno rośnie. Lech naciera, bo potrzebuje jeszcze jednego gola. Nie do awansu, ledwie do dogrywki. Faulowany w polu karnym (rzutu karnego nie było) Szymon Pawłowski rozbija głowę, na boisko wchodzi Darko Jevtić, który nie tak dawno na Bałkany jeździł, by jakoś naprawić swój zdemolowany kręgosłup.

190/100 - ciśnienie znów rośnie. Lech przeważa, ale gra wolno, cały czas zbyt wolno, by powalić rywala kondycyjnie. Sędzia Paweł Gil w tym kotle woli porozdawać na wszelki wypadek kartki na lewo i prawo. Winnych się dopasuje. Wydaje się ludzką niemożliwością, by Błękitni wytrzymali napór Lecha. Muszą pęknąć. Albo pękną serca kibiców "Kolejorza".

"Kolejorz" nie jest w stanie nic wskórać, ale Błękitnym też gotuje się krew. Faulują przed swym polem karnym, dają Lechowi najlepszą dla niego karmę - rzuty wolne. Trener gości Krzysztof Kapuściński ciska wtedy bidonem w trawę. Wreszcie dośrodkowanie z lewej strony trafia na głowę Dawida Kownackiego i Lech zdobywa trzeciego gola w 73. minucie.

Ciśnienie nie tylko nie rośnie, ale krew nie dopływa już do wszystkich mięśni. Pięknym symbolem tego meczu może stać się scena, w której Łukasz Trałka poklepał z otuchą walczącego ze skurczem mięśnia rywala. Widmo dogrywki wydaje się teraz straszliwą torturą.

Trzeba ją jednak rozegrać. Po dziesięciu minutach, gdy Błękitni mają nawet ochotę na kontrę, ale ich nogi już nie, Lech wykonuje wyrok - Kasper Hamalainen z bliska strzela na 4:1. To jak śmierć we śnie - Błękitni nie są w stanie już odpowiedzieć. Rzucili się pod pociąg, zatrzymali go jakimś cudem na bardzo długo, ale w końcu ten ich rozjechał.

W finale Pucharu Polski - 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie - zagra "Poznańska Lokomotywa". Zagra Lech.