Sport.pl

Lech Poznań chce współpracować z wojewodą. Przekazał policji zapis monitoringu

Wojewoda wielkopolski Piotr Florek zamknął trybunę stadionu w Poznaniu, zwaną Kotłem, w którym siedzą najbardziej zagorzali kibice. Zmienił jednak taktykę i tym razem jednak zrobił to warunkowo. Tym warunkiem jest współpraca Lecha. - Kierujemy pismo do policji. Mamy sprawców na monitoringu - mówi "Kolejorz".
Trybuna numer dwa, nazywana w Poznaniu Kotłem, gdyż to z niej prowadzony jest doping dla Lecha przez stojących przez cały czas kibiców, została zamknięta na ligowy mecz Lecha z Koroną Kielce (12 kwietnia). Wojewoda Piotr Florek nie zaniknął jej na razie na kolejne spotkanie ze Śląskiem Wrocław, ale pod dwoma warunkami. Pierwszym jest uniemożliwienie przez Lecha ludziom z trybuny numer dwa przemieszczenie się na inne sektory stadionu. Drugi warunek to współpraca klubu w ujęciu sprawców odpalenia rac. - Dopóki przepisy się nie zmienią, każde odpalenia rac na imprezie masowej na stadionie to przestępstwo - mówi komendant wojewódzki policji w Wielkopolsce Rafał Batkowski.

Powodem decyzji wojewody jest oprawa, którą kibice Lecha Poznań pokazali podczas meczu z Legią Warszawa (22 marca) - była to sektorówka z kodem kreskowym i hasłem "Ligowy klasyk, piłkarskie święto? To wszystko jest sztuczne, spójrz na trybun piękno!", będąca sprzeciwem przeciwko komercjalizacji współczesnego futbolu, z którego wyrzuca się oprawy meczowe. Podczas prezentacji odpalone zostały jednak race i świece dymne, które spowodowały ogromną chmurę ciemnego dymu, co natychmiast spotkało się z karą.

Policja w Poznaniu wnioskowała o zamknięcie trybuny numer dwa (gdzie odpalono race) na dwa mecze. - Uznaliśmy, że to kara wystarczająca. Zaniknięcie całego stadionu nie jest konieczne - uzasadniał rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak. - Ocena stanu bezpieczeństwa po meczu z Legią była negatywna. Znaleźliśmy bardzo wiele pojemników pozostałych po użyciu środków pirotechnicznych. To 124 sztuki. To znaczy, że organizator nie wywiązał się ze swych obowiązków. Nie zapobiegł ich wniesieniu, a po odpaleniu ich nie było żadnej reakcji służb.

- To było celowe i masowe działanie - mówił dosadnie wojewoda wielkopolski Piotr Florek. - Na dodatek tym razem mieliśmy do czynienia z niespotykanym dotąd zadymieniem stadionu - dodał, posługując się raportem wielkopolskiego konsultanta ds. toksykologii. Jego zdaniem mecz nie został przerwany tylko dlatego, że były sprzyjające warunki pogodowe i dym nie zasłonił boiska. - Jeśli ktoś z kibiców miałby kłopoty z oddychaniem, chciałby szybko wyjść z takiego zadymionego miejsca, mógłby doprowadzić do pando - uzasadniał wojewoda.

Straż pożarna była jeszcze ostrzejsza. Wicekomendant wojewódzki Jerzy Ranecki zadymienie podczas meczu z Legią nazwał "krytycznym zagrożeniem". - Niedawno podczas zabawy sylwestrowej w Szanghaju taki dym spowodował ofiary śmiertelne. Wybuchła panika - mówi.

Na pytanie, ile osób ucierpiało kiedykolwiek podczas odpalania rac w Poznaniu, wojewoda odrzekł: - Rzeczywiście, nie było żadnego takiego wypadku. Nie możemy jednak na to czekać, musimy zapobiegać. Jesteśmy na granicy bezpieczeństwa. Jeśli choć raz dojdzie do wypadku tego typu, wtedy zarzuty zostaną postawione mnie, iż nie działałem. Dlatego działam.

Do tej pory wojewoda karał Lecha i sankcje zwiększał wtedy, kiedy uznawał, że klub nie współpracuje z policją. Robił to post factum. Teraz natomiast zmienił taktykę. Warunki postawione Lechowi mają zmusić go do współpracy. Wcześniej wojewoda wielkopolski zamykał "Kolejorzowi" cały stadion, gdyż - jak twierdził - klub w ogóle nie robił nic, by sprawców ustalić. Teraz zamyka trybunę, zaznaczając, że siedzący tam ludzie nie mogą przemieścić się na inne sektory. - Zablokujemy im karty kibica, nie będą mogli wejść na stadion - zapewnił Henryk Szlachetka, szef bezpieczeństwa w Lechu Poznań.

- Rzeczywiście, ostatnio Lech dotrzymał słowa i nie wpuścił tych kibiców - przyznaje wojewoda.

Lech jednak ma wątpliwości, jak zrekompensować posiadaczom karnetów zakaz wejścia na stadion. - To poważny problem natury prawnej, który wymaga bardzo szczegółowej analizy. Dziś możemy powiedzieć tyle, że na pewno każdą reklamację od karnetowiczów rozpatrzymy indywidualnie i nie pozostawimy jej bez odpowiedzi - zapewnia rzecznik prasowy Lecha Łukasz Borowicz.

Drugi warunek - współpraca w ustaleniu sprawców - jest bardziej miękki, bo co dokładnie oznacza? Wojewoda uściśla, że nie oczekuje od klubu przyprowadzenia za rączkę sprawców na komendę. - Musimy jednak widzieć w Lechu chęć współpracy z policją, nie utrudnianie jej - mówi.

- W piątek kierujemy do policji pismo, w którym zwrócimy się o pomoc w identyfikacji osób, które odpowiadają za odpalenie pirotechniki. Dysponujemy zapisem z monitoringu stadionowego, który służbom został już udostępniony, i czekamy na ich ustalenia - mówi rzecznik prasowy Lecha Poznań.

Decyzję wojewody ostro skrytykowała Ekstraklasa SA, która sama za użycie rac podczas meczu Lech - Legia nałożyła karę finansową 10 tys. zł. - Decyzja o zamknięciu "Kotła" jest absurdalna. Ponad 40 tysięcy ludzi bezpiecznie wróciło do domów. Skoro mecz nie został przerwany i w jego trakcie nie interweniowały podległe wojewodzie służby pilnujące porządku publicznego, to znaczy, że realnego zagrożenia nie było. Lech Poznań jest w rzeczywistości szantażowany przez organ administracji publicznej - stwierdził Seweryn Dmowski, doradca zarządu Ekstraklasy ds. bezpieczeństwa.

Wojewoda wielkopolski twierdzi co innego. Jego zdaniem zagrożenie było realne i bardzo duże, a brak reakcji obciąża Lecha Poznań, a nie podległe mu służby.

Więcej o:
Komentarze (2)
Lech Poznań chce współpracować z wojewodą. Przekazał policji zapis monitoringu
Zaloguj się
  • edziufujara

    Oceniono 26 razy 16

    Widze z Lenin wiecznie żywy ..
    Metody tez leninowskie
    Florek kiedy cie wywiozą z tego miasta ?

  • komentarzdramatyczny

    Oceniono 3 razy 1

    Piłka Nożna dla Kibiców!!!
    1312

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX