Półfinał Pucharu Polski. Lech Poznań jako zła macocha

Awans małego klubu Błękitni Stargard Szczeciński do półfinału Pucharu Polski to bajka, w której cuda się zdarzają. I akurat Lech Poznań musi do niej dziś dopisać morał
Dawno, dawno temu, za kilkoma rzekami istniał mały, biedny klub Pogoń Oleśnica. I to on był ostatnim kopciuszkiem, który wystąpił na balu, jakim jest półfinał Pucharu Polski - było to wiosną 1996 roku, gdy telefony komórkowe miały wagę cegły, a gazety drukowały tylko co drugą stronę kolorową.

Po prawie 20 latach na balu zjawia się nieoczekiwanie kolejny kopciuszek. To Błękitni Stargard Szczeciński, mały klub z Pomorza Zachodniego, który przygodę z tą edycją Pucharu Polski rozpoczął od wyeliminowania zespołu Małapanew Ozimek w lipcu zeszłego roku. Minęło prawie dziewięć miesięcy i ta bajka wciąż trwa.

W jej trakcie dzielny kopciuszek ze Stargardu wspiął się na szklaną górę w meczu z Pogonią Siedlce, odczarował zaklętą żabę w pojedynku z Chojniczanką Chojnice, pokonał groźnego Gryfa Wejherowo, omal nie pogubił pantofelków w dramatycznym starciu z GKS Tychy i wreszcie na koniec uporał się z przerażającym krakowskim smokiem - wyeliminował samą Cracovię!

Teraz na błękitne koszulki dybie wilk - Lech Poznań.

Sęk w tym, że ta edycja Pucharu Polski jest także bajką. Od czasu przegranego rzutami karnymi finału Pucharu Polski w 2011 roku z tą Diaboliną, warszawską Legią, "Kolejorz" nigdy nie zaszedł aż tak daleko. Przez cztery lata siedział w wysokiej wieży, odizolowany od sukcesów i europejskich pucharów, wybierając jedynie soczewicę z popiołu, aż wreszcie nadarzyła się wspaniała okazja, by się wyrwać. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki matki chrzestnej z Frankfurtu ten sezon Pucharu Polski ułożył się Lechowi wyśmienicie - najpierw Wisła Kraków wysłała na mecz z nim krasnoludków zamiast olbrzymów, później po dogrywce nie zdołała go pożreć ta Baba Jaga, Jagiellonia Białystok, a w ćwierćfinale niżej notowany Znicz Pruszków okazał się Tomcio Paluchem i przegrał aż 1:5. Teraz, w półfinale, trafia się kopciuszek ze Stargardu.

Doprawdy, już dawno Lech Poznań nie miał tak prostej drogi na bal, jakim jest finał Pucharu Polski na Stadionie Narodowym i aż żal byłoby tej szansy nie wykorzystać. Jakakolwiek wpadka w starciu z drugoligowym niebożęciem nie byłaby niczym innym jak powrotem do starych grzechów Lecha z lata ubiegłego roku, gdy w pucharach ograł go pozornie niegroźny, islandzki elf ze Stjarnan Gardabaer. Tamta wpadka spowodowała tak wielki zamęt w całym królestwie, że dopiero teraz Lech zdaje się wychodzić na prostą i powoli o tym zapomina.

O oglądaniu się za siebie zatem teraz nie ma mowy, zwłaszcza że dobrze wiemy, jak kończy się to w bajkach.

W Stargardzie Szczecińskim przed meczem z silnym Lechem panuje niezwykłe podniecenie. Biletów na mały stadionik od dawna nie ma. Błękitni po zwycięstwie nad krakowskim smokiem z Cracovii przestali się bać kogokolwiek, liczą teraz na kolejny sukces, liczą na kolejny cud.

- Czekanie jest najgorsze. Wszyscy chcielibyśmy już grać - mówi Krzysztof Kapuściński, trener Błękitnych, który - jak sam podkreśla - liczy na koncentrację piłkarzy, szczęście i niebiosa. Zapowiada, że rzuci na Lecha "wszystko, co ma najlepsze".

Lech natomiast zbyt wiele już w życiu przeżył, aby takiego rywala lekceważyć. Do Stargardu zabiera pełny skład, jedynie bez graczy kontuzjowanych (Gergo Lovrencsicsa, zapewne też Kaspra Hamalainena). Wszyscy poobijani w meczach reprezentacji piłkarze szybko zjawili się na wezwanie jakby mieli siedmiomilowe buty, nawet Węgier Tamas Kadar pędził tu co koń mechaniczny wyskoczy - na Instagramie chwalił się, że trasę z Budapesztu do Poznania pokonał samochodem w szaleńcze osiem godzin.

Wszystko po to, aby do bajki o Błękitnych dopisać morał - ten Puchar Polski skończy się jak każda bajka, czyli dobrze. Ale dla Lecha.

Początek meczu w Stargardzie Szczecińskim - dziś o godz. 16.30. Rewanż za tydzień w Poznaniu.

Tutaj autora można obserwować na twitterze

Tutaj znajduje się blog autora