Prezes Lecha Poznań: Wystarczy już czekania. Ryzykujemy, żeby coś wygrać [OBSZERNY WYWIAD]

- Mieliśmy wybór - albo działać jak dotąd, budować klub spokojnie, albo zaryzykować. Widzieliśmy marazm i zniecierpliwienie wśród ludzi. Postanowiliśmy ryzykować - mówi Karol Klimczak, prezes Lecha Poznań w ekskluzywnej rozmowie z Radosławem Nawrotem z ?Gazety Wyborczej Poznań? i POZNAN.SPORT.PL


Rozmowa z Karolem Klimczakiem, prezesem Lecha Poznań

Radosław Nawrot: Na ile mocno wierzy pan teraz w tytuł dla Lecha Poznań?

Karol Klimczak: Wierzę. Bardzo wierzę. Mecz z Legią przyniósł nie tylko bardzo ważne punkty, dał też impuls. Wiara i radość po tym spotkaniu są ważniejsze. Na stadionie po golu Barry'ego Douglasa ludzie wystrzelili w powietrze jak rakiety. A po drugim golu stadion właściwie oszalał z radości. Przez kilka godzin czy dni cała Wielkopolska tym żyła, mówiąc "wreszcie". Daliśmy ludziom trochę radości, to jest bezcenne. Inaczej zaczął się następny dzień. Wszyscy wciąż to przeżywali, doczytywali, oglądali powtórki, dyskutowali.

Dlatego nadal nie zmieniam zdania - mistrzostwo zdobywa się w takich meczach jak z Zawiszą Bydgoszcz, ale też ważne jest, by tak bardzo istotne mecze jak z Legią Warszawa wygrywać i przez to budować radość i poczucie dumy.

Powiedział pan "wreszcie". Dlaczego tak długo trwało, nim Lech wreszcie wygrał z Legią?

- Wiele się pewnie na to złożyło. Na przykład konkurencja w drużynie. Można powiedzieć, że mamy teraz szerszą ławkę.

Szerszą niż...?

-...niż bywało to w poprzednich sezonach. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że my tego meczu nie zagraliśmy dobrze. W pierwszej połowie byliśmy przestraszeni, nerwowi, ostrożni, graliśmy słabiej, niż nas na to stać. A najważniejsza jest głowa. Wiara w to, że taką Legię można pokonać.

To znaczy, że w poprzednich latach tej wiary nie było?

- Były na pewno te same chęci, bo przypomnijmy sobie nasze poprzednie mecze z Legią. Nikt nogi nie odstawiał, Lech chciał wygrać, i to bardzo. W tyle głowy jednak siedziało to pytanie "czy się uda?". A teraz pomogło nam spotkanie z jesieni, zremisowane 2:2, a w którym Lech prowadził 2:0. Po nim mieliśmy już jasność, że jesteśmy równorzędnym rywalem dla Legii, na przekór wszystkiemu.

Na przekór czemu?

- Temu, że są mistrzami Polski, mają większy budżet i grali w Lidze Europejskiej. Fakt, sami osłabili się sprzedażą Miroslava Radovicia, ale my to wykorzystaliśmy jak klasowa drużyna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ludzie opuszczali stadion tak zadowoleni.



Czym wytłumaczy pan to, że akurat teraz na mecz z Legią przyszło 40 tysięcy ludzi? Nie rok temu, nie dwa lata temu, ale właśnie teraz.

- (chwila zastanowienia ) Tym, że ludzie w Wielkopolsce nabrali przekonania, że jak mówimy, iż mamy dobrą drużynę i chcemy walczyć o mistrzostwo, to tak jest. A skoro nabrali takiego przekonania, to przyszli obejrzeć drużynę, która walczy z mistrzem o mistrzostwo. Chociaż chcę przypomnieć, że zarząd nigdy nie powiedział, że dokona trzech czy czterech transferów.

To jest jasne, a jednak mam wrażenie, że w lutym ludzie uznali, iż Lech zrobił coś ponad oczekiwania.

- Tak. Czytałem pańskiego bloga (śmiech ). Ale zgadzam się. Zrobiliśmy więcej, niż pewnie sugerowałby zdrowy rozsądek. Mieliśmy wybór - albo spróbować już teraz, albo budować klub i zespół dłużej, spokojniej, ale nadal skutecznie. Przecież też jesteśmy kibicami i też zastanawialiśmy się, kiedy wreszcie coś wygramy, na co zresztą niecierpliwie czekamy. Na samym końcu liczą się jednak zwycięstwa i tytuły i tylko one są miarą sukcesu w piłce. Dlatego zdecydowaliśmy się na pierwsze rozwiązanie.



Nie spodziewałem się, że pan to powie. Do tej pory bowiem byliście właśnie przedsiębiorstwem. Nie oczekiwałem po was kontrolowanego szaleństwa. Nie takiego, które wpycha klub w milionowe długi, ale takiego, które pozwala przełamać ograniczenia.

- Bo nie pamięta pan, jak było w 2011 roku. A obecny wiceprezes czy ówczesny dyrektor finansowy klubu powiedzą panu, że wtedy myśleli, iż ogłoszą upadłość. Było bardzo źle. Najpierw trzeba zapewnić sobie przeżycie. Przychodzi jednak moment, gdy można i trzeba zrobić coś więcej. Może zaryzykować i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Ja to widzę tak: my zadaliśmy Wielkopolsce pytanie, na które ta odpowiedziała pozytywnie. Powiedzieliśmy: "My chcemy zaryzykować. Niczego nie obiecujemy, ale podejmujemy wyzwanie. Co wy na to?". I ludzie byli za, pomimo fatalnego wyniku meczu z Zawiszą chociażby. Zareagowali entuzjastycznie.

Mecz z Zawiszą pokazał, że Lech nie jest doskonały. Nie trzeba być doskonałym, aby zdobyć mistrzostwo.

- To prawda, nie trzeba.

Wie pan, Lech może niczego nie obiecywać pańskimi ustami, ale on składa obietnice samym swoim istnieniem.

- Wiem, bo to jest odpowiedź na pytanie: po co my w ogóle jesteśmy? Po to, żeby dawać emocje, radość, żeby ludzie mieli o czym mówić i co przeżywać. Chciałbym, aby kiedyś "Kolejorz" był synonimem Wielkopolski, jej symbolem. Zdaję sobie sprawę z tego, że kibice przeżyli przez nas wiele rozczarowań i zawodów. Sam zresztą się wkurzam na wspomnienie o tym. Tym bardziej że nie mieliśmy przecież aż tak słabej drużyny, by odpaść ze Stjarnan z Islandii.



A czy to, co wydarzyło się latem, gdy Lech odpadł z amatorską islandzką drużyną, nie doprowadziło właśnie do tego, że teraz postanowiliście zaryzykować?

- Doprowadził do tego splot czynników. Porażka ze Stjarnan nie była przecież pierwszym naszym blamażem, rok wcześniej przegraliśmy z Żalgirisem Wilno. Po tamtej wpadce wyciągaliśmy wnioski, zmieniliśmy wiele rzeczy, solidnie przepracowaliśmy rok i... znów zdarzyło się to samo.

I wtedy z pozytywisty stał się pan romantykiem?

- Nie, ja cały czas jestem romantykiem. Łzy mi się cisną do oczu podczas hymnu przed meczami reprezentacji...

Wiemy jednak, że Lech był klubem, który potrafił bardzo starannie liczyć pieniądze.

- I nadal jest takim klubem, zapewniam. W Lechu jednak wszyscy jesteśmy kibicami, którzy pragną tytułów i sukcesów. Wszyscy chcą o nie walczyć już teraz, nie za wiele lat. Gdy zatem okrzepliśmy organizacyjnie i finansowo...

A okrzepliście? Mówił pan przecież o stracie ponad 4 mln zł, jaką mieliście w roku 2014 roku.

- Tak, ale to jednak nie 16 mln zł straty jak w roku 2011. To zasadnicza różnica.

W poprzednim roku liczyliście na to, że wyjdziecie na zero. Nie udało się. W 2015 roku się uda?

- Gra w pucharach w fazie grupowej albo sprzedaż dobrego zawodnika - jedno z tych zdarzeń pozwoli nam zbilansować rok.

Nie jest to zatem sytuacja podbramkowa?

- Już nie. Zachowujemy stabilność, którą sobie zbudowaliśmy. Sprzedaż jednego gracza nie rozbije drużyny, a to maksimum tego, co musimy stracić w razie braku dobrej gry w pucharach. A jeśli są stabilność, fundament, ściany i drzwi do domu, to można zacząć myśleć o tym, jak wymalować pokój. Jesteśmy właśnie na takim etapie.

Malujecie pokój?

- Tak.

Jak załatwiliście to malowanie? Jak zebraliście środki na zimowe transfery? Fundusz?

- Tak, fundusz kapitałowy. Już wcześniej zgłaszały się do nas rozmaite osoby... powiedzmy, biznesmeni, którzy proponowali wyłożenie pieniędzy na zakup jakiegoś zawodnika z zastrzeżeniem na przykład 50 procent dla siebie po jego dalszej sprzedaży.

Zupełnie jak w latach 90.!

- Powiedzmy. Oczywiście - zaznaczę - nie byliśmy zainteresowani takimi rozwiązaniami. Dzisiaj się już nie zastawia piłkarzy, przynajmniej nie w Lechu. My z pomocą odpowiednich instytucji związanych z rynkiem kapitałowym...

Ojej, proszę mówić konkretniej!

- Zainicjowaliśmy po prostu fundusz inwestycyjny, który sprzedaje papiery wartościowe na rzecz osób fizycznych i firm.

Jakie to papiery? Weksle?

- Nie, nie. Jednostki uczestnictwa. Obligacje. To fundusz celowy. Uzyskane środki możemy jedynie inwestować, nic więcej. Nie możemy regulować za ich pomocą rachunków za wodę, prąd itd. W grę wchodzi jedynie kupowanie zawodników - i to takich, którzy podniosą wartość drużyny i stanowią inwestycję w nią, przyczynią się do sukcesów Lecha.



A kto decyduje o tym, który zawodnik spełnia te kryteria i może być kupiony za pieniądze z funduszu?

- Cały czas komitet transferowy i tylko on. Zachowaliśmy rygorystyczną zasadę rodem z banku - nabywca zakłada sobie lokatę, ale nie ma prawa decydować, na co zostaną wykorzystane środki. Zaufał nam, że my się na tym znamy i wiemy, którzy z obserwowanych piłkarzy spełnią kryteria. W zamian otrzyma od nas wypłatę odsetek bądź kuponów odsetkowych w przypadku obligacji. Są ustalone z góry i wynoszą więcej niż np. lokata bankowa.

Jest jeszcze jeden, ale kluczowy warunek - Lech w tym czasie musi osiągnąć dodatni wynik finansowy, czyli zysk. Jeśli się to nie stanie, wówczas sprzedaż piłkarza kupionego z tego funduszu nie pociągnie za sobą wypłaty odsetek. Lech zatem ryzykuje, ale tylko w pewnych granicach.

Jakim cudem ci inwestorzy na to poszli?

- Widział pan wysokość oprocentowania lokat w bankach?

To pomogło?

- Oczywiście. Poza tym, żeby zainteresować się taką ofertą, trzeba być kibicem Lecha. A okazuje się, że wśród kibiców panuje przekonanie, że potrafimy dobrze zarządzać zawodnikami, wyszukiwać, kupować, sprzedawać.

Transfery Roberta Lewandowskiego czy Aleksandara Tonewa wciąż działają na waszą korzyść?

- Działają. Do tego dodajmy siłę naszej akademii piłkarskiej, która daje perspektywę otoczenia nowo kupionych graczy uzdolnionymi wychowankami. Perspektywę powstania zespołu z głową, zdolnego do sukcesów.

Fundusz został zawiązany na przełomie listopada i grudnia i jest konstrukcją bardzo prostą. Ma dokumenty opracowane przez doradców finansowych i biznesplan na cztery lata.

Zatem inwestorzy mogą czekać cztery lata na wypłatę odsetek?

- Tak.

I są to w istocie biznesmeni kibicujący Lechowi?

- W sumie tak.

Kto wchodzi w skład tego funduszu?

- Podpisałem zobowiązanie, żeby w żadnym wypadku tego nie ujawniać. To kilka podmiotów, które sobie tego nie życzą. Zatem, proszę wybaczyć... Podobnie było w wypadku naszych poprzednich obligacji. Wszyscy kładą nacisk na poufność.

Prezes Jacek Rutkowski jest w tym funduszu?

- Mogę potwierdzić, że też jest w tej grupie.

- Czyj to był pomysł?

- Mój i prezesa Rutkowskiego. Dwukrotnie przećwiczyliśmy już emisję obligacji. W kwietniu nastąpi wykup pierwszej emisji, to 2,5 mln zł. Przećwiczyliśmy też współpracę z domem maklerskim i kancelarią prawną działającą na rynku kapitałowym. Upewniliśmy się, że możemy na tym rynku działać.



Pan często podkreślał, że koszty działania Lecha są wysokie. To rozumiem, ale nie rozumiem, dlaczego nie rosną przychody.

- Rosną. Nie tak szybko, jak byśmy chcieli, ale rosną. Pewnie, że lepiej, gdy przychody są wyższe, bo można wtedy lepiej i łatwiej gospodarować, ale one zawsze będą coś mówiły o klubie tylko w stosunku do kosztów. Najważniejszy jest wynik netto, bo bez tego nawet 100 mln zł przychodów nie będzie miało znaczenia. Wiemy też, że niskie przychody z biletów w ostatnim roku były pochodną naszej słabej gry.

Nie mogliście dłużej funkcjonować z taką frekwencją jak jesienią.

- Pewnie, że idealną sytuacją jest ta, gdy niezależnie od wyników Lecha stadion jest wypełniony, bo to nie tylko generuje przychody, ale permanentne zainteresowanie "Kolejorzem".

To zapracujcie na to.

- Myślę, że zainteresowanie Lechem przychodzi falami, wraz z kolejnymi pokoleniami kibiców. A za tłumne przybycie kibiców na mecz Lech - Legia, atmosferę, jaką stworzyli i wsparcie dla drużyny, wypada im mocno podziękować.

Myśli pan, że dobrze pracujecie z kibicami? Macie kontakt, edukujecie? Gdzie jest muzeum?

- Mamy wybór, czy sprowadzić np. środkowego pomocnika, czy otworzyć muzeum. Mamy kosztorysy, projekty, kosztuje to 2 mln zł. Postanowiliśmy zaczekać. Być może zwrócimy się do społeczności wielkopolskiej z pytaniem, czy poprzez zbiórkę jesteśmy w stanie zebrać tę kwotę, bo sami tego nie zrobimy.

Dobrze pan wie, że jeśli nie będziecie rozczarowywali kibiców - i nie mam tu wcale na myśli tylko wyniku sportowego - to wtedy razem z nimi jesteście w stanie zrobić wszystko.

- Potrzebne są zaufanie i poczucie wśród kibiców, że aż tak bardzo głupi nie jesteśmy, nie kradniemy, nie wywozimy z Lecha pieniędzy ciężarówkami itd. Mam do siebie dystans, znam opinie kibiców na temat swój i klubu, ale wiemy też, że możemy przekonać ludzi sukcesami, a gdy ich nie ma, pokazaniem tego, że nam na nich zależy. Bo przecież mamy ten sam cel.

Musi pan zrozumieć, że jeśli sprzedajecie do Dynama Kijów Łukasza Teodorczyka, żeby móc jedynie opłacić bieżące potrzeby i nie ma to bezpośredniego przełożenia na zespół, to kibice mają wątpliwości, czy należało go sprzedawać.

- Zgadzam się, że nie udało się odpowiednio wytłumaczyć naszej polityki albo z tłumaczeniem się nie przebiliśmy. Trzeba jednak pamiętać, że tuż po odpadnięciu z kwalifikacji, po meczu ze Stjarnanem, niewielu chciało nas słuchać - i zresztą trudno się im dziwić. A my nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy sprzedać Teodorczyka, żeby klub funkcjonował. Żeby były odżywki dla piłkarzy, autobus na mecze, lekarz i operacje, żeby skauci mogli pojechać na obserwacje. Ich ciągłe przeloty kosztują pół miliona rocznie! Na końcu wszyscy myślą o nas jak najgorzej, bo nie kupiliśmy za Teodorczyka trzech nowych piłkarzy. A my dzięki temu transferowi płacimy za prąd i zasypujemy dołek z poprzednich lat. I to już nie jest romantyzm, o którym pan mówił. To jest rzeczywistość. Właśnie dlatego w takich sytuacjach musimy wykazać się pewną odpornością na to, co się nam zarzuca.



A jednak ta krytyka i to, co wam się zarzuca, doprowadziły do tego, że jesteście w końcu gotowi podjąć ryzyko w budowie zespołu.

- Nie do końca. Doprowadziło do tego raczej przekonanie, że jesteśmy już na tyle bezpieczni, a jednocześnie na tyle zniecierpliwieni, by to zrobić. Widzieliśmy u ludzi zniechęcenie i marazm, nawet wśród naszych pracowników. Mogliśmy zostać przy dotychczasowym, zrównoważonym rozwoju i poczekać jeszcze trzy lata, aż będziemy jeszcze mocniejsi finansowo. I to nie byłaby wcale droga zła.

Powiedział pan jednak, że Lech teraz ryzykuje niewiele. To na co czekać?

- Trochę ryzykujemy, bo w ogólnym rozrachunku będzie nas to kosztowało, ale musimy zacząć wykorzystywać możliwości i wiedzę, które mamy.

A może za bardzo się dotąd baliście? Przestaliście już mówić "idziemy na majstra"...

- Pompowanie balonika? Wie pan, jeśli kilkakrotnie obieca pan dziecku lizaka, a ono w końcu go nie dostanie, to, delikatnie mówiąc, szczęśliwe nie będzie. Dlatego nie chcemy. Przeżyliśmy swoje rozczarowania. Po Stjarnan... naprawdę byłem tak wkurzony, że myślałem tylko o jednym - żeby już było za rok. Żeby już był kolejny mecz eliminacyjny.

Legia potrafiła po fatalnej wpadce przy okazji meczu z Celtikiem Glasgow, gdy źle policzone kartki kosztowały ją walkowera, doprowadzić do tego, że wszyscy byli w tej trudnej chwili z nią. Wy tego nie potraficie.

- Nie zapominajmy o tym, że w meczu Legia wygrała z Celtikiem i sportowo nie miała sobie nic do zarzucenia. Postawię jeszcze pewną tezę. Może po prostu dziennikarze stołeczni są przychylni Legii, wy nas natomiast nie rozpieszczacie?

Na pieszczotę trzeba zasłużyć. Zasłużyliście?

- Zapewniam, że nawet w meczach ze Stjarnan piłkarze oddawali serducho Lechowi. Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby nam przytrafiła się taka historia jak z kartkami w meczu Legii z Celtikiem, mogłoby być źle. Kibice i media zjedliby nas żywcem.

Sam pan jednak teraz widzi, że - niewiele zmieniając - można wiele zmienić. Także nastawienie kibiców.

- Muszę jednak powiedzieć trochę prowokacyjnie, że latem i w poprzednich okienkach też zrobiliśmy fajne ruchy transferowe. Przyszło wielu ciekawych graczy - jak Szymek Pawłowski, Barry Douglas, Darko Jevtić. Wielkiego aplauzu wtedy nie było. Nie mam o to pretensji, ale to fakty. Teraz powiedzieliśmy, że nikogo nie sprzedajemy, za to kupiliśmy kilku graczy i odbiór był bardzo pozytywny.

A teraz, latem, jesteście gotowi sprzedać Karola Linettego?

- Jeśli ma pan na myśli intencje, to nie. Wolałbym, aby został i jeszcze dał coś Lechowi. Tak, aby w chwili odejścia tego gracza z Lecha można było powiedzieć, że pomógł nam coś wywalczyć. To nadal bardzo młody chłopak, nadal czekamy na to, by przez - powiedzmy - dziesięć meczów z rzędu dał nam to, na co go stać.

Zatem - jeśli nie będziecie musieli, to go nie sprzedacie, ale jest możliwe, że będziecie musieli?

- Właśnie tak. Nie chciałbym sprzedawać nikogo, a Karola przede wszystkim. To nasza wartość, dobrze o tym wiemy. Proszę jednak pamiętać, że już rok temu była dobra oferta dotycząca Karola, mamy z nim jednak dżentelmeńską umowę, podobnie jak np. wcześniej z Robertem Lewandowskim, że razem zdecydujemy, kiedy jest ten najlepszy moment dla zawodnika na odejście. Wiemy też, że co roku musimy kogoś sprzedać. Może pojawić się oferta, której i Karol, i my nie będziemy chcieli odrzucić. A jak będzie? Nie potrafię przewidzieć. To przede wszystkim jego decyzja. Nic tu nie robimy na wariata ani na siłę.

A Vojo Ubiparip? Już go pożegnaliśmy?

- (cisza ) Decyzje zapadną wiosną. Jeszcze może nam pomóc.



Transfer napastnika będzie latem priorytetem? Fundusz znowu zadziała?

- Zostały w nim jeszcze jakieś środki, chociaż prawie zostały wykorzystane. Do rozstrzygnięcia jest kilka kwestii związanych z naszą ofensywą. Zobaczymy na przykład, co będzie dalej z Zaurem Sadajewem. Napastnika oglądamy i szukamy zawsze.

Chcielibyście, aby Zaur Sadajew został w Lechu?

- Ja bym chciał. Zostanie jednak wtedy, kiedy się sprawdzi i będzie strzelał bramki, choć to niejedyne jego zadanie.

Nie ma chyba gracza Lecha, o którego byłby większy spór wśród kibiców.

- Mnie się gra Zaura podoba.

To by oznaczało, że z nowym napastnikiem trzeba będzie poczekać?

- Mamy Kownackiego, minie pół roku aklimatyzacji Holmana... Jeżeli jednak będzie interesujący piłkarz na tę pozycję, to dlaczego go nie sprowadzić?

Na co zatem wykorzystacie środki z funduszu, które zostały?

- Są inne pozycje, pan sam może je wyrecytować. Pomocnicy, lewa obrona, prawa obrona. My obserwujemy zawsze potencjalnych piłkarzy na wszystkie pozycje, łącznie z bramkarzem.

Legia będzie w stanie wyciągnąć z Lecha Tomasza Kędziorę?

- Tomek Kędziora podpisał z nami nową, długą umowę, więc o wyciąganiu nie ma mowy. Legia może próbować go na rynku transferowym kupić, ale nie wiem, czy ma takie pieniądze. Nie wiem poza tym, czy Tomek chciałby iść do Legii. Jest bliski reprezentacji, więc może swoją dalszą karierę opierać o zupełnie inne kluby. Legia nie jest mu do szczęścia potrzebna. Zresztą, nam też nie - w kontekście transferu tego piłkarza.

Uważa pan, że rywalizacja o zdolną młodzież między wami a nią jest coraz bardziej zażarta?

- Nie, bo to my lepiej szkolimy. To jest poza dyskusją. Legia próbuje dopiero budować struktury akademii i próbuje nam wyciągać albo zawodników (na razie jednego), albo ludzi pracujących dla nas.

To was boli?

- Irytuje. Z drugiej strony - mogę powiedzieć, że możemy być dumni. Tak dobrze szkolimy, że to nasi chłopcy są oglądani i budzą zainteresowanie.



Zasilając konkurencję.

- To akurat nie cieszy. Powinniśmy być jednak dumni, że Krystian Bielik trafił do Arsenalu, skoro my wyszkoliliśmy go w taki sposób, że się nadaje.

Niech pan sobie nie żartuje. Dlaczego zatem nie poszedł do Arsenalu z Lecha, tylko z Legii?

- Dlatego, że my w ten sposób nie handlujemy młodymi graczami. Inaczej przedstawiamy tym chłopcom ścieżki rozwoju. Mówimy: "Trenuj w akademii, zadebiutuj w Lechu, a my wspólnie z twoimi rodzicami pomożemy ci znaleźć dobry klub, ale dopiero za jakiś czas". Zawodnicy i ich opiekunowie mają różne pomysły na siebie. Jedni akceptują tę wizję, inni odchodzą, bo chcą już wyjechać. Jeżeli Bielik da radę w Arsenalu, to super. Ja mu kibicuję z całego serca. W Lechu miał jednak ułożoną inną ścieżkę rozwoju, podobną do tej, jaką mają Dawid Kownacki czy Jakub Serafin. Najpierw zgrupowanie, potem wejście na zmiany, stopniowo, stopniowo. Większość przypadków pokazuje, że zbyt szybki wyjazd za granicę i chęć szybszego zarabiania źle się kończy. Ja naprawdę jednak nie wykluczam, że popełniliśmy w jego sprawie błąd i należało go wprowadzać szybciej.

Stać was na takie błędy i odejścia?

- Oczywiście, że nie stać. Nie po to szkolimy, żeby zasilać konkurencję. Trenuje u nas jednak 1,3 tysiąca chłopaków, więc nie ma szans, byśmy wszystkich włączyli do pierwszej drużyny Lecha. Będą odchodzili. Nie zmieni to faktu, że akademia to nasza duma i możemy się nią chwalić. Pod tym względem jesteśmy poza zasięgiem w Polsce. To jest nasz przepis na sukces. Chcemy być w jak największym stopniu samowystarczalni, ale zawsze będziemy szukali na pewne pozycje graczy na rynku.

Dlaczego zmieniliście zdanie i chcecie teraz ekstraklasy złożonej z 18 zespołów?

- Zawsze chcieliśmy grać więcej meczów i mieć krótsze przerwy. Nie jest to nasze widzimisię, bo odpytaliśmy też piłkarzy. Ich zdanie jest podobne. W ekstraklasie jest jednak 16 klubów, więc decyzji nie podejmujemy tylko my.

Nie boi się pan dużego środka tabeli drużyn niewalczących o nic?

- Trochę się boję, ale podział punktów też nie jest dobrym rozwiązaniem. Natomiast podział ligi na dwie grupy: mistrzowska i spadkową bez podziału punktów mija się z celem.

Jakie szanse powodzenia ma liga złożona z 18 zespołów?

- Małe.

Czy podoba Ci się zmiana polityki Lecha Poznań?