Pięć powodów, dla których Lech Poznań wygra w niedzielę z Legią Warszawa

Derby Polski, mecz kolejki, szlagier rundy wiosennej. Jakkolwiek byśmy nazwali niedzielny mecz Lecha Poznań z Legią Warszawa, to i tak wszystkie tytuły odejdą w cień równo o godz. 18 w niedzielę. Dlaczego "Kolejorz" może odnieść zwycięstwo w tym meczu? Naszym zdaniem jest pięć powodów, dla których to Lech Poznań będzie tym razem górą.


Lech Poznań po raz ostatni wygrał u siebie z Legią Warszawa niemal dokładnie cztery lata temu. 16 kwietnia 2011 roku Artjoms Rudnevs zdobył jedyną bramkę popołudnia i spotkanie zakończyło się zwycięstwem "Kolejorza" 1:0. Tym razem lechici znów pokonają rywala ze stolicy, ponieważ:

Gra u siebie

Lech Poznań nie ma w zwyczaju obdarowywać punktami gości przyjeżdżających na Inea Stadion. Odkąd trenerem zespołu został Maciej Skorża, lechici grali przy Bułgarskiej jedenastokrotnie i tylko raz schodzili z boiska bez zwycięstwa, gdy cudowny gol Bartosza Śpiączki pozwolił Podbeskidziu Bielsko-Biała wywieźć z Poznania remis. Jeśli brać pod uwagę tylko mecze rozgrywane na własnym stadionie, to Lech jest najlepszym w całej lidze. - Chcę stworzyć z Bułgarskiej twierdzę - mówił trener Skorża, gdy obejmował stanowisko po Mariuszu Rumaku. I to założenie zrealizował w stu procentach.

Ma Zaura Sadajewa

Jesienią ten argument potraktowalibyśmy w kategoriach nieudanego żartu, a jego autor dostałby skierowanie na pilne badanie u lekarza specjalisty. Czeczen w poprzedniej rundzie często zawodził, a na dodatek rozpoczął obóz przygotowawczy z dużym opóźnieniem przez problemy z zębem. Te i inne kłopoty Sadajew ma już za sobą i wiosną należy do najlepszych piłkarzy "Kolejorza", a trener Maciej Skorża wykorzystuje go jak tarana. Na jego dobrej grze korzystają partnerzy z zespołu, którzy dzięki staraniom napastnika mają więcej miejsca w ataku. O tym, jak bardzo w Poznaniu liczą na swojego napastnika, niech świadczą obawy sztabu trenerskiego przed tym, że ten mógł obejrzeć w Bydgoszczy ósmą żółtą kartkę i przez to nie zagrać z Legią.

Poniesie ich doping

W niedzielę na trybunach Inea Stadion pojawi się ponad czterdzieści tysięcy osób. Oczywiście zdecydowana większość będzie ściskała kciuki za zespół w niebiesko-białych strojach. Atmosferę tego szlagieru potęguje jeszcze fakt, że bilety skończyły się... dziesięć dni przed meczem. To o tyle szczególna sytuacja, że nawet na hitowe spotkania "Kolejorza" w Lidze Europejskiej wejściówki leżały w kasach nieco dłużej. Kto kupił bilet na mecz z Legią, z pewnością nie będzie żałował gardła i zapewni poznańskim piłkarzom wsparcie przez dziewięćdziesiąt minut spotkania. Zawodnicy Lecha podkreślają, że gorąca atmosfera na trybunach im służy. To też pewnie jedna z tajemnic tak dobrego bilansu poznańskiej drużyny w meczach przed własną widownią.

Już jesienią omal nie pokonali Legii

Maciej Skorża może potraktować poprzednie spotkanie Lecha z Legią jako narzędzie w procesie budowania motywacji na niedzielny szlagier. "Pół roku temu byliście o krok, teraz pokażcie, że rywale mieli po prostu szczęście" - tak mógłby brzmieć fragment przedmeczowej odprawy. Dla lechitów remis 2:2 wywieziony we wrześniu z Warszawy był sporym niedosytem, bo doskonale pamiętamy, że legioniści wyrównującą bramkę zdobyli w ostatnich sekundach meczu. Wtedy po strzale Dossy Juniora pękły nie tylko nadzieje na dobry wynik, ale też bark Macieja Wilusza. Skoro Lech był wówczas tak blisko zwycięstwa, to dlaczego nie mógłby powtórzyć tego scenariusza w niedzielę? Oczywiście tym razem ze szczęśliwym dla siebie zakończeniem.

Ma wreszcie obronę z prawdziwego zdarzenia

Maciej Skorża budowę swojego Lecha Poznań rozpoczął od poprawy gry defensywnej całego zespołu. Okres przygotowawczy bardzo się tej budowie przysłużył, bo efekty pracy nad grą obronną przyszły dość szybko. Cały Lech na wiosnę wreszcie wygląda solidnie w grze defensywnej, traci niewiele bramek. Zachowanie czystego konta w spotkaniu z Legią Warszawa będzie kluczowym warunkiem do tego, by trzy punkty zostały w Poznaniu. Jest bowiem bardzo prawdopodobne, że lechici sami będą w stanie sforsować obronę rywali. W tym sezonie ligowym, w każdym meczu strzelali bowiem co najmniej jedną bramkę, a po raz ostatni nie udało im się to w maju ubiegłego roku, w trzeciej od końca kolejce poprzednich rozgrywek. Co ciekawe, często do siatki trafiają... a jakże, obrońcy Lecha! Wiosną na listę strzelców wpisali się już trzej - Paulus Arajuuri, Tomasz Kędziora i Barry Douglas.