Lech Poznań - Legia Warszawa. "Wygląda na to, że przestaliśmy dobrze gwizdać"

Przed wojną Legia Poznań miała więcej kibiców niż późniejszy Lech - mówi Jacek Hałasik, dziennikarz Radia Merkury i historyk sportu.
Radosław Nawrot: Ponad 40 tysięcy ludzi przyjdzie na niedzielny mecz Lecha z Legią. Myślisz, że to z powodu Legii? Przecież kiedyś nie zawsze tak bywało, że to akurat mecz z Legią Warszawa prowokował tak wielkie frekwencje.

Jacek Hałasik: Nie, ale jednak Legia zawsze przyciągała zainteresowanie poznaniaków. Już na dębiecki stadion w latach 50. na mecze z nią przychodziło wyjątkowo dużo kibiców.

Dlaczego akurat na Legię?

- Bo była czołowym polskim zespołem. Mało tego, w pewnym momencie lat 50. była niemalże tożsama z reprezentacją Polski. A Lech także miewał dobrą drużynę. Na przełomie lat 40. i 50. dwukrotnie zajmował miejsce na podium, nie zapominajmy o tym. W latach 70. natomiast Legia kojarzyła się z Kazimierzem Górskim i jego zespołem. W jej barwach grała czołówka polskich piłkarzy - Deyna, Gadocha, Nowak, Ćmikiewicz. W Poznaniu tęskniliśmy za wielką piłką, za świetnym futbolem, za reprezentacją i sukcesami. Nałożyło się to na wielkie zainteresowanie samym Lechem i piłką nożną oraz w ogóle sportem, jakie mieliśmy wówczas w Poznaniu.

Który moment należy jednak wskazać jako początek antagonizmów, początek tych waśni między Lechem a Legią?

- Powiem szczerze: tego, że Legia jest dzisiaj w Poznaniu nielubiana, nie mogę zrozumieć. Rozumiałem to w latach 50., kiedy faktycznie były podstawy, aby mieć do niej pretensje. Wtedy zabierała piłkarzy z innych klubów, zabierała, kogo chciała. Trudno było się przed tym ustrzec. W Poznaniu jakoś udało się uchronić przed zasadniczą służbą wojskową w Legii tercet A - B - C (Anioła - Białas - Czapczyk), do rozbioru Lecha nie doszło. Taka jednak Polonia Bytom zaraz po tytule mistrza Polski w 1954 roku musiała oddać Legii dwóch czołowych graczy. Jeszcze bardziej drastyczny jest przypadek rozebrania Wawelu Kraków, wicemistrza Polski z 1953 roku. Oddał połowę graczy, przestał się liczyć. Przypomnij sobie nawet Kazimierza Deynę. Kto go znalazł? No przecież nie Legia, ale ŁKS Łódź.

Czego mogła się nasłuchać Legia, gdy przed laty przyjeżdżała do Poznania?

- Nie było wobec niej chuligańskich odzywek, ale to akurat może być kwestią zmiany języka jako takiego. Nikt nie klął ordynarnie, za najgorszą obelgę uchodziło "Zawodowcy!", które było o tyle mocne, że oznaczało właściwie to samo co "Nieuczciwi". Wówczas, w czasach sportu amatorskiego, zarzucić komuś, że był zawodowcem oznaczało zarzucić mu, że nie respektuje uczciwych.

Chcesz mi powiedzieć, że nikt na stadionie nie przeklinam na widok zespołu, który był nielubiany?

- Naprawdę nie mogę sobie przypomnieć takiego przypadku. Pamiętam, że gdy jako uczeń szkoły średniej poszedłem kiedyś na mecz Lecha i do Henia Wróbla, który dwa razy stracił piłkę w prostej sytuacji, krzyknąłem: "On gra dzisiaj jak dupa!", w moją stronę obróciło się z dezaprobatą pół stadionu. Owszem, stadion nie był Wersalem. Piłkarze byli krytykowani, i to często. Szanowano jednak język i znaczenie wypowiadanych słów. Obrzucano zawodników takimi określeniami, które faktycznie odnosiły się do ich gry i postawy. Chamstwo nie uchodziło nawet na trybunach stadionu i jeśli ktoś się nawet wyrwał z taką odzywką, ginął w tłumie. Poza tym ta dezaprobata wobec mnie oznaczała coś jeszcze. To mianowicie, że taki szaran, taki smarkacz nie powinien pozwalać sobie na podobne uwagi wobec piłkarza.

Wtedy kibice siedzieli bardzo blisko murawy, prawda?

- Owszem. Na Dębcu byliśmy na tyle blisko, że można było poklepać po plecach zawodnika wychodzącego z szatni na mecz. Nikomu nawet do głowy by nie przyszło, żeby któremuś z nich zrobić jakąś krzywdę. Przeciwnie, gdy lechici pokonali Legię, kibice robili im szpaler do szatni.

A Legia? Była oklaskiwana?

- Bez przesady, to jednak Legia. Gwizdy na nią były zawsze. I to one stanowiły główne ostrze krytyki. Wtedy przez stadion potrafił przejść straszny gwizd świdrujący uszy. Na Dębcu zagłuszała go jedynie przejeżdżająca lokomotywa. Teraz tak nie jest. Nie wiem, może ludzie nie potrafią już dobrze gwizdać?

Poznań miał swoją Legię, tę przedwojenną, sanacyjną. Po wojnie jednak zupełnie podupadła.

- Na tyle, na ile w Poznaniu cokolwiek mogło być sanacyjne. Legia nawiązywała, powiedzmy, do tradycji piłsudczykowskich, upadła zaraz po wojnie, ale w 1956 roku była próba przywrócenia Legii Poznań do życia. Pamiętam, że grała wówczas na Arenie z Dyskobolią Grodzisk Wlkp. Ostatecznie na gruzach Legii powstał Energetyk Poznań.

Przed wojną Legia Poznań była wiodącą siłą w mieście?

- Owszem, była bliska awansu do ekstraklasy, ale w Poznaniu bardzo przeszkadzała jej Warta. Na niektóre mecze Legii przychodziło jednak nawet 10 tys. kibiców, np. na pojedynki z HCP Poznań czy KPW Poznań, późniejszym Lechem.

Legia miała przed wojną więcej kibiców od późniejszego Lecha?

- Oj, tak! Od KPW Poznań kibiców miała więcej. Wynikało to z pochodzenia klubów. Legia była miejska, a KPW pochodziło z kolejarskich osiedli dopiero co przyłączonego Dębca.

A zatem dzielnicowy podział Poznania miał wtedy znaczenie?

- Wtedy tak. Warta i Legia były mocno osadzone w mieście, resztę stanowiły kluby fabryczne albo dzielnicowe. Po wojnie to jednak Lech zdominował Poznań. Legia upadła, Warta straciła znaczenie.

Dzisiaj Legia to wciąż główny rywal Lecha.

- Bo jest co roku czołowym zespołem w Polsce i żeby zostać mistrzem, należy z nią wygrać.

Myślisz, że to ona jest magnesem dla poznaniaków?

- Ależ skąd. Magnesem jest Lech. W sezonach, gdy Legia nie walczyła o tytuł, na mecze z nią tłumy nie przychodziły. Ludzie nie przychodzą, by ją podziwiać, ale by ją pokonać.

Więcej o: