Marcin Kamiński: Jeszcze nie skończyłem z wykonywaniem "jedenastek"

- Nie dość, że wygraliśmy z wiceliderem, to pokazaliśmy, że potrafimy grać do końca. Teraz musimy to przełożyć na mecze wyjazdowe, bo wiemy, że na innych stadionach nie wyglądamy najlepiej - mówił Marcin Kamiński po zwycięstwie Lecha Poznań nad Jagiellonią Białystok 2:0.


Lechici przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść dopiero w końcówce spotkania. W 86. minucie na strzał zza pola karnego zdecydował się Barry Douglas, a już w doliczonym czasie gry "kropkę nad i" postawił Tomasz Kędziora, który skutecznie wykonał rzut karny. Marcin Kamiński tym razem nie mógł podejść do wykonania "jedenastki" i tym samym spróbować zrehabilitować się za przestrzelony rzut karny w meczu z Ruchem Chorzów. - To było z góry ustalone, że Tomek ma podejść do karnego i strzelić. Ale ja jeszcze nie skończyłem z jedenastkami. Jeżeli trener zdecyduje, że mam podejść, to podejdę. Tomek był wyznaczony, bo dobrze wyglądał na treningach i dzisiaj to potwierdził. To cieszy, bo mamy stałego wykonawcę rzutów karnych - komplementował kolegę z drużyny "Kamyk".

Mecz z Jagiellonią Białystok napsuł lechitom sporo nerwów. Drużyna Michała Probierza była nastawiona wyłącznie na kontrataki i twardą grą skutecznie wybijała poznaniaków z rytmu. Ci dopięli swego, kiedy kibice na stadionie przy Bułgarskiej byli już praktycznie zrezygnowani. - My wiedzieliśmy, że Jagiellonia może tak czekać na nas, i że będzie chciała się nastawić na kontrataki, bo tak grała w tych zwycięskich meczach wyjazdowych w Warszawie i we Wrocławiu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to spotkanie nie będzie łatwe, że możemy je rozstrzygnąć dopiero w ostatnich minutach i tak też się stało - wyjaśnia Marcin Kamiński.

Stoper "Kolejorza" może być z siebie zadowolony, bo Lech w kolejnym meczu ligowym nie stracił bramki. Nie wiadomo jednak, jak skończyłoby się to spotkanie, gdyby goście z Białegostoku wykorzystali nieporozumienie Kamińskiego z Maciejem Gostomskim. W drugiej połowie spotkania bramkarz gospodarzy zbyt lekko podał piłkę w kierunku swojego obrońcy i ta omal nie padła łupem przeciwnika. - Ciężko teraz ocenić, jak to dokładnie było. Maciej zdecydował się, że będzie do mnie podawał. Ja byłem oczywiście na to przygotowany, ale piłka była trochę za lekka. Nie będę jednak na Maćka zrzucał winy, bo to było nasze wspólne zamieszanie i musimy z takich sytuacji lepiej wychodzić - nie próbuje się usprawiedliwiać obrońca Lecha, który jednak tłumaczy, skąd wzięło się to nieporozumienie: - Nie chcemy każdej piłki wybijać, staramy się rozgrywać akcje od tyłu. Być może akurat w tej sytuacji powinniśmy się zachować inaczej, musimy to przeanalizować.