Prezes Lecha Karol Klimczak: Nie pompujemy balonika, czyli zarządzamy oczekiwaniami

- Z ust członków zarządu nigdy nie padła liczba transferów, których chcemy dokonać. To zimowe okienko transferowe pozwoliło nam jednak zrealizować wszystkie priorytety. Wydaliśmy na to 5 mln 150 tys. zł, dzięki założonemu wcześniej funduszowi - powiedział w Radiu Merkury prezes Lecha Poznań Karol Klimczak.
Wyjaśnił, że ów fundusz został powołany właśnie z myślą o inwestycjach. - Tylko i wyłącznie o nich. Nie miały służyć na murawę, na działalność bieżącą, ale właśnie na inwestycje takie jak transfery - mówił Karol Klimczak. - Nie rezygnujemy bowiem z zaciskania pasa. Nadal będziemy to robili, ale nie oszczędzamy na pierwszym zespole, gdyż to podstawa naszego sukcesu.

Ci, którzy włożyli pieniądze do funduszu, zaryzykowali. Zdaniem prezesa jednak, jeżeli transfery wypalą i Lech osiągnie sukces, im też się to opłaci.

Prezes Lecha mówił o tym, że po konsultacji z trenerem Maciejem Skorżą postanowiono wzmocnić defensywę i tak się stało. - Chcieliśmy ustabilizować defensywę. Siłę ofensywną mamy mocną, nie mam na myśli tylko napastników, ale i bramkostrzelnych pomocników - dodał. Kilkakrotnie podczas radiowej audycji podkreślił, że i on, i zespół wierzą w Zaura Sadajewa.

Zaprzeczył, aby Lech chciał pozyskać Bułgara Antona Karaczanakowa. - Nie było takiego tematu. Jeśli on był w Poznaniu, to chyba miał międzylądowanie - mówił. Zadeklarował, że Lech zamknął zimowe okno transferowe. - Żebyśmy teraz jeszcze kogoś pozyskali, musiałby to być jakiś obserwowany przez nas od dawna gracz, którego dotąd nie udało się pozyskać, a teraz nagle otworzyłaby się taka opcja.

- To nie my, członkowie zarządu, mówiliśmy o liczbie transferów. Z naszych ust nigdy nie padła ich liczba. Poprzednie nasze okienka transferowe też nie były pasywne. To oceniamy dobrze, bo dajemy sobie szansę na sukces - komentował, ale podkreślił, że nikt w Lechu nie chce pompować balonika. Pytany o to, dlaczego i co to znaczy, odrzekł: - Nie pompujemy balonika, czyli zarządzamy oczekiwaniami.

Prezes określił, że Lech Poznań nie dokłada do meczu wtedy, gdy zjawi się na nich 14-15 tysięcy osób, które zapłaciły za wejście. Ceny biletów uznał za przyjazne. - Ostatnio byłem w szoku, gdy zobaczyłem, ile kosztuje bilet dla całej rodziny do kina wraz z popcornem. Ceny naszych biletów są przy tym naprawdę umiarkowane - powiedział.

Pytany o to, dlaczego nie pojawia się medialnie tak często jak prezes Legii Warszawa Bogusław Leśnodorski, odrzekł: - Nie przyklejam panom gumy do stołu od spodu i nie nakładam koralików, bo jest mi to do niczego niepotrzebne.