Wiceprezes Lecha Poznań: Nikt nie wydaje na transfery tyle, co my [OBSZERNA ROZMOWA]

- To, co się wydarzyło z Krystianem Bielikiem, zmotywowało nas do tego, żeby lepiej poukładać sprawy z kontraktami młodych zawodników - przyznaje wiceprezes Lecha Poznań Piotr Rutkowski.


W trakcie ponadgodzinnej rozmowy z "Wyborczą" Piotr Rutkowski opowiada m.in. o ostatnich transferach "Kolejorza", o tym, czy Maciej Skorża nie trafił na Bułgarską zbyt późno, a także o nowej pozycji na boisku dla Kebby Ceesaya.

Rozmowa z Piotrem Rutkowskim, wiceprezesem Lecha Poznań

Piotr Leśniowski: Rozmawiamy w momencie, gdy Tamás Kádár przechodzi badania lekarskie przed podpisaniem kontraktu z Lechem Poznań [Węgier zdał testy, podpisał 3,5-letni kontrakt i dołączył w piątek do Lecha w Turcji, a w niedzielę zagrał już w sparingu z Anży Machaczkała - red.]. To inny piłkarz niż Ci, o których trener Mariusz Rumak mówił, że przychodzą nieprzygotowani do udźwignięcia presji, jaka jest w Lechu Poznań?

Piotr Rutkowski: - Uznaliśmy z trenerem, że naszym priorytetem w tym okienku transferowym powinno być zbudowanie zespołu od linii obrony. Dlatego szukaliśmy zawodnika, który da nam stabilizację i doda pewności w grze tej formacji. Zawodnika, który ma doświadczenie międzynarodowe, który występował na wielkich stadionach. I takim piłkarzem jest Tamás Kádár: grał w Newcastle, regularnie występuje w reprezentacji. On nie przestraszy się wielkich wyzwań w Lechu Poznań. Do tego bardzo nam się podobał pod względem osobowościowym, bo ma charakter, gra twardo i jest kolejnym kapitanem swojego zespołu, którego sprowadzamy. Mentalnie bardzo nam odpowiada. A piłkarsko? Przekonamy się dokładnie najwcześniej wiosną.

Dlaczego przyszedł tak późno? Kibice, a chyba nawet sam trener Maciej Skorża, zaczynali tracić cierpliwość.

- Bo to jest nasz najdroższy transfer tej zimy i w ogóle jeden z najdroższych transferów w ostatnich latach. A im większa suma pieniędzy leży na stole, tym trudniejsze są rozmowy.

Za duży sukces uznajemy zatrzymanie w Poznaniu Darko Jevticia. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że zimą wróci do Szwajcarii.

- Zakładaliśmy, że zimą trzeba będzie sprowadzić trzech piłkarzy, bo również byliśmy przekonani o tym, że Jevticia po 15 stycznia już z nami nie będzie. Mieliśmy już nawet wybranego piłkarza, który tak jak Darko może grać jako środkowy oraz ofensywny środkowy pomocnik. Tymczasem udało nam się wykupić Darko i jestem bardzo ciekawy, czy Bazylea nie będzie kiedyś żałowała, że nam go sprzedała (uśmiech). To, że tak się nie stało, jest sukcesem Lecha, który jednak kosztował i podpisanie z nim wieloletniego kontraktu traktujemy jak transfer. Uzupełniliśmy formację ofensywną Davidem Holmanem, który może grać jako wysunięty napastnik, a na koniec zrealizowaliśmy plan, wzmacniając defensywę Tamásem Kádárem, co było dla nas kluczowe i też kosztowało niemało. Liczymy na to, że ten piłkarz poukłada nam grę w obronie. Może grać na jej środku, na lewej stronie, bo tak był ustawiany w reprezentacji Węgier, a nawet obserwowaliśmy go w kilku meczach, gdy pełnił rolę defensywnego pomocnika. Dla nas ta uniwersalność jest bardzo ważna.

Zanosiło się na to, że Lech Poznań w tym oknie kupi też klasycznego defensywnego pomocnika.

- Nie odpuściliśmy tego tematu, cały czas monitorujemy piłkarzy także na tę pozycję. Mamy młodych, obiecujących zawodników, którzy dobrze się zapowiadają. Mówię tu o Jakubie Serafinie, który w pierwszych sparingach bardzo dobrze wyglądał w środku pola, mówię o Marcinie Gawronie. Jest oczywiście Kádár, którzy śmiało może zagrać na "szóstce". Mądrzejsi możemy być już po obozie w Turcji, bo trener chce próbować bardziej ofensywnej gry, z dwoma środkowymi pomocnikami. Do roli defensywnego pomocnika będzie rozważany również Kebba Ceesay, który u nas grał dotąd na boku obrony lub jako stoper.

Wartościowy zastępca Łukasza Trałki wydaje się niezbędny, bo gdy tego piłkarza nie ma na boisku, Lech Poznań rzadko wygrywa.

- Znamy tę prawidłowość, a ponieważ Łukasz dostaje po kilkanaście kartek w sezonie, to wypada ze składu na mniej więcej trzy mecze. Wiemy, że mamy wtedy problemy. Jest kilka rozwiązań. Albo będzie grał wtedy Kádár, albo ktoś z młodych, albo przesuniemy na tę pozycję innego doświadczonego zawodnika. Możemy również zmienić system gry.

Trener Maciej Skorża liczył jeszcze na nowego napastnika, takiego który będzie strzelał wiele goli.

- Napastnika zawsze szukamy, ale nie zawsze kupujemy. Znów wrócę do sprawy priorytetów. We wrześniu doszliśmy ze sztabem trenerskim do wniosku, że musimy najpierw zbudować ten zespół "w tyłach". Chodziło o to, żeby nie tracić bramek. Gdy to osiągniemy, to zaczniemy się martwić o to, żeby strzelać ich więcej. Fajne jest to, że mamy wszechstronnych zawodników, którzy bardzo zyskują przy naszym ofensywnym stylu gry. W efekcie ciężar zdobywania bramek rozkłada się na wielu graczy. Bardzo fajnie spisuje się Kasper Hämäläinen, gdy jest ustawiany w roli napastnika. W taki sam sposób ma być wykorzystywany David Holman i wymieniać się rolami z Kasprem. Poza tym są Darko Jevtić, Szymon Pawłowski, Gergr Lovrencsics czy Muhamed Keita, który wiosną na pewno będzie się spisywał lepiej niż jesienią. W związku z tym o ofensywę aż tak się nie martwimy. Choć mam świadomość tego, że Maciej Skorża, jak każdy trener, chciałby mieć pięciu napastników i to jest dla mnie jasne: im więcej tym lepiej.

Pytamy o piłkarzy na kolejne pozycje, bo mówiło się zimą o trzech-czterech transferach.

- My o liczbach nie mówiliśmy. Dalsze transfery tej zimy są raczej mało prawdopodobne. Zatrzymanie Darko Jevticia to transfer, mimo że ktoś może tak na to nie patrzeć. Wydaliśmy na niego dużo pieniędzy. W ogóle w tym oknie transferowym wydaliśmy na piłkarzy najwięcej ze wszystkich polskich klubów. Podobnie było latem, aczkolwiek wtedy chyba Lechia Gdańsk nas wyprzedziła, ale trudno, żeby było inaczej, skoro kupiła 20 zawodników. Nie sztuka wydać najwięcej pieniędzy w lidze, pamiętajmy jednak, że na boisku nie liczą się wydane kwoty, a jakość, jaką prezentuje kupiony zawodnik.

Teraz wyprzedzi was Legia Warszawa, gdy kupi Michała Masłowskiego z Zawiszy Bydgoszcz.

- Nie.

Nie?

- Kupując Masłowskiego, nie wyprzedzi nas i wiem, co mówię.

Jakim cudem udało się wykupić Darko Jevticia? Szwajcar zawsze podkreślał, że ma w sercu FC Basel i wróciłby do tego klubu choćby na piechotę.

- Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do czerwca ubiegłego roku albo jeszcze dalej. Obserwowaliśmy go w meczach kadry U-21 Szwajcarii i w zespole Wacker Innsbruck, do którego był wypożyczony. To była słaba drużyna i nawet tam nie zawsze się wyróżniał.

Opowiadał nam o tym Kazimierz Sidorczuk.

- No właśnie, ale nawet tam, w zespole, który spadł z ligi, Darko pokazywał, że wiele widzi na boisku, że potrafi nieszablonowo podać piłkę, że umie minąć zwodem przeciwnika. W Innsbrucku nie zawsze miał do kogo zagrać i stąd brały się jego błędy. Darko nam się podobał, ale skreśliliśmy go, bo był zawodnikiem FC Basel. Sytuacja zmieniła się w maju, gdy okazało się, że z klubu z Bazylei odchodzi trener Murat Yakin, któremu zależało na powrocie Darko Jevticia. Nowy szkoleniowiec nie widział tego piłkarza w zespole i nawet nie chciał go sprawdzać w sparingach. Zaczęliśmy działać szybko. Powiedziałem wtedy do naszych skautów: są jeszcze mecze reprezentacji U-21, więc jedźcie i go jeszcze raz sprawdźcie. Wrócili z jednoznaczną informacją: on ma to coś, coś co będzie go wyróżniało w naszej lidze.

Wypożyczyliśmy więc Darko na rok z pełną świadomością, że może wrócić już zimą do Szwajcarii. Mieliśmy jednak nadzieję na to, że zobaczy, jak fajnym miastem jest Poznań, że warto być w Lechu, bo można się tu rozwinąć, to być może będzie chciał tu zostać na dłużej. Tak się stało i to zdanie samego zawodnika przesądziło. Darko uznał, że nie chce wrócić do Bazylei, skoro go tam nie chcą. Wiadomo, ten klub jest dzisiaj na innym poziomie, zagra wiosną w Lidze Mistrzów, ale Darko nie miałby tam szans na grę. Skoro więc uznał, że chce zostać w Lechu, pozostało nam dojść do porozumienia z FC Basel w sprawie transferu już teraz. To było najtrudniejsze zadanie.

Latem za Darko Jevticia zapłacilibyście ok. 300 tysięcy euro ekwiwalentu za wyszkolenie. Czy teraz trzeba było coś dopłacić w porównaniu z tą kwotą?

- Tak.

Dużo?

- Z mojej perspektywy dużo, a wy pewnie powiecie, że niewiele. W każdym razie nie chcieliśmy już wypuszczać Darko z rąk. Było ryzyko, że FC Basel ściągnie piłkarza teraz tylko po to, żeby go od razu sprzedać.

Jesienią pojawiła się plotka, że Legia Warszawa byłaby zainteresowana wykupieniem Darko Jevticia z Bazylei.

- To chyba było coś więcej niż plotka, ale chodziło przede wszystkim o kluby zagraniczne. One były gotowe dać znacznie więcej, ale stanęliśmy do licytacji i udało się.

Jaka to była suma?

- Tego nie mogę powiedzieć, ale mogę zdradzić, że to okienko transferowe kosztuje nas pięć milionów złotych. Mówię o samych sumach transferowych, a nie o wynagrodzeniach.

Czyli pięć milionów zł zapłacicie w sumie za Tamása Kádára, Darko Jevticia i Davida Holmana?

- W przypadku Holmana za wypożyczenie i ustaloną już sumę transferu definitywnego. Nikt w Polsce nie dokonał tej zimy takich transferów i wątpię, żeby jeszcze dokonał.

To bardzo ważne, że te kwoty padają, bo wizerunkowo Lech Poznań przegrywał to okno transferowe.

- To dzięki wam, dziennikarzom, powstaje taki obraz.

Oczywiście, że nie.

- Ależ tak, największe pretensje o transfery są do Lecha. A przecież taka Wisła Kraków w ogóle nikogo nie wzięła. Legia tylko mówi, że dokonała dwóch transferów i już zyskuje aplauz. A tymczasem Legia faktycznie ściągnęła z powrotem Dominika Furmana i sprzedała Krystiana Bielika. My w tym czasie mieliśmy już Darko Jevticia i Davida Holmana.

Ale to Lech Poznań musi coś udowodnić, a nie Legia Warszawa, która jest mistrzem Polski, liderem, a w pucharach awansowała do wiosennego etapu Ligi Europejskiej. To wy musicie gonić.

- W tej rundzie tak.

Dlatego to Lech Poznań swoją aktywnością na rynku transferowym musi pokazać, że faktycznie chce rywalizować z Legią, a nie tylko o tym mówić.

- Absolutnie tak, ale nie chcemy się napinać w słownych przepychankach. Zwracam uwagę tylko na fakty dotyczące rywalizacji na rynku transferowym. A te są oczywiste.

Trener Maciej Skorża dawał do zrozumienia, że chciałby mieć w zespole gracza z Bałkanów. Łatwiej tam znaleźć lidera drużyny? Podobno szukaliście pomocnika w Partizanie Belgrad.

- Zawsze jest szansa, żeby sprowadzić piłkarza z takiego klubu. Tym bardziej że kluby na Bałkanach, poza Dinamem Zagrzeb, zaczynają mieć problemy finansowe. Zmienił się rynek transferowy i one nie sprzedają już zawodników za siedem milionów euro jak kiedyś, tylko za dwa-trzy. Dla polskich klubów otwiera się więc szansa, ale z drugiej strony w ekstraklasie zmieniają się przepisy i w nowym sezonie będziemy mogli mieć na boisku tylko trzech graczy spoza Unii Europejskiej. Musimy mieć to na uwadze, bo Chorwaci nie będą objęci limitem, ale Serbowie już tak.

Skoro mowa o zawodnikach spoza Wspólnoty, to Lech ma ich w kadrze sześciu.

- Tak, ale już ustaliliśmy, że Muhamed Keita, który ma paszport norweski i Szwajcar Darko Jevtić nie będą traktowani jako piłkarze spoza UE. Ich kraje są w strefie Schengen i dzięki temu przepis ekstraklasy nie będzie ich dotyczył.

Zostaje czterech: Jasmin Burić, Luis Henriquez, Vojo Ubiparip i Zaur Sadajew.

- Jasmin lada dzień powinien dostać polskie obywatelstwo, więc już wiosną nie mielibyśmy problemu z nowymi przepisami.

Co z liczną grupą piłkarzy, którym w czerwcu kończą się kontrakty? To aż siedmiu graczy: Krzysztof Kotorowski, Luis Henriquez, Barry Douglas, Szymon Drewniak, Szymon Pawłowski, Vojo Ubiparip i Zaur Sadajew. Rezygnujecie z wszystkich?

- Absolutnie nie. Z Luisem, Krzyśkiem, czy wcześniej z Ivanem Djurdjeviciem podpisywaliśmy nowe umowy wiosną i nie było problemu. Większość tych chłopaków jest w takim okresie swoich karier, że musimy zobaczyć, na ile im zależy, żeby być częścią tego klubu. Chcemy przekonać się, jak zareagują na konkurencję i naszą sytuację kadrową. Teraz na pewno ich nie skreślamy, ale tylko i wyłącznie od nich będzie zależało, czy będziemy kontynuowali współpracę.

W tej grupie Szymon Pawłowski i Barry Douglas mają tak skonstruowane umowy, że kontrakty przedłużą się automatycznie po rozegraniu określonej liczby spotkań przez tych zawodników.

- Tak. Szymek jesienią grał z bólem [ścięgna Achillesa - red.], poświęcał się dla klubu i zostawiał na boisku swoje zdrowie za Lecha. Gdy będzie w pełni zdrowy, da nam jeszcze więcej - jestem tego pewien. Poza tym grał już tyle spotkań, że nie traktuję go jako zawodnika, któremu się kończy kontrakt. Jestem przekonany, że będzie z nami w kolejnym sezonie.

A Barry Douglas?

- Jest w ciekawej sytuacji, bo rywalizuje o miejsce w składzie z Luisem Henriquezem, który walczy o nowy kontrakt. Ale tak musi być. W przypadku Barry'ego ważne jest to, żeby był zdrowy, bo wtedy powinien sobie poradzić na polskich boiskach. My rzadko musimy się bronić i u obrońcy liczą się wtedy atuty ofensywne, a Barry ma ich sporo.

Czy Lecha Poznań stać na to, by po raz kolejny nie awansować do fazy grupowej europejskich pucharów?

- Hm, dzięki temu, że dobrze szkolimy i mamy dobry skauting, możemy rekompensować sobie brak awansu do fazy grupowej dobrymi transferami. Pieniądze z tych transferów zasypywały dziurę, która powstała w budżecie po wczesnym odpadnięciu z pucharów. W zeszłym roku udało nam się sprzedać Łukasza Teodorczyka do Dynama Kijów i mimo że sporo na tym zarobiliśmy, to fakty są takie, że tych pieniędzy nie starczyło nam na to, by tę dziurę całkowicie załatać. Trudno więc odpowiedzieć na tak postawione pytanie, bo każdy polski klub ciężko jest utrzymać bez gry i awansów w pucharach. Gdyby więc sytuacja powtórzyła się u nas po raz kolejny, to znów musielibyśmy sprzedać zawodnika i liczyć na to, że wpływy z transferu pozwolą nam na finansowanie rocznej działalności klubu.

Kto jest teraz pierwszy w kolejce do transferu zagranicznego?

- Sprzedawanie piłkarzy to nie jest nasz priorytet. Skupiamy się na tym, żeby wygrywać i odnosić sukcesy. To jest najważniejsze, a nie to, kogo sprzedamy. Owszem, mamy bardzo perspektywicznych zawodników, których stać na grę w dobrych klubach, ale chciałbym, żeby myśleli o tym, co mogą osiągnąć w Lechu.

Czy Marcin Kamiński, tak jak latem, miał ofertę wyjazdu?

- Tak, ale sam powiedział, że musimy wreszcie coś wygrać.

Gdybyście mogli cofnąć czas, to zatrzymalibyście w klubie Krystiana Bielika?

- Tak, spowodowalibyśmy, żeby zawodnik zaufał nam, a nie swojemu menedżerowi. Bez dwóch zdań, zrobilibyśmy to inaczej. Mieliśmy przygotowaną dla zawodnika ścieżkę rozwoju, która oczywiście nie zakładała, że on odszedłby za pół roku do Arsenalu. Krystian nie zaufał nam i poszedł do Legii, co nie zmienia faktu, że my jako klub jesteśmy dumni z tego, że nasz wychowanek, który grał i trenował u nas przez trzy lata, jest dziś w Arsenalu.

Ale pewnie bylibyście jeszcze bardziej dumni, gdyby na koncie leżały te miliony, które za transfer zgarnęła Legia.

- Nie. Bardziej dumni bylibyśmy wtedy, gdyby Krystian zagrał co najmniej kilkadziesiąt meczów w ekstraklasie w barwach Lecha Poznań. Przecież my byliśmy pół roku temu w podobnej sytuacji z Dawidem Kownackim, jak Legia teraz z Bielikiem. Zdecydowaliśmy, że idziemy dalej z Dawidem w składzie. Gdyby chodziło nam tylko o pieniądze, to minionego lata zarobilibyśmy grube miliony na transferach Dawida i Karola Linettego. Nie powiem, że odrzuciliśmy te oferty dlatego, że wkrótce zarobimy na nich jeszcze więcej, bo to może być bardzo trudne, by znów dostać taką ofertę jak za Kownasia. Nam chodzi o coś więcej: żeby nasi wychowankowie potrafili obronić naszą filozofię klubu, grając na poziomie europejskim najpierw w Lechu Poznań, a potem w innym klubie.

Ivan Djurdjević mówił niedawno, że jeśli ktoś w Lechu Poznań chce iść śladami Krystiana Bielika, to droga wolna. Czyli pozostajecie przy swoim: albo piłkarze kupują waszą filozofię i te słynne już "ścieżki kariery", albo nie i wówczas odchodzą.

- I tak, i nie. Wspomniany Ivan Djurdjević potwierdził to, że to, co napędza piłkarzy w ostatnich minutach meczu, gdy nie ma już sił i trudno złapać oddech, to jest to serce do gry, do walki. Nikt na boisku nie myśli w 80. minucie: "kurczę, jak nie wygramy, to nie dostanę premii". Piłkarza do przodu pcha ta wola walki i albo on chce, czy nawet koniecznie chce wygrać, albo nie ma takiej ambicji. My chcemy mieć zawodników, którzy podzielają naszą filozofię i są wychowani w wartościach Lecha Poznań, a co za tym idzie, będą za Lecha walczyli do końca. A z drugiej strony to, co się wydarzyło z Krystianem Bielikiem, zmotywowało nas do tego, żeby lepiej poukładać sprawy z kontraktami młodych zawodników. Efekt jest taki, że mamy styczeń i nie ma w naszej akademii żadnego młodego, perspektywicznego gracza, któremu latem kończyłaby się umowa z nami. To oznacza, że nie musimy się o nikogo martwić. W zeszłym roku tego nie było. Teraz mogę zapewnić, że tych kontraktów młodych graczy pilnujemy znacznie bardziej, niż robiliśmy to wcześniej.

Bartosz Bereszyński i Krystian Bielik po odejściu do Legii mówili: większość chłopaków z Lecha na naszym miejscu zrobiłaby to samo. Nie martwi was to? Dzisiaj młodzi piłkarze po prostu chcą iść do Legii.

- Pytanie: kogo to dotyczy? Bo naszych najlepszych piłkarzy nie. Przecież Legia pewnie też dzwoniła do takich zawodników jak Karol Linetty, Dawid Kownacki, Darko Jevtić czy Tomasz Kędziora. Ale oni zdecydowali się zostać w Lechu, podpisali z nami długie kontrakty, bo wiedzą, że my najlepiej wprowadzamy młodych zawodników, bo mamy system i robimy to regularnie. I dzisiaj ci chłopcy grają w pierwszym składzie Lecha. Może problem dotyczy graczy, którzy nie są wystarczająco dobrzy, by tu i teraz występować regularnie w naszym zespole. Z tego powodu czują się rozczarowani, narzekają, że klub na nich nie stawia, bo źle ocenił ich potencjał. Kto wie, że jest następny w kolejce, by wejść do pierwszego zespołu i ufa nam, że dostanie swoją szansę, podpisuje z nami kontrakt i zostaje. Mimo że w Legii czekają większe pieniądze - dla wszystkich z nich.

Tomasz Kędziora podpisał kontrakt, ale prezes Bogusław Leśnodorski już zapowiada, że latem Legia chce wrócić do pomysłu sprowadzenia waszego obrońcy na Łazienkowską.

- Śmiało, niech wraca. Nie boję się tego, że Tomek odejdzie do Legii. Jestem przekonany, że w tym roku będzie jednym z wiodących naszych piłkarzy: świetnie pasuje mentalnie do Lecha i mimo młodego wieku odgrywa w drużynie coraz większą rolę. Tym bardziej więc śpię spokojnie (uśmiech).

Czy dobry finisz roku - dzięki któremu zmalała strata do Legii - i zimowe transfery pozwolą zatrzymać Lechowi spadek frekwencji na trybunach?

- Nasz cel sportowy na ten rok jest oczywisty i o nim nie mówię. Natomiast to, co oczywiste nie jest, to jest to dla nas chęć doprowadzenia do sytuacji, w której poznaniacy i Wielkopolanie będą dumni z naszej gry. Zależy nam na tym, żeby kibice czuli radość z oglądania meczu i wiedzieli, że jak przyjdą na INEA Stadion, to zobaczą ofensywny i skuteczny futbol. To oczywiście musi iść w parze z sukcesami. Ten klub z rzeszą swoich kibiców na to zasługuje. Mimo tej nierównej jesieni, znów mieliśmy najwyższą frekwencję na stadionach ekstraklasy, a liczba widzów spada bodaj wszystkim klubom w lidze.

Dobrymi transferami moglibyście pomóc kibicom w decyzji o zakupie karnetu czy biletu.

- Tak się mówi, ale to nie o transfery chodzi ani tym bardziej o ich liczbę. Bo gdyby tak było, to Lechia Gdańsk miałaby już dawno komplet na trybunach i kolejkę oczekujących na miejsca, które się zwolnią. W stosunku do Lecha Poznań oczekiwania transferowe są zawsze największe, dlatego że działamy najskuteczniej na rynku. Może padamy ofiarami swojego sukcesu i tego, że wypracowaliśmy sobie markę? Teraz to, czy Lech robi coś dobrze, czy źle, sprowadza się do liczby kupionych piłkarzy. Tak było tej zimy, mimo że przecież latem przeprowadziliśmy udane transfery. Mieliśmy ogromnego pecha z Maciejem Wiluszem, Muhamed Keita najgorsze ma już za sobą, a Darko Jevtić wzniósł nową jakość na boiska ekstraklasy.

Znów odniósł się pan do Lechii Gdańsk. Czy jej działania to psucie rynku? Kiedyś nazywaliście tak działania Polonii Warszawa za czasów Józefa Wojciechowskiego.

- Taka jest ich strategia i musimy podjąć rywalizację. Traktujemy to jak wyzwanie, które rodzi konkurencję. My tej konkurencji potrzebujemy.

Ale musicie głębiej sięgnąć do kieszeni.

- Niekoniecznie. Sięgamy do kieszeni tak głęboko, jak jest to potrzebne, żeby zrealizować to, co sobie założyliśmy. W tym okienku transferowym musieliśmy wyskubać wszystko, co było. Pieniądze, które wydaliśmy w tym okienku transferowym nie pochodzą ze sprzedaży Łukasza Teodorczyka, bo tych pieniędzy już dawno nie ma. Poszły na finansowanie zeszłorocznego budżetu klubu.

Czyli kupiliście piłkarzy za pożyczone pieniądze.

- Te pieniądze pochodzą z rynku kapitałowego. Klubu samodzielnie nie stać na to, by robić takie transfery. Pod tym względem Lech Poznań nie różni się od pozostałych klubów nie tylko zresztą z Polski.

Jak określiłby pan wpływ na funkcjonowanie klubu pana ojca Jacka Rutkowskiego. Czy już dochodzi do zmiany pokoleniowej w Lechu Poznań?

- Prezes Rutkowski od lat jest przewodniczącym rady nadzorczej i to się nie zmienia. Klub jest prowadzony przez zarząd, który za swoje działania odpowiada przed radą nadzorczą.

Pytam dlatego, bo w końcu trenerem Lecha Poznań jest Maciej Skorża, wymarzony i upragniony trener Jacka Rutkowskiego. Czy ten szkoleniowiec nie trafił do "Kolejorza" za późno?

- Spodziewałem się, że to pytanie w końcu padnie. To, że Maciej Skorża będzie naszym trenerem, wiedziałem już osiem-dziewięć lat temu, tylko nie wiedziałem, kiedy to nastąpi. Natomiast na pytanie czy za późno, odpowiem po 1 września. I uprzedzam kolejne pytanie - nie oznacza to, że trener ma jakieś ultimatum! Trzeba jednak pamiętać, że w kwalifikacjach do europejskich pucharów niestety nie będziemy już rozstawieni, choć przecież jeszcze w tym sezonie mieliśmy wręcz autostradę do fazy grupowej. Teraz będzie o wiele trudniej.

Rozmawiał Piotr Leśniowski



Działania Lecha Poznań w tym oknie transferowym uważam za: