Lech Poznań na Islandii, czyli ryzykowne spotkanie z elfem

Islandczycy twierdzą, że kto spotka elfa i przetrwa to spotkanie, stanie się potem silniejszy i na zawsze odmieniony. Dotyczy to także Lecha Poznań.
Spośród tych 26 procent Islandczyków, którzy deklarują, iż przynajmniej raz w życiu widziało elfa, niemal wszyscy wiedzą, że nie stało się tak dlatego, że mają lepszy wzrok. Po prostu elfy tak chciały. Hafnarfjördur leży tuż obok Gardabaer, w którym w czwartek Lech zagra swój mecz Ligi Europejskiej ze Stjarnan. To islandzka, a zarazem światowa stolica tych stworzeń. Tu znajduje się knajpa, w której biesiadują i w której podaje się ich ulubione potrawy z ryb i grzybów leśnych. Jeszcze więcej elfów jest w parku Hellisgerdi. Pokazują się jednak tylko wtedy, gdy zechcą. Najczęściej wtedy, gdy ktoś ma kłopoty.

Islandia - producent bananów

Lech Poznań kłopotów ze Stjarnan mieć nie powinien, ale licho na Islandii nie śpi. Jak mówią Islandczycy, ta wyspa jest duża i niemal nikt na niej nie mieszka, zatem nic dziwnego, że na pustkowiu zadomowił się Huldufolk (Ukryty Lud) - istoty niezwykłe i wyjęte żywcem z opowieści Johna Tolkiena. Gnomy, nykury, fylgie, skotty, ogry i trolle, a przede wszystkim elfy - wierzą w nie albo udają, że wierzą, niemal wszyscy w tym kraju. - To dzięki nim udało się zaludnić wyspę - mówił nawet prezydent kraju Olafur Ragnar Grimsson. Polski prezydent Bronisław Komorowski o bazyliszkach, smokach, krasnoludkach czy czarownicach wspomina znacznie rzadziej.

Trolle i ogry są najgroźniejsze, ale one atakują jedynie nocą. Tej natomiast w lipcu na Islandii nie ma. Około północy niebo nad wyspa zaczerwienia się, ale nie ciemnieje.

Kolejorz grywał już w pucharach w wielu niezwykłych miejscach, był na Kaukazie, stepach Kazachstanu pod chińską granicą, ale Islandia przebija chyba wszystko. Nigdy dotąd lechici nie byli bowiem tak daleko na północ - na 65. stopniu szerokości północnej. Tędy przebiega koło podbiegunowe północne.

Islandia to także jeden z najdziwniejszych krajów świata. Nie tylko dlatego, że wierzy w elfy, ogry i trolle. To kraj blisko bieguna północnego, który jest największym w Europie producentem... bananów. Własnych, które uprawia się tu masowo pod szkłem. To wyspa, na której nie ma ani jednego gatunku gada czy płaza, a jedynym rodzimym ssakiem lądowym jest lis polarny. To tu wreszcie Juliusz Verne rozpoczął swą "Wyprawę wnętrza Ziemi", gdyż Islandia upstrzona jest takimi wejściami - na wyspie znajduje się 130 wulkanów, wiele z nich jest czynnych. W powietrzu czuć siarkę, wszędzie leżą kawałki czarnego pumeksu, woda w kranie ma oryginalny smak. Gardabaer, w którym zagra Lech, dzięki temu ściąga wielu kuracjuszy leczących choroby dróg oddechowych. Słowem: Islandia, tu się oddycha!

Bilety? Dawno już nie ma

Lądujący na tej wulkanicznej wyspie piłkarze Lecha już z okien mogli zobaczyć niezwykłe pustkowie, jakby spalone ogniem tolkienowskiego smoka Smauga. Średnio trzy osoby na kilometr kwadratowy, ale jakoś żadnej nie widać - ani z samolotu, ani po drodze z lotniska Keflavik.

Dopiero gdy dociera się w okolice Reykjaviku, pojawia się cywilizacja. Miasteczko Gardabaer, w którym Lech zagra w czwartek ze Stjarnan, jest jedną z trzech satelickich miejscowości wokół najdalej na północ wysuniętej stolicy świata, jaką jest Reykjavik. Pozostałe dwie to Hafnarfjördur i Kopavogur, w którym w 1982 roku Lech Poznań grał z innym islandzkim zespołem IB Vestmannaeyer. Drużyna ta nie mogła grać wówczas na swojej wyspie, położonej u południowych brzegów Islandii, gdyż ta pewnego dnia... wybuchła po eksplozji wulkanu Eldfell, o nazwie znacznie prostszej do wymówienia niż wulkan Eyjafjallajökull, z nazwą przypominającą kombinację dowolnych klawiszy na klawiaturze po przejściu po niej kota. Wybuch tego wulkanu w 2010 roku (pierwszy po 187 latach) zablokował cały ruch lotniczy w Europie. Od tej pory nic już na Islandii nie wybuchło.

Eksplozja zainteresowania towarzyszy za to przyjazdowi Lecha, który zjawił się na Islandii bardzo późno, bo dopiero w środę wieczorem, i od razu z lotniska w Keflaviku ruszył na trening na stadioniku Stjörnuvöllur. To mały obiekt, mieszczący 1000 osób, przy którym stadion Amiki we Wronkach to olbrzym. Ma sztuczną trawę, na której stan bardzo narzeka trener Mariusz Rumak, i zamknięte kasy, na których od wtorku wiszą kartki "Stjarnan - Lech Poznan. Sold out" (bilety na mecz wyprzedane). - Poszły wszystkie, 1021 sztuk - mówią z dumą Islandczycy, gdyż zazwyczaj mecze ich drużyny ogląda 300 kibiców. Bilety kosztowały 4 tys. koron, czyli około 100 zł. Całkiem niedrogo jak na islandzkie warunki.

Piłkarze islandzcy wierzą, że sobie poradzą z Lechem, choć połowa z ich zespołu musi wziąć na mecz urlopy. Pracują bowiem do wieczora. Tym można tłumaczyć fakt, że choć w środę Stjarnan zaplanował trening na godz. 12, o tej porze nikt się nie zjawił. Zajęcia odbyły się później, gdy już wszyscy ostatecznie zjechali się z pracy i domów.

Z Lechem bez "cieszynki"

Stjarnan twierdzi, że jest w stanie ograć Lecha nawet bez pomocy elfów. - Ostatnie mecze nauczyły nas, ze nigdy nie należy się poddawać, i pozwoliły uwierzyć, że potrafimy wygrywać nawet z silniejszymi zespołami - mówi trener Runar Pall Sigmundsson, którego ekipa jest niepokonana w islandzkiej lidze od września, a jako że debiutuje w europejskich pucharach, nie przegrała w nich jeszcze meczu. Wyeliminowała wyżej od siebie notowanych Walijczyków z Bangor City (4:0, 4:0) i jeszcze wyżej klasyfikowanych Szkotów z Motherwell FC (2:2, 3:2 po dogrywce).

"Nigdy się nie poddawaj" - tym znanym dobrze Lechowi hasłem posługują się również kibice Stjarnan, postrzeleni jak sama drużyna, znana z teatralnych "cieszynek" po zdobytych golach. O ile nawet strzeli Lechowi gola, "cieszynki" nie będzie. Islandczycy nie robią ich w pucharach.

Może zatem Lech zrobi im np. cieszynkę w formie lokomotywy? Warunek: musi strzelić gola, nie tak jak w Tallinnie, gdzie przegrał z Kalju Nomme 0:1. I nie dać się zaskoczyć tak jak wtedy. Po estońskiej nauczce trener Lecha Mariusz Rumak wypowiada się o przeciwnikach w bardzo kurtuazyjny sposób, jakby znał islandzką zasadę: "Nigdy nie zasmucaj elfów ani nie czyń porównań, które mogą przedstawić je w złym świetle. Nie prowokuj ich, najlepiej w ogóle z nimi nie rozmawiaj. I przede wszystkim, co jest najważniejsze, obchodź się z nimi zawsze bardzo, bardzo ostrożnie. Kto odwiedzi elfy i wyjdzie z tego spotkania cało, wróci bogatszy i dziwnie odmieniony".

* Cytaty o islandzkich elfach z tekstu "Invitation to elfland" Moyry Doorly, który ukazał się w "Fortean Times".