Sport.pl

Mariusz Rumak: Nie eksperymentuję z Lechem Poznań

- Założyłem sobie trzyletni plan pracy w Lechu. Ale to władze klubu podejmą decyzję, czy to, co robię, a to jest mój autorski projekt, idzie w dobrym kierunku - mówi w specjalnym wywiadzie dla poznan.sport.pl trener Lecha Poznań Mariusz Rumak.
Piotr Leśniowski: Jest Pan trenerem, który najdłużej, bo niemal dwa lata, pracuje w ekstraklasie w jednym klubie. To powód do dumy?

Mariusz Rumak, trener Lecha Poznań: Zastanawiałem się ostatnio, jakim dzisiaj jestem trenerem po tych prawie dwóch latach jako pierwszy trener Lecha Poznań. Mam ze sobą duży bagaż doświadczeń, które będą procentowały w mojej dalszej pracy zawodowej. Dzisiaj jestem bardziej doświadczonym trenerem pod każdym względem.

Ostatnie pół roku to pewnie doświadczenia najcięższe.

- Zdecydowanie tak. Działo się wiele rzeczy, na które nie miałem wpływu lub ten wpływ miałem ograniczony. Wiele decyzji trzeba było podjąć, być uważnym i roztropnym, a jednocześnie twardym, by przyjąć na siebie dużą porcję krytyki.

Nawet tak wulgarnej jak podczas meczu z Górnikiem Zabrze?

- To było najtrudniejsze przeżycie, bo niespodziewane. Mecz z Górnikiem nauczył mnie tego, że trzeba być przygotowanym na wszystko.

Chodziły panu po głowie myśli, by zrezygnować?

- Nie. Może kiedyś taki moment nadejdzie - choć mam nadzieję, że nie - gdy nie będę wiedział, co robić dalej. Teraz - budząc się po przegranej - chcę pracować po to, by się poprawić. Zawsze posiadam jakiś plan i determinację, by go wprowadzić.

Co usłyszał Pan od zarządu po przegranym meczu z Miedzią w Pucharze Polski?

- Nie było mowy o żadnym ultimatum, o tym, że będziemy kończyli współpracę. A druga część rozmowy była analizą tego, co się stało w tym meczu. Męska rozmowa.

Czy dla Lecha i dla Pana nie byłoby lepszym rozwiązaniem, gdyby objął Pan pierwszy zespół jako bardziej doświadczony trener? Przeżył pewne rzeczy wcześniej na własnej skórze i nie eksperymentował z Lechem?

- Ani przez moment nie eksperymentowałem z Lechem. Do tego, by być pierwszym trenerem, przygotowywałem się przez 12 lat. Dzisiaj oczywiście jestem bardziej doświadczonym trenerem niż kilkanaście miesięcy temu, ale jeśli chodzi o warsztat i plan rozwoju zespołu, niewiele się zmieniło. Trzymam się zasad, które dwa lata temu były takie same, jak są teraz.

Czy w tzw. aferze jarocińskiej nie zabrakło panu doświadczenia i umiejętności postępowania w sytuacjach kryzysowych?

- Nie wydaje mi się, żebym musiał żałować czegokolwiek, co zrobiłem w tej sprawie... [chwila przerwy - red.] Rozmawiałem z piłkarzami i powiedziałem im, że każda decyzja, jaką podejmę, będzie dla kogoś zła. W sytuacjach, gdy wiem, że ktoś będzie pokrzywdzony, zawsze zadaję sobie pytanie: "Co będzie najlepsze dla zespołu w perspektywie miesiąca, półrocza, roku czy nawet paru lat?". I tym się kierowałem.

W wielu drużynach dzieją się podobne rzeczy, ale nie wychodzą na zewnątrz. I nie ma afery.

- Jestem zadowolony z tego, że wiele rzeczy potrafimy utrzymać w tajemnicy - jak kontuzje piłkarzy czy to, że ktoś nie jest do końca przygotowany przed meczem. I pod tym względem zrobiliśmy naprawdę duży postęp, bo gdy tu przychodziłem, drzwi szatni jakby były otwarte i w ciągu pięciu sekund można było się dowiedzieć wszystkiego, co się dzieje w tym zespole. Są jednak momenty, których pewnych granic nie wolno przekroczyć.

Wywiad, którego Bartosz Ślusarski udzielił krótko po odsunięciu od zespołu, pokazuje, że już wcześniej w Pana zespole nie było różowo.

- Nie znam zespołu, w którym zawsze jest różowo. Jeśli ktoś twierdzi, że w grupie kilkudziesięciu osób zawsze wszystko układa się idealnie, to mija się z prawdą. Pytanie tylko, gdzie się takie rzeczy mówi. I komu.

Dziwi się Pan Bartoszowi Ślusarskiemu? Bronił się...

- Bartek to fajny chłopak i dobry piłkarz. Wydaje mi się, że z dziennikarzem rozmawiał w emocjach, a emocje są w takich sprawach najgorszym doradcą. Ja też już przeżyłem taki moment, gdy kierowałem się emocjami, i wiem, że zrobiłem to niepotrzebnie.

Czy Bartosz Ślusarski i Rafał Murawski mają zamkniętą drogę do pierwszego zespołu, skoro nie przeprosili za swoje zachowanie przed wyjazdem na obóz do Hiszpanii?

- Każdy zawodnik, który ma podpisaną umowę z Lechem Poznań, jest do mojej dyspozycji. Nie chcę mówić, że na pewno zagrają jeszcze w Lechu lub że już na pewno nie zagrają. Życie pokaże, co się wydarzy.

Pod względem sportowym Lech bez nich dużo traci.

- [chwila zastanowienia - red.] Widząc jakość zespołu - przede wszystkim w Hiszpanii i wcześniej w Jarocinie - widzę, że zespół dobrze funkcjonuje. Tylko że to jest zaledwie 10 dni, a to, jak zespół funkcjonuje naprawdę, trzeba ocenić w dłuższej perspektywie.

Atmosfera w zespole jest oczyszczona?

- Atmosfera jest dobra i nie wiem, czy trzeba było ją oczyszczać. Jest koncentracja na pracy i na celach, które chcemy osiągnąć. Nie jesteśmy grupą wzajemnej adoracji, w której wszystko musi być piękne. Jesteśmy od tego, żeby dobrze grać w piłkę i wygrywać. Skupiać się na pracy, bo to jest nasz zawód.

Jeśli za rok pana imieniny wypadną w trakcie zgrupowania, nie będzie się Pan bał zaufać piłkarzom i zaprosić ich na piwo czy lampkę wina?

- Nigdy nie będę się bał ufać piłkarzom. Kierowaliśmy się tym zaufaniem do tej pory, wszystko funkcjonowało i nic się nie zmieni. A jeżeli będę tutaj za rok, to będzie znaczyło, że dobrze wykonuję swoją pracę, i będę szczęśliwym człowiekiem.

Żałuje Pan, że zaledwie kilka dni przed aferą jarocińską zgodził się wypożyczyć Szymona Drewniaka do Górnika Zabrze?

- Ani przez moment nie zastanawiałem się na tym, by łapać za telefon, zadzwonić do Szymka i mówić: "Wracaj". Jeśli ten chłopak ma się rozwijać, to potrzebna mu była zmiana środowiska. Potrzebny był mu silny zespół seniorski z małą liczbą młodzieżowców. I do takiego zespołu trafił. Mam nadzieję, że się pokaże i zbierze w Górniku niezbędne doświadczenie, które będzie procentowało w Lechu.

I zdejmie z siebie etykietę pupila Rumaka.

- Słyszałem już chyba o pięciu czy sześciu piłkarzach, że są moimi pupilami. Zawsze starałem się oceniać zawodników poprzez ich obecną dyspozycję, a nie przez pryzmat tego, czy znamy się tydzień, miesiąc czy parę lat.

Nie przesadził Pan trochę z odmładzaniem zespołu? W jednym sparingu w Hiszpanii zagrało aż pięciu nastolatków.

- Faktycznie, takie zjawisko ma miejsce. Ale czy przesadziłem? Można wziąć doświadczonych, starszych zawodników, ale o umiejętnościach podobnych do tych młodych piłkarzy. Naszego klubu dzisiaj nie stać na to, by transferować doświadczonych piłkarzy. Dlatego proporcje są nieco zachwiane. Ci młodzi chłopcy mają jednak wielki charakter i niezłe umiejętności, a brakuje im tylko doświadczenia i zaufania.

Bardzo to Pana denerwuje, że w sprawie wzmocnień ma Pan związane ręce? Przydałby się napastnik czy skrzydłowy, a prezesi mówią: "Nie ma mowy, kadra jest zamknięta".

- Momentami mnie to denerwuje, ale zaraz potem mówię sobie, że trzeba wiedzieć, gdzie się pracuje i dokąd się podąża. Gdy podejmowałem się tego wyzwania, reguły były jasno ustalone, sposób budowania zespołu oczywisty. Skoro była dżentelmeńska umowa, to nie mogę teraz wyjść z pokoju prezesa i krzyczeć: "To nie tak!".

Nie ma Pan wrażenia, że przez takie podejście Pana projekt pod nazwą Lech Poznań zatrzymał się w miejscu, a może nawet cofnął w rozwoju?

- [dłuższa chwila namysłu - red.] Myślę, że idziemy do przodu, ale na pewno można byłoby postęp osiągnąć szybciej. Z drugiej strony - działanie z większym finansowym rozmachem niesie ryzyko złego wydania dużych pieniędzy.

Ostatnio zadaję sobie pytanie: ile czasu mam jeszcze w tym klubie? Czy będzie mi dane zasłużyć wynikami i swoją pracą, by zobaczyć, jak Karol Linetty będzie najlepszym pomocnikiem ligi, bo stać go na to? Jak Dawid Kownacki będzie hurtowo strzelał bramki w ekstraklasie? Jak Marcin Kamiński, fajny piłkarz z dużą charyzmą, będzie regularnie grał w reprezentacji Polski? Jak Tomek Kędziora zagra 60-70 spotkań w ekstraklasie? Wiem, że ci chłopcy mają wielkie możliwości. Oglądam tu w Hiszpanii zespoły, które grają w europejskich pucharach, i widzę, że nasi młodzi zawodnicy mają podobne umiejętności. Z tą różnicą, że piłkarze Sparty, Krasnodaru, Lokomotiwu czy Łudogorca to gracze 23-26-letni. Brakuje nam paru lat, by zdobyli ich doświadczenie. Mam nadzieję, że doczekam tej chwili na trenerskiej ławce Lecha, bo Lech będzie wtedy naprawdę mocny, a przede wszystkim oparty na swoich wychowankach.

Często Pan to podkreśla. Ma Pan jakieś przesłanki, by myśleć, że wcześniej zostanie zwolniony?

- Nie, natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że jeżeli nie będzie wyników, nie będzie mnie na stanowisku trenera. Mój zespół robi postęp, mimo że teraz jesteśmy pół roku do tyłu w rozwoju przez kontuzje, które mieliśmy jesienią. Ten sposób grania i funkcjonowania na boisku, który wprowadziliśmy tu, w Hiszpanii, mieliśmy wprowadzić latem. Nie mogliśmy, dlatego zrobiliśmy to teraz. Zobaczymy, jak będzie to działało, ale na razie wygląda bardzo optymistycznie.

Przez taką, a nie inną politykę finansową i transferową klubu pogłębia się różnica między Lechem a Legią Warszawa. W wymiarze finansowym, sportowym, organizacyjnym.

- Nie chcę się porównywać do Legii. Mieszkaliśmy w jednym hotelu z Łudogorcem Razgrad i widziałem, jak piłkarze w czasie treningów korzystali z systemu Catapult, który daje dokładnie takie same dane do analizy gry, jak daje system Amisco, który my wykorzystujemy tylko w meczach ligowych. Można być wtedy na bieżąco, już w trakcie zajęć, analizować dane i modyfikować trening.

Myślę sobie czasem, że szkoda, że nie stać nas na to czy na tamto. Bo np. sam trening można byłoby zrobić bardziej optymalnie.

Czyli - nie inwestując w nowości - Lech odcina sobie jedną z dróg rozwoju.

- [cisza - red.] Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje.

Zmienił Pan sposób zimowych przygotowań, żeby nie powtórzyła się wpadka z Żalgirisem Wilno?

- Staram się zadawać sobie trudne pytania: dlaczego polskie zespoły nie grają w Lidze Mistrzów, dlaczego spadamy w rankingach? Warunków atmosferycznych czy sytuacji finansowej klubów nie zmienimy. Ale są rzeczy, które możemy wprowadzać. Pewnego dnia doszedłem do wniosku, że można zmienić sposób letnich i zimowych przygotowań. Jeździłem do Niemiec, analizowałem tamtejsze okresy przygotowawcze i spytałem, dlaczego nie wprowadzić tego u nas. Pracę, którą niemieccy piłkarze wykonują latem, my robimy zimą, bo okresy przygotowawcze są podobnej długości. Zmiany wprowadziłem tej zimy.

Mówi Pan, że jak raz się coś zdarzy, to przypadek, dwa - zbieg okoliczności, a trzy razy to już tendencja. Dotąd dwa razy odpadł Pan szybko z europejskich pucharów...

- Podtrzymuję to, co mówiłem. Robimy wszystko, by ten zespół się rozwijał i był gotowy na lato na europejskie puchary, ale najpierw trzeba zająć jedno z trzech miejsc w ekstraklasie i to jest cel, który stoi przed nami.

Brak pucharów to będzie Pana koniec w Lechu?

- Trzeba o to pytać prezesów. Ja założyłem sobie trzyletni plan w Lechu i chcę go wypełnić. Znam trenerów, u których pierwsze lata wyglądały słabo, a potem był duży postęp. To władze klubu podejmą decyzję, czy to, co robię - a to jest mój autorski projekt - idzie w dobrym kierunku.

Więcej o:
Komentarze (8)
Mariusz Rumak: Nie eksperymentuję z Lechem Poznań
Zaloguj się
  • kkskris

    Oceniono 53 razy -27

    zmarnowane dwa lata

  • wie1957

    Oceniono 26 razy 12

    te wieśniaki z wronek doprowadzą Lecha do ruiny a później dadzą nóżke

  • guciokks1987

    Oceniono 24 razy 12

    Kur.a wy ale jesteście debile zaszły sezon v-c mistrzostwo teraz jak narazie 4 zgadzam się ze chamuje potencjał drużyny ale najgorszy tez nie jest

  • odwlekacz

    Oceniono 73 razy 53

    Wszystko ładnie pięknie jest tylko jedno ale

    - nie zobaczy Pan Linettego jako najlepszego pomocnika ligi bo ów Linetty zostanie sprzedany natychmiast jak pojawi się kupiec ( obstawiam następne okienko)
    - nie zobaczy Pan Kamińskiego jako najlepszego stopera bo Rutkowski opie... go jak tylko niemiec położy pare euro na stole
    - zobaczy Pan Kędziorę jako doskonałego lewego obrońce ale w telewizorze. Wcześniek Rutkowski sprzedaz go za kilka groszy.

    Podsumowując. Zal mi Pana Panie Rumak bo Pana dobra praca jest marnowana przez nieudolny zarząd. Rutkowscy są w Lechu nie dla sukcesów, oni tu są aby zarabiać pieniądze. Zarabiać dla siebie, nie dla Lecha jak by ktoś miał wątpliwości.
    I jeszcze słówko apropos Rumaka. Moim zdaniem to najpelszy a już napewno najlepiej rokujący trener w lidze.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX