Trener Mariusz Rumak specjalnie dla POZNAN.SPORT.PL: Jak Lech wyciąga wnioski z tytułu z 2010 roku

- Naszym celem jest mistrzostwo Polski, ale na tym świat się nie kończy. Za rok znowu będziemy walczyli o tytuł i trzeba się już teraz do tej walki przygotować - mówi przed kluczowym dla losów tytułu meczem z Legią Warszawa trener Lecha Poznań Mariusz Rumak.
Radosław Nawrot: Kontuzję Aleksandra Tonewa przed meczem z Widzewem skutecznie ukrył pan przed światem. Teraz też pan ma coś do ukrycia przed Legią?

Mariusz Rumak: Za dużo do ukrycia nie mamy, ale rzeczywiście, jest kilka spraw, których nie chcielibyśmy ujawniać. Nie są to kwestie personalne, raczej sposoby rozwiązywania sytuacji na boisku.

Skoro szykuje pan nadzwyczajne rozwiązania, to znaczy, że mecz z Legią jest nadzwyczajny?

- Jest niezwykły pod każdym względem. Sama sytuacja, w której o tytuł walczą tylko te dwa zespoły, powoduje, że ich mecz jest niezwykły. Chociaż to nie turniej, mamy swego rodzaju finał. Oczywiście, pamiętam o tym, że są jeszcze potem trzy kolejki i może się w nich wiele zdarzyć.

Jak się wygrywa z Legią na Łazienkowskiej? Pan wygrał wiosną zeszłego roku.

- Pokonanie Legii na jej stadionie jest możliwe przy konsekwentnej realizacji taktyki, którą się założy. Nie może być od tego odstępstw, momentów zapomnienia i zagubienia. Tego nam zabrakło w Poznaniu, gdy przegraliśmy jesienią.

Zatem ma pan nauczkę po tym jesiennym meczu, w którym w pewnym momencie przegrywaliście już 0:3?

- Z każdej porażki płynie nauczka.

A jaka płynie w tym przypadku?

- Taka, że w przypadku meczu Lecha z Legią największe znaczenie ma przygotowanie psychologiczne i emocjonalne. Mam na myśli umiejętność wejścia w mecz z optymalnym pobudzeniem. Nie za słabym, nie za mocnym. Za słabe w tym przypadku nie wchodzi raczej w grę. Natomiast zbyt mocne pobudzenie może skutkować tym, co wydarzyło się w Poznaniu jesienią. Trzeba znaleźć dobry punkt, dobrą kondycję emocjonalną, aby mecz potoczył się jak należy. Z tego wynika dyspozycja dnia. Ona plus koncentracja to podstawa sukcesu.

Będzie to zatem mecz emocji?

- Jestem przekonany, że tak. Kto będzie te emocje kontrolował, ten pokaże więcej jakości. A to przełoży się na wynik.

Nie zaskoczyło pana to, że Legia nie ucierpiała na aferze drinkowej Danijela Ljuboji i Miroslawa Radovicia?

- Nie zwracam na to uwagi. Takie afery bowiem w futbolu się zdarzają. Niekiedy psują szatnie, niekiedy ją właśnie wzmacniają. Wybuch tej afery nie ma żadnego znaczenia, to wewnętrzna sprawa Legii Warszawa.

A pana piłkarze mogą pić alkohol?

- Najważniejsza dla mnie jest świadomość piłkarzy, więc jeżeli ktoś wypije lampkę wina z żoną, to wręcz jest to wskazane. Czuje się bowiem wtedy lepiej, jest zrelaksowany. Jeżeli wypijemy wspólnie jedno piwo po meczu, to też się nic nie dzieje. Natomiast jeżeli pojawia się moment, w którym zawodnicy zaczynają się zachowywać niesportowo, to wtedy wymaga to reakcji.

Pan kontroluje sportowy tryb życia swoich piłkarzy?

- Moja szatnia kontroluje się sama. Ja reaguję dopiero wtedy, gdy wiem, że coś jest nie tak. Na dzisiaj jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony z tego, jak piłkarze przygotowują się do zajęć, jak je realizują i wreszcie w jaki sposób wypoczywają. A to dobrze widać, kto jak się prowadzi. Mamy też zapisy w regulaminie - to też wskazówki na temat tego, jak piłkarz powinien postępować.

Niezwykła pogoń Lecha za Legią jest w tym sezonie dla wielu obserwatorów pewnym zaskoczeniem. Dla pana też?

- Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będzie to aż tak dobrze wyglądało. Nie zakładałem także, że na finiszu będą się liczyły tylko dwa zespoły, spodziewałem się większych przetasowań. Uznawałem wreszcie, że te 61-62 punkty wystarczy do mistrzostwa Polski. Już wiemy, że nie wystarczą, właśnie dlatego, że zostały w walce dwa zespoły.

To druga pańska wiosna z tak udaną pogonią za czołówką. Rok temu też tak było.

- To dwie różne sytuacje. Rok temu był moment zmiany trenera i moment, w którym chcieliśmy bardzo grać w europejskich pucharach wiedząc, że po sezonie sporo zawodników odejdzie. Wtedy było przed przebudową, a teraz jest po niej. Wówczas było sporo wątpliwości co do stylu, tego, jak drużyna sobie poradzi. Teraz widzę, jak zespół rośnie. Latem wolałem poczekać pół roku na dobrego zawodnika, niż kupować piłkarzy, do których nie jesteśmy do końca przekonani. To dlatego nie sprowadziliśmy zawodników na pozycje 9 i 10. Podjąłem ryzyko, wolałem poczekać.

Pracowałem wtedy nad innymi elementami gry, szukałem rozwiązań bez wykorzystywania tych nieobsadzonych pozycji. To nam na szczęście przyniosło punkty. I prawdą jest, że niekiedy były one szczęśliwe.

Przyszli nowi zawodnicy, a ci, którzy pracowali ciężko, rozwinęli się. Dlatego teraz wygląda to nieźle, przyznaję. Mamy jednak cztery mecze do końca i zobaczymy, jak się sezon skończy. Nie mam na myśli wyniku, ale właśnie rozwój zespołu. Do tej pory osiągnęliśmy bowiem 60-70 proc. tego, co z tym zespołem da się osiągnąć.

Tylko?

- Tak. Kolejne rzeczy są do zrobienia już latem. Dojdą kolejni piłkarze, powstanie grupa 20 rywalizujących ze sobą zawodników, którzy potrafią stworzyć dobry zespół i dobre widowisko.

Nie wiem, jak skończy się ta rywalizacja z Legią, w której na pewno mamy srebrny medal, a chcemy mieć złoty. Jednakże czas nie kończy się wraz z końcem sezonu. Będziemy reprezentować Polskę w rozgrywkach międzynarodowych.

Teza, że mistrzostwo Polski nie jest celem samym w sobie, może zabrzmieć jak herezja.

- Celem jest mistrzostwo Polski, jasne, że tak. Usiłuję powiedzieć, że na nim świat się nie kończy. Muszę pamiętać o tym, że za rok znowu będziemy walczyli o tytuł i znowu będziemy potrzebowali ponad 60 punktów, żeby je zdobyć. Trzeba się na to przygotować.

Chcemy być mistrzem, ale jeżeli - odpukać - nie będziemy, wtedy musimy dobrze wypaść w europejskich pucharach i w następnym sezonie ligowym, a nie lamentować. Zespół musi grać jeszcze lepiej. Mam na myśli przygotowanie młodych zawodników z Akademii Lecha i wzmocnienie tego składu o 2-3 nowych piłkarzy. Tak naprawdę na to lato nowych graczy już wybraliśmy. Decyzje zapadły, teraz już trwają negocjacje. Teraz planujemy już to, co może wydarzyć się zimą, a nie latem. Budowanie drużyny polega na wyprzedzaniu przyszłości, na planowaniu. Komu się kończy kontrakt, kto do tej drużyny może dojść zimą - odpowiedzi na takie pytania szukamy już teraz. Choćby dlatego, że każdy zawodnik, który do nas przychodzi, potrzebuje kilku miesięcy, żeby wejść do drużyny. To jest przyczyna, dla której Gergo Lovrencsics czy Łukasz Trałka lepiej wyglądają w tej rundzie niż jesienią.

Żeby coś takiego planować, trzeba mieć w Lechu duże zaufanie władz. Pan je ma?

- A czy zauważył pan, że ten zespół nigdy nie przegrał dwóch meczów z rzędu? Ja wiem, że kiedyś może przegrać, że przyjdą trudne chwile, bo w sporcie taka sinusoida jest normalna. Pytanie, co wtedy? Czy wszyscy wytrzymamy w naszych postanowieniach? Siłą zespołu nie są dobre relacje wtedy, gdy się wygrywa.

Dzisiaj mam poparcie władz Lecha, czuję je. Zresztą ja tutaj mam zamiar pracować tak, jakbym miał być trenerem przez 10 lat, chociaż kontrakt za dwa lata wygaśnie. Myślę w ten sposób, bo nie chcę zostawić spalonej ziemi. Nawet jeśli ja kiedyś odejdę, przekażę wszystko następcy.

Historia FC Porto, które w Portugalii goniło Benficę Lizbona, aż ją dogoniło jest inspiracją dla Lecha w rywalizacji z Legią?

- Rzeczywiście, jest wiele analogii. Benfica to klub stołeczny, FC Porto nawet barwy ma podobne do Lecha, dlatego się uśmiecham, gdy o tym słyszę. Analogie są, ale wolę ich nie przenosić na nas bezpośrednio. Lech jest Lechem, nie jest FC Porto ani żadnym innym zespołem. Patrzmy na siebie. Dlatego, gdy pyta się nas o Legię, to o niej nie mówimy. Bo chcemy rozwijać siebie, a nie oglądać się na innych.

Kiedy Legia ruszyła zimą z ofensywą transferową, irytowało to pana?

- Tylko w jednym momencie, gdy ofertę od niej otrzymał Bartek Bereszyński. Pamiętajmy o tym, w jakim to było momencie. Byliśmy w środku okresu przygotowawczego. Ilu prezesów wytrzymałoby tyle porażek, ile wytrzymali prezesi Lecha? Z trenerem, których ich zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą, jak ja? Na to wszystko Legia rozpoczyna ofensywę. A prezesi Lecha to wytrzymali...

Prezes Jacek Rutkowski ma swoje zdanie i rzadko je zmienia.

- Dlatego dobrze mi się z nim pracuje, bo ja też mam swoje zdanie. I wszystko jest w Lechu jasno określone, kto co myśli i co uważa. A prezes zadaje mi niekiedy trudne pytania.

Jakie na przykład?

- No na przykład dociekał latem, czy dwutygodniowy okres przygotowań nie jest za krótki. Ja odpowiadałem, że nie, bo pierwszy tydzień zawodnicy przepracują we własnym zakresie, w domu. On nie był pewien, czy w Polsce można tak zaufać zawodnikom. Ja to rozumiem, to wahanie - młody trener, na dorobku jak ja i jeszcze na dodatek idealista, który ufa piłkarzom! Okazało się, że warto było zaufać.

Liga coraz bardziej przypomina rywalizację nie tylko dwóch drużyn, ale dwóch koncepcji budowy klubów.

- Lech i Legia od strony sportowej i organizacyjnej są wiodące w Polsce. Nie znam organizacji wszystkich klubów, ale my doszliśmy wreszcie w Lechu do momentu, w którym możemy mówić o systemie. Chcę doprowadzić do sytuacji, w której będziemy powtarzalni i mieli sposób grania we wszystkich drużynach, od najmłodszych. Dlatego spotykam się ze wszystkimi trenerami Lecha. Jeśli uzyskamy tę powtarzalność, musimy pójść do przodu jako klub.

Chodzi o to, by Lech nie był już budowany, ale przebudowywany. Aby odejście jednego zawodnika nie burzyło planu. Ważne jest bowiem nie tylko, kto do nas przychodzi, ale i kiedy przychodzi. Chcemy, aby zawodnicy czuli, że się z nimi rozmawia, a nie tylko komunikuje im postanowienia.

To są wnioski, które Lech wyciąga po złym skonsumowaniu mistrzostwa z 2010 roku?

- Myślę, że tak. Wyprzedzamy kolejny sezon, myślimy o nim.

Jak jednak, wobec tego co pan mówi, patrzeć na przypadek Bartosza Bereszyńskiego, który odszedł z Lecha do Legii z żalem i w poczuciu, że tu był niechciany? Zaniedbał go pan?

- Wydawało mi się, że sygnał w postaci występu w 13 z 15 rozegranych meczów jest wystarczający. Rozmowy o tym, że widzę go jako napastnika i indywidualna praca z Bartkiem były jednoznaczne, iż szykujemy dla niego miejsce. Być może te sygnały zostały niedobrze zrozumiane, być może potrzebował komunikatu jaśniejszego: słuchaj, dostaniesz propozycję takiego i takiego kontraktu.

Jest pan na niego zły?

- Na początku był żal, ale Bartek Bereszyński na zawsze pozostanie moim zawodnikiem. Doskonaliłem jego umiejętności, pracowałem z nim. Zostanie w moim sercu. W Warszawie potraktuję go jak każdego innego zawodnika Legii.

A na agresję kibiców wobec niego co pan powie?

- Każda forma agresji budzi u mnie sprzeciw, ale mamy w Poznaniu tak wielu kibiców, niemal fanatycznych, że nie można było się spodziewać czegoś innego. Na agresję jednak się nie godzę.

Kiedy prezes Legii Bogusław Leśnodorski pyta: "A kim pan jest, panie Rumak, i co pan właściwie osiągnął", to co pan odpowiada?

- Nie osiągnąłem zbyt wiele, to prawda. W futbolu seniorskim to awans do europejskich pucharów i czwarte miejsce. W Poznaniu nie jest to dobry wynik. Pracowałem jednak krótko. Dzisiaj mam średnią powyżej dwóch punktów na mecz i w tym roku jesteśmy minimum wicemistrzem Polski. W Polsce trenerów, którzy zdobyli mistrzostwo, jest niewielu. Odpowiadam więc: "Jestem trenerem, który jeszcze nie zdobył mistrzostwa Polski, jak wielu innych, ale mam wysoką średnią punktową".

Czy mecz z Legią można wygrać także w mediach?

- Nie można i nie chcę tak robić. Nie prowadzę żadnej gry, choć wiem, że wielu mnie o nią posądza. Niekiedy tylko zwracam uwagę na rzeczy, które mają wpływ na wynik spotkania, np. terminarz. Jest bowiem różnica w sytuacji, gdy piłkarz gra mecz w piątek i ma wolny weekend, który może spędzić z rodziną, a sytuacją, gdy gra później i ma wolne we wtorek, środę, gdy rodzina idzie do pracy. Uważam, że niekiedy wypoczynek jest ważniejszy od treningu, a regeneracja mentalna ważniejsza od regeneracji fizycznej, dlatego o to walczyłem.

To jednak pan najczęściej wypowiada się w mediach ze strony Lecha?

- Wypowiadam się, bo ludzie muszą wiedzieć, co się dzieje w klubie. Praca trenera to także komunikacja. Dziennikarze chcą przekazać informacje, zadają pytania, więc moim obowiązkiem jest odpowiadać. Nie czuję się jednak z tym dobrze i wolałbym wypowiadać się tylko na boisku.

Wolałby pan przed Legią milczeć?

- Wolałbym, ale w takim klubie jak Lech i przed takim meczem to zupełnie nierealne.

O SŁOWACH TRENERA DYSKUTUJEMY NA FACEBOOKU - ZAPRASZAMY