Szaleńcze ataki w drugiej połowie, ale Lech Poznań tylko zremisował 0:0

W drugiej połowie ten mecz przybrał już jakąś formę szaleństwa. Lech Poznań wściekle atakował, oblegał, szarpał. Miał na boisku wszystkich niemal napastników, uderzał z trzech, czterech metrów, narażał się na kontry. Zostało 0:0 - znów bez wygranej.
Tylko przed meczem mogło się wydawać, że seria kolejnych przegranych u siebie meczów została już przez Lecha Poznań doprowadzona do takich rozmiarów, iż musi nadejść jej kres. Żadne inne pokolenie piłkarzy i kibiców "Kolejorza" nie pamięta bowiem takiej passy - by fan z biletem czy karnetem nie mógł doczekać się choćby remisu w Poznaniu od tylu spotkań! Legenda Lecha Mirosław Okoński przed meczem w bardzo grubych słowach nazwał tę sytuację kpiną w biały dzień, a nawet sam trener lechitów Mariusz Rumak uważał, że kibice - wciąż liczni na Bułgarskiej - na to nie zasługują.

Zatem wydawało się, że dłużej już tak nie można, że dość i że wreszcie trzeba wygrać, z ostatnim w końcu zespołem ekstraklasy. Gdy jednak mecz się rozpoczął, okazało się, że to nie jest aż takie trudne, by jeszcze ja wydłużyć. GKS Bełchatów miał w bramce niesamowitego i niepokonanego Litwina Emilijusa Zubasa, bynajmniej nie ustawił w polu karnym żadnego autobusu pełnego obrońców, lecz sensownie wyprowadzał piłki. Był nawet taki moment, iż to Lech musiał grać z kontry, jednakże kilka takich okazji do wyprowadzenia szybkiego ataku zmarnował. I to mimo że trener Mariusz Rumak postawił na szybkość Aleksandara Tonewa, który gwałtownymi przyspieszeniami miał rozrywać szyki rywali. Postawił także na Łukasza Teodorczyka w ataku, co wzbudziło po ogłoszeniu składów przed meczem wiele dyskusji chociażby w internecie. Oto krytykowany, niekiedy wręcz wyśmiewany Bartosz Ślusarski, który jednak dał Lechowi mnóstwo bramek i liczył się w walce o koronę króla strzelców, usiadł na ławce. Łukasz Teodorczyk natomiast po raz pierwszy wyszedł do gry w Lechu od pierwszej minuty.

Siłę ofensywną Lecha uzupełniał Fin Kasper Hämäläinen, który w 37. minucie miał najlepszą okazję bramkowa, jaką stworzył Lech. Właśnie po akcji dynamicznego Aleksandara Tonewa, który dobiegł z piłką aż do linii końcowej. Tam skręcił i i wyłożył ją Finowi. Obronną ręką z tej sytuacji wyszedł... litewski bramkarz.

Mecz i gra nie zachwycały widzów. Bełchatowianie tracili piłki w środku pola, Lech je odzyskiwał, po czym wdawał się bardziej w solowe pojedynki z rywalami niż w konstruowanie zespołowych akcji. Tempo się rwało, piłka plątała między nogami, efektu ani goli nie było.

Gdy zatem trener Mariusz Rumak postanowił zdjąć z murawy Szymona Drewniaka i wpuścić Gergo Lovrencsicsa, trwająca od 4:0 z Piastem Gliwice passa meczów bez wygranej urosła do czterech i pół.

Piski wielu dziecięcych głosów (na mecz przyszły za darmo gimnazja i kilka tysięcy ich uczniów) oznaczały, że drugą połowę wzmocnieni Węgrem lechici rozpoczęli z impetem. Nadzieje na gola wzrosły tak jak napór poznaniaków. Wyraźnie siadła gra rywali, którzy przed przerwą nie sprawiali wrażenia przytłoczonych determinacją Lecha. Teraz GKS Bełchatów znalazł się pod bardzo dużym ostrzałem.

W 57. minucie Lech błyskawicznie wyszedł ze swojej połowy. Z przejętą piłką popędził Kasper Hämäläinen, posłał na dobrą pozycję Gergo Lovrencsicsa. Ten wbiegł w pole karne, uderzył i... Litwin! Znowu ten Litwin - tym razem obronił nogami. Po rzucie rożnym Łukasz Trałka posłał piłkę w poprzeczkę, zatem 21 tys. 953 widzów miało co przeżywać.

Gergo Lovrencsics wniósł sporo ożywienia w grę, ale nieskuteczność wciąż pokutowała. W 66. minucie Kebba Ceesay aż chwycił się za głowę, gdy... nie trafił w piłkę pod bramką w bardzo dogodnej sytuacji. Za chwilę łapali się widzowie, gdy przy kolejnej okazji i dwóch kolegach z Lecha w polu karnym posłał piłkę do jakiegoś wyimaginowanego trzeciego. A już zupełnie powiało grozą, gdy po rzucie rożnym dla GKS Bełchatów i strzale Macieja Wilusza dopiero refleks stojącego na linii Karola Linettego spowodował, iż poznaniacy nie stracili bramki. Tak jak po interwencji Jasmina Buricia w 78. minucie.

Druga połowa mogła bezdyskusyjnie należeć do Gergo Lovrencsicsa, który w 72. minucie dostał dość przypadkową piłkę w polu karnym i uderzył z bliska. Poprzeczka, odbicie od linii czy też właściwie tuż przed nią - naprawdę niewiele zabrakło wtedy do gola.

Mariusz Rumak zdjął Łukasza Teodorczyka i wpuścił na ostatnie minuty Piotra Reissa, który 15 lat temu strzelał w ostatnim wygranym dotąd meczu Lecha z GKS Bełchatów w Poznaniu. Mało tego, wszedł także Bartosz Ślusarski. Wszystkie karty zostały rzucone na stół. Oblężenie bramki trwało.

Piotr Reiss mógł zdobyć swoją upragnioną bramkę i jednocześnie dać wygraną Lechowi w tym meczu. Uderzał może z trzech metrów - trafił w bramkarza. Podobnie zresztą Bartosz Ślusarski - u niego strzał był oddany także z podobnej odległości. I też w tego niezwykłego Litwina.

"Kolejorz" tego meczu także nie wygrał, a publiczność - mimo całego wysiłku piłkarzy w drugiej połowie - zareagowała gwizdami. Fatum nie zostało bowiem zdjęte.

Czy Lech dogoni Legię?