Lech Poznań zaczął negocjacje z miastem w sprawie stadionu. Ściśle tajne

Miasto rozpoczęło z Lechem Poznań rozmowy o zmianach w umowie na zarządzenie stadionem przy ul. Bułgarskiej. Czy do utrzymania piłkarskiej areny klub rzeczywiście musi dokładać?
Lech Poznań i jego spółka córka Marcelin Management przejęły zarządzanie stadionem od miasta. Mogą na nim zarabiać, ale każdego roku muszą płacić miastu 3,1 mln zł. Przed miesiącem miasto poinformowało, że klub chce zmienić warunki umowy.

Urzędnicy sugerowali, że Lech chce szukać oszczędności, bo utrzymanie stadionu kosztuje go więcej, niż zakładano. Przypuszczali też, że klub będzie się domagał obniżki czynszu. Publicznie żadne postulaty jednak nie padły.

Rozmowy ściśle tajne

Negocjacje już się rozpoczęły. Miasto reprezentują zespół sześciu pracowników Poznańskich Ośrodków Sportu i Rekreacji i przedstawiciel wydziału sportu. Na razie odbyły się dwa spotkania. - Strony wykazały wolę prowadzenia rozmów, zobowiązały się do przedłożenia niezbędnych dokumentów - mówi nam szef POSiR Ryszard Żukowski. Podkreśla, że rozmowy mają wstępny charakter i trudno ocenić, kiedy się zakończą. Nie chce też zdradzić, jakich dokładnie zmian w umowie domaga się Lech. - Ustaliliśmy z klubem, że nie będziemy informować o szczegółach negocjacji - ucina.

Rozmowy są tak tajne, że szef POSiR nie chce nawet podać nazwiska urzędnika, który stoi na czele zespołu reprezentującego miasto.

O kłopotach Lecha na stadionie informowaliśmy w "Gazecie" trzy miesiące temu. Ujawniliśmy, że klub zalega miastu z czynszem, a miasto kredytuje Lecha, płacąc za niego rachunki za prąd, wodę i ogrzewanie na stadionie. Przed miesiącem zaległości Lecha wobec miasta sięgnęły 2 mln zł. Obecnie, jak dowiadujemy się w POSiR, wynoszą 1,5 mln zł. A to nie wszystko: od tego roku Lech miał zacząć dzielić się z miastem przychodami z imprez na stadionie. Nie wiadomo, czy zechce negocjować zmianę także tego zapisu.

Legia sobie radzi

Kartą przetargową Lecha mają być przykłady innych miast, które budowały stadiony na Euro 2012. We Wrocławiu, po zerwaniu współpracy z amerykańskim operatorem stadionu, zarządzanie nim przejęła miejska spółka. Podobnie jest w Gdańsku. - Rzeczywistość zweryfikowała założenia - mówił nam rzecznik Lecha Bartosz Skwiercz.

Takim argumentem zaskoczony jest Krzysztof Sachs z firmy doradczej Ernst&Young, współautor raportu "Ekstraklasa piłkarskiego biznesu". Tłumaczy, że w Gdańsku to miastu zależało na przejęciu od klubu zarządzania stadionem. A we Wrocławiu miejscowy klub Śląsk nawet nie dostał szansy zarządzania areną. - Tymczasem przykład Legii Warszawa pokazuje, że klub piłkarski może zarządzać stadionem skutecznie, z bardzo dobrymi wynikami - przekonuje.

Sachs tłumaczy, że Legii udało się skomercjalizować stadion: sprzedała prawo do jego nazwy i loże dla VIP-ów. - Zamiast organizować koncerty, wynajmuje pomieszczenia na bankiety, konferencje. A powierzchni wcale nie ma wiele - mówi.

Sachs idzie jeszcze dalej: - Jeśli prawdziwe są informacje, że Lech dokłada do stadionu, to muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Bo frekwencja na trybunach nie była tak zła, a dochody ze sprzedaży biletów, karnetów i loży tak małe, by nie zarobić na czynsz.

Sachs przedstawia też własną interpretację: - Możliwe, że Lech chce renegocjować umowę, by płacić mniej, wykorzystując atmosferę, jaka ostatnio wytworzyła się wokół stadionów. Zewsząd słychać, że nie da się na nich zarabiać, że przynoszą tylko straty.

Moda na stadiony minęła

W rozmowie z "Gazetą" Krzysztof Sachs tłumaczy też, skąd bierze się rozczarowanie stadionowym biznesem: - Z przecenienia dochodowości dużych, spektakularnych imprez. Wszyscy spodziewali się, że po Euro 2012 będzie ich mnóstwo. Tymczasem duże stadiony nie żyją z wielkich imprez, lecz z piłki nożnej. Nie ma w Polsce tylu koncertów wielkich gwiazd, by zapełnić wszystkie stadiony, jakie wybudowaliśmy w ostatnich latach.

Problemem Lecha Poznań jest też niesprzedanie prawa do nazwy stadionu. Miasto miało dostać z tego 30 proc., ale nie mniej niż milion złotych rocznie. Dla przykładu: w Gdańsku spółka energetyczna PGE zapłaciła za pięcioletnie prawo do nazwy stadionu aż 35 mln zł. Legia Warszawa sprzedała takie prawo koncernowi Pepsi na trzy lata za 18 mln zł. Wystarcza to na pokrycie 3,7 mln zł czynszu, jaki co roku Legia płaci miastu.

- Niestety, dzisiaj atmosfera nie sprzyja już takim transakcjom. Moda na stadiony minęła, rynek jest trudniejszy i ciężko o znalezienie sponsora - mówi Sachs.

Najlepszy moment na sprzedanie nazwy poznańskiego stadionu, zdaniem Sachsa, był dwa lata temu, gdy żyliśmy przygotowaniami do Euro 2012. Zysk z tego tytułu w całości pokryłby czynsz, jaki Lech płaci miastu za wynajem stadionu. - Ale wtedy miasto nie było jeszcze gotowe do podpisania umowy z klubem. I, niestety, przespanie tego momentu trochę się dzisiaj mści - mówi Sachs.