Lech Poznań - Polonia Warszawa 0:1. Nieudany skok Kolejorza na fotel lidera

Lechici grali na swoim boisku o niebo lepiej niż jesienią, mimo to przegrali - po raz czwarty z rzędu
Po zwycięstwie 4:0 w Chorzowie na otwarcie rundy wiosennej piłkarze Lecha Poznań mówili, żeby z tego wyniku nie wyciągać pochopnych wniosków. - Z Polonią będzie trudniej - zapowiadali.

Nie wiadomo, ile było w tych słowach kurtuazji, ile strachu przed powrotem na Bułgarską, przy której tak im w tym sezonie nie idzie, a ile realnego spojrzenia. Może sami czuli, że to raczej kiepskie wyniki zimowych sparingów więcej mówią o formie na początku rundy niż jedna, nawet bardzo efektowna wygrana, odniesiona w meczu, w którym wszystko układało się po myśli "Kolejorza".

W piątkowy wieczór wydarzenia na boisku przebiegały tak, jakby scenariusz układał trener gości Piotr Stokowiec. Według jego planu trzech bardzo szybkich graczy miało nękać obronę Lecha. W 5. min Miłosz Przybecki (wychowanek wielkopolskiego Asa Czempiń) wyprzedził kilku lechitów, ale w polu karnym szybszy od niego był Jasmin Burić.

Zaledwie minutę później poznański bramkarz był już jednak za bardzo wysunięty i Łukasz Piątek pokonał go pięknym strzałem pod poprzeczkę. Asystę przy golu zaliczył Kebba Ceesay, ale też żaden z lechitów nie asekurował czarnoskórego obrońcy.

Lech, który przed meczem musiał dźwigać ciężar trzech kolejnych porażek w roli gospodarza, teraz dostał dodatkowy bagaż. Miał wygrać mecz, w którym jako pierwszy stracił bramkę. Taka sztuka nie udała się jeszcze lechitom za rocznej już kadencji trenera Mariusza Rumaka.

Nie można powiedzieć, że Lech w starciu z wycofaną Polonią był bezradny. Bardzo aktywny był Aleksandar Tonew, ale zbyt często grał według zasady: jeden przechwyt równa się jedna strata.

Wiele piłek poznaniacy kierowali do Kaspera Hämäläinena, bo bardzo wartościowy to piłkarz. Ale nawet Fin w parze z Bartoszem Ślusarskim nie mieli większych szans w polu karnym, gdy musieli tam walczyć z czterema-pięcioma rywalami. Jeśli dołożymy do tego kiepskiej jakości pressing na przeciwnika, to okaże się, że Lech nie miał wielu atutów w starciu z Polonią, której trener uznał, że przy potężnych stratach kadrowych drużyny najlepiej odwołać się do catenaccio. I to takiego w najlepszym wydaniu - drużyn legendarnego Helenio Herrery.

"Kolejorz" mógł jeszcze liczyć na niesolidnego bramkarza Polonii. Mariusz Pawełek źle wprowadzał piłkę do gry i dzięki zaangażowaniu Bartosza Ślusarskiego niezłą szansę miał Aleksandar Tonew. Z boku pola karnego trafił jednak piłką w poprzeczkę.

Trudno mieć do lechitów pretensje za drugą połowę. Zrobili wiele, by chociaż na jeden dzień wyprzedzić Legię Warszawa i zasiąść w fotelu lidera ekstraklasy. Przyspieszyli grę, wyeliminowali długie podania, na rzecz tych krótkich, szybkich. Trener Mariusz Rumak zmienił ustawienie zespołu - zdjął bezproduktywnego w środku pola Szymona Drewniaka i wzmocnił skrzydła.

W efekcie "Kolejorz" miał dobre pół tuzina okazji do tego, by posłać piłkę do siatki. Nie idealnych, wymarzonych, ale dobrych, w których jednak Łukasz Trałka, Bartosz Ślusarski czy Kasper Hämäläinen uderzali obok bramki, a Vojo Ubiparip czy Rafał Murawski - w Mariusza Pawełka.

W doliczonym czasie gry Luis Henriquez dośrodkowując posłał piłkę w poprzeczkę bramki, a przecież kiedyś w Kielcach w podobnych okolicznościach zdobył wyrównującego gola.

Cóż, to nie był szczęśliwy wieczór dla gospodarzy...