Sport.pl

Lech Poznań w Hiszpanii szuka formy i... piłki

Zakrojoną na szeroką skalę akcją szukania... piłki w krzakach zakończył się wtorkowy przedpołudniowy trening Lecha Poznań na zgrupowaniu w hiszpańskiej Esteponie
Boisko, na którym w Hiszpanii trenują lechici, znajduje się kwadrans drogi z hotelu, w którym mieszkają. Na terenie kompleksu Dona Julia znajdują się dwa doskonale przygotowane place do gry, z czego jeden jest do wyłącznej dyspozycji poznaniaków.

Budowa boisk pochłonęła zapewne mnóstwo sił i środków. Murawy położono bowiem w pagórkowatej, wręcz górzystej okolicy, na której znalezienie dwóch sporych płaskich miejsc było po prostu niemożliwe. By zbudować boiska, trzeba było "ściąć" fragment góry i "zasypać" część doliny.

Jakby tego było mało, tuż obok przebiega autostrada - niezbyt ruchliwa, bo płatna. A w kryzysie, który zwłaszcza południe Hiszpanii dotknął bardzo mocno, miejscowi oszczędzają i wybierają niewiele gorszą, niemal równoległą drogę ekspresową.

W krzakach rosnących wokół boiska Lecha zawieruszyła się jedna z ponad 20 piłek używanych przez piłkarzy podczas treningu. O machnięciu ręką i pozostawieniu jej wśród andaluzyjskich wzgórz nie mogło być mowy, więc opiekujący się klubowym sprzętem Eugeniusz Głoziński zarządził poszukiwania. W krzaki udało się kilku piłkarzy "Kolejorza", piłki nie znaleźli - okazało się, że leżała ona z... drugiej strony boiska. - Brawo Olek! - krzyknął do jej znalazcy Aleksandra Wandzela trener Mariusz Rumak.

Wcześniej lechici przeprowadzili 1,5-godzinne zajęcia. Pogoda była wspaniała - blisko 20 stopni i pełne słońce zachęcały do ćwiczeń. Piłkarze byli podzieleni na dwie grupy. W pierwszej przeważali ci gracze, którzy dzień wcześniej grali więcej niż połowę w meczu z Dinamem Bukareszt - oni grali w siatkonogę i trenowali mniej intensywnie. Drugiej grupie więcej czasu poświęcał trener Rumak. Główną część zajęć stanowiła symulacja ataku i wykończenie go strzałem. - Robimy to po to, by potem w meczu nie było tak, że wykorzystujemy tylko jedną na 10 sytuacji - tłumaczył szkoleniowiec piłkarzom. W rolę obrońców wcielili się m.in. młodzi bramkarze Aleksander Wandzel i Karol Szymański, atakowali m.in. Mateusz Możdżeń, Michał Jakóbowski, Karol Linetty, Szymon Drewniak, Vojo Ubiparip i Kasper Hamälaäinen. Fin ćwiczył jeszcze nieco mniej intensywnie, a po treningu okładał sobie kolano lodem.

- Teraz gramy o 50 pompek! - krzyknął trener Rumak przed ostatnim takim symulowanym atakiem. Jeśli padłby w nim gol, pompować mieli obrońcy. Jeśli nie - atakujący. Atak trwał kilkanaście sekund, Krzysztof Kotorowski wyłuskał piłkę spod nóg Szymona Drewniaka i dodatkową gimnastykę mieli gracze ofensywni.

Przez całe zajęcia osobno ćwiczył dochodzący do pełnej sprawności po operacji kolana Manuel Arboleda. Dookoła boiska truchtali też doświadczeni Ivan Djurdjević (z nim biegał kierownik drużyny Dariusz Motała) i Piotr Reiss. Z masażystą pracował też cierpiący na drobny uraz Patryk Wolski.

Lech nie ma w planach rozegrania dodatkowego sparingu, poza meczami w ramach Marbella Cup. Kolejne spotkanie odbędzie się zatem w czwartek o godz. 11, a rywalem będzie Rapid Bukareszt. Porażki z Dinamem nie traktuje się w ekipie Lecha jakoś bardzo poważnie. - To są mecze kontrolne i na dobrą sprawę nie wynik jest w nich istotny - mówi kierownik drużyny Dariusz Motała. Najwięcej powodów do radości miał Piotr Reiss, który strzelił Rumunom swoją pierwszą bramkę od momentu powrotu do Lecha w sierpniu ubiegłego roku. - To był stały fragment gry, ale bardzo się cieszę z gola - mówił po meczu.

Więcej o: