Aż 0:3 u siebie ze Śląskiem Wrocław! Kibice: ''Na Rumaku do B-klasy''.

Najczarniejsze wróżby nie zakładały, że Lech Poznań przegra aż 0:3 z pokłóconym i przeciętnym Śląskiem Wrocław. Na trybunach ultrasi gonili się ze stewardami, a mecz był przerywany przez dym z rac
"Andrzejkowe lanie Śląska" - takim hasłem poznański klub zapraszał swoich kibiców na mecz z mistrzem Polski. Lanie dostał Lech, wrocławianie wygrali wysoko i zasłużenie.

- Zagramy przed publicznością, która od dwóch meczów nie widziała naszego zwycięstwa. Chcemy wygrać i zdobyć komplet punktów do końca roku - mówił przed spotkaniem obrońca Lecha Poznań Hubert Wołąkiewicz. Temat ostatnich dwóch spotkań na własnym terenie i tak ujął delikatnie, bo Kolejorz w nich nie tylko nie wygrał, ale z Jagiellonią Białystok i Legią Warszawa nie zdobył ani jednego punktu. Po wygranej z Podbeskidziem w Bielsku-Białej tym razem jednak wydawał się faworytem. Wrocławianie przegrali bowiem trzy z pięciu ostatnich spotkań, a tydzień temu roztrwonili kolosalną przewagę trzech goli i tylko zremisowali z "Jagą". Przeciw poznaniakom zagrali jednak jak profesorowie z uczniami. Uczynili Lecha chyba jeszcze bardziej bezradnym, niż był on w starciu z Legią.

"Kolejorz" zadziwiał ospałością - zarówno nóg, jak i głów. Do zliczenia niecelnych podań poznaniaków brakowało palców - dłoni i stóp. Śląsk po pierwszej połowie prowadził po golu głową Cristiana Diaza, który nic sobie nie zrobił z towarzystwa Luisa Henriqueza, Kebby Ceesay i Krzysztofa Kotorowskiego (zastępował w bramce kontuzjowanego Jasmina Buricia). Do przerwy lechici oddali tylko dwa strzały - celne, ale słabe.

Trener Mariusz Rumak przed drugą połową zrobił dwie zmiany, poznaniacy początkowo ruszyli do ataku, ale strzelali wysoko w trybuny. Kibice ryknęli "Chcemy zwycięstwa, Kolejorz, chcemy zwycięstwa", a potem zaprezentowali oprawę, której elementem było odpalenie rac. Nim dym opadł (wtedy jeszcze sędzia nie przerywał gry), Lech przegrywał już trzema golami. Oba strzały rywali były naprawdę efektowne - najpierw najlepszego na boisku Waldemara Soboty, potem Piotra Ćwielonga. Było 0:3, jak z Legią dwa tygodnie wcześniej.

Później więcej działo się nie na boisku, a wokół niego. Najpierw zasłabł czeski trener Śląska Stanislav Levy , który na szczęście po wizycie w punkcie medycznym wrócił przed ławkę zespołu. Potem swoje zdanie o aktualnym szkoleniowcu Lecha wyraziła najgłośniejsza część poznańskiej publiczności, która skandowała "Na Rumaku do B-klasy!". W końcu na pustej trybunie nad "kotłem" doszło do przepychanek kibiców z obsługą meczu. Górą byli ci pierwsi, którzy po chwili rozwinęli kolejną tego dnia gigantyczną płachtę z obrazkiem. Towarzyszyła temu kolejna, największa porcja czerwonych rac, która po chwili spowiła boisko szarym dymem. Z tego powodu w 82. minucie sędzia przerwał na spotkanie. Bramkarz Krzysztof Kotorowski, za którego bramką odpalono race, zasłaniał twarz koszulką, by nie nawdychać się dymu.

Poznański klub niechybnie zostanie ukarany za te incydenty przez komisję ligi. Przegrana ze Śląskiem była dla Lecha trzecią z rzędu na własnym stadionie.

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 0:3 (0:1)

Bramki: 0:1 Diaz (21.), 0:2 Sobota (55.), 0:3 Ćwielong (57.)

Lech: Kotorowski - Ceesay, Kamiński, Wołąkiewicz (75. Djurdjević Ż), Henriquez - Trałka, Murawski - Lovrencsics, Drewniak (46. Możdżeń Ż), Tonew (46. Bereszyński) - Ślusarski.

Śląsk: Kelemen - Pawelec, Kowalczyk, Jodłowiec, Socha - Elsner, Kaźmierczak - Ćwielong Ż (85. Garyga), Mila Ż, Sobota - Diaz.

Sędziował Paweł Gil z Lublina

Widzów: 18794