Lech Poznań znów stracił punkty u siebie. 0:2 z Jagiellonią Białystok

Przez ćwierć wieku, czyli od początku swej gry w ekstraklasie, Jagiellonia Białystok nie była w stanie zdobyć w Poznaniu z Lechem choćby punktu. Passa została przerwana w chwili, gdy Kolejorz znajdował się w czołówce ligi. Po słabym, pełnym irytujących niedokładności meczu nieoczekiwanie uległ jej u siebie 0:2.
Nie ma drugiej takiej drużyny jak Jagiellonia Białystok, która miałaby tak fatalny bilans w starciach z Lechem w Poznaniu. Nie tylko nigdy tu nie wygrała, ale nawet nie zremisowała, a wiele jej gier - niezależnie od składu i trenera - kończyło się wysokimi przegranymi. Trudno wierzyć w jakieś fatum, ale jakakolwiek wpadka Kolejorza nie tylko kosztowałaby go bezcenne w walce o pozycję lidera punkty, ale także zepsułaby ten najbardziej okazały bilans, jaki ma w starciach z rywalami z ekstraklasy.

A na taka wpadkę się zanosiło, bowiem tak szybko jak Lech strzelił gola w ostatnim meczu z Zagłębiem w Lubinie, tak teraz szybko gola stracił. A nawet o kilkadziesiąt sekund szybciej. Rzut wolny po faulu Luisa Henriqueza niemal na linii pola karnego Lecha od początku wyglądał groźnie. Dawid Plizga uderzył, piłka otarła się o kogoś, zmieniła lot, zmyliła Jasmina Buricia, który nie był w stanie już przeszkodzić Michałowi Pazdanowi, pędzącemu, by ją dopchnąć do siatki. Jagiellonia zamiast zbierać tradycyjny łomot w Poznaniu objęła prowadzenia, a ta sytuacja była bardzo korzystna dla trenera Tomasza Hajty i jego drużyny.

Białostoccy piłkarze byli odtąd nastawieni na rozbijanie ataków Lecha i to dość głęboko na swojej połowie. Z racji wielu błędów i niedokładności poznaniaków czuli się tam dość pewnie i nawet gdy dostawali piłkę na kontry - a to się regularnie zdarzało - nie szturmowali pola karnego Kolejorza.

Lech natomiast męczył się okrutnie, zmuszając także do udręki kibiców, którzy na mecz przyszli licznie, mimo ataku zimy tej soboty. W Poznaniu śnieg, co prawda, nie spadł i nie trzeba było posiłkować się pomarańczową piłką, jak na innych zabielonych arenach w Polsce, ale i tak było dość zimno. Temperatura bliska zeru po dość ciepłych, niedawnych dniach październikowych doprowadzała widzów do drgawek tak jak gra Kolejorza. W jego wypadku były to jednak drgawki irytacji.

Trener Mariusz Rumak wysłał do boju 11 piłkarzy, wśród których znaleźli się m.in. grzejący ostatnio ławę Aleksandar Tonew czy wracający po resocjalizacji za brutalny faul Mateusz Możdżeń. Nie było za to młodego obrońcy Tomasza Kędziory, którego debiutu nawet od pierwszej minuty wielu się spodziewało (wszedł po przerwie, w miejsce utykającego kolegi). Trener postanowił nie wariować aż tak bardzo i wystawił na prawej obronie pewniaka - Huberta Wołąkiewicza, przesuwając w jego miejsce na środku defensywy Marcina Kamińskiego. I to Hubert Wołąkiewicz obok Manuela Arboledy był jedynym graczem Kolejorza wartym słów pochwały. Reszta rozczarowywała bardzo. Vojo Ubiparip na prawym skrzydle wrzucał piłki do nikogo, ale grał do tyłu. Aleksandar Tonew nie pokazywał swoich wielkich walorów ofensywnych, a Mateusz Możdżeń od początku meczu był poza grą. Tuż przed przerwą trener Lecha zdjął Bartosza Ślusarskiego i wstawił Gergo Lovrencsica, co dawało nadzieję na to, że zobaczymy kilka jego nieszablonowych podań. W końcu, jak mawiał sam trener Jagi Tomasz Hajto, to właśnie Węgier potrafi - jak mało kto w polskiej lidze - zagrać niebanalnie.

Trener Tomasz Hajto mawiał też co innego - że Rafał Murawski to "największa pomyłka polskiej ligi". Potem uściślał, że chodzi mu o jego występy w kadrze, bo do jego gry w Lechu nic nie ma, ale i tak wydawało się, że taki atak na kapitana wyzwoli w lechitach większą chęć rozprawienia się z poglądami Tomasza Hajto i jego zespołem.

Pierwsza połowa była jednak bardzo słaba - gwoli sprawiedliwości, w wykonaniu obu ekip. Marznącym kibicom Lecha pozostało liczyć na to, że w przerwie znów dojdzie do jakiejś mocno owocującej na przyszłość, poważnej rozmowy trenera Rumaka z piłkarzami. To przynosiło skutki w poprzednich meczach..

Lechici rzeczywiście wyszli z szatni z buzującą krwią i ochotą do walki. Potrzebna była jednak jeszcze zmiana jakościowa, chociażby podań. Jaga bowiem broniła się betonową zaporą z niekiedy sześciu obrońców, ale nie odbierali oni zbyt wielu piłek. To raczej Kolejorzowi wciąż szwankowało rozegranie. Ze stałych fragmentów gry zagrożenie udało mu się stworzyć jedynie pod koniec pierwszej połowy, gdy blisko gola był Manuel Arboleda.

Jagiellonia broniła się, broniła, aż w końcu w 71. minucie wyszła z kontrą. Widownia gwizdała jeszcze, niezadowolona z tego, że arbiter nie zagwizdał rzutu wolnego niemal z linii pola karnego za zagranie ręką rywali, gdy Alexis Norambuena uderzył raz, następnie poprawił, gdy obrońcy odbili piłkę. Ładny strzał skończył się golem na 0:2. Wejście na boisko Piotra Reissa niewiele mogło już zmienić, choć w 82. minucie stadion aż westchnął, gdy po jego strzale piłka omal nie wpadła w samo okienko bramki. Poznaniacy stracili ważne punkty w meczu, po który się tego trudno było spodziewać. Znów poniesli straty na własnym boisku.