Rozbicie dzielnicowe Piasta. Lech Poznań wygrał z rewelacją ligi 4:0

Gdy nad stadionem przy Bułgarskiej padał rzęsisty deszcz, Lech Poznań problemy z Piastem Gliwice. Gdy ulewa przechodziła, wbijał mu kolejne gole. Kolejorz brutalnie zakończył znakomitą passę rewelacyjnego beniaminka, który wygrał cztery poprzednie mecze. W Poznaniu poległ.
W to, że Piast Gliwice jest wyżej w tabeli niż Lech Poznań trudno było uwierzyć komuś, kto od lat chodzi na mecze ekstraklasy. Jeszcze trudniej było w to uwierzyć na początku meczu na Bułgarskiej, gdyż Kolejorz przycisnął i stłamsił rywali z Gliwice tak, jakby jednych od drugich dzieliła różnica klasy. Taka była jednak taktyka Piasta - pozwolić Lechowi działać na początku spotkania. Mieli gliwiczanie zastosować swój ulubiony i skuteczny wysoki pressing. Skoro nie wyszło, cofnęli się.

Lech nacierał, a motorem napędowym tych poczynań był wracający po kontuzji i jednym meczu przerwy Węgier Gergo Lovrencics. Na drugim skrzydle trener Mariusz Rumak wystawił nie Aleksandara Tonewa (słabo ostatnio grający Bułgar znów usiadł na ławie, choć - jak podkreśla Mariusz Rumak - zasady wychowywania przez ławkę nie stosuje ), ale nieoczekiwanie Vojo Ubiparipa. Z Serbem sytuacja jest jeszcze poważniejsza niż z Bułgarem, gdyż po kilku nieudanych występach i minutach przesiedzianych na ławce wydawało się, że jego forma - zwłaszcza psychiczna - zupełnie się załamała. Trener Rumak nie chce jednak skreślać Ubiparipa - wpuścił go z ławki w meczu z Lechią w Gdańsku, teraz wystawił go od pierwszej minuty. Nie miał w końcu zdyskwalifikowanego Mateusza Możdżenia , więc zrobiło się miejsce.

O ile jednak Węgier Lovrencsics był aktywny, pokazywał się, atakował, potrafił wrzucić piłkę niestandardowo lewa nogą, a zaskakującymi zwodami robił w balona rywali, o tyle Ubiparip potwierdził panującą wśród kibiców Lecha opinię, iż stał się ... niewidzialny, gdyż w pewnym momencie człowiek łapie się na tym, że nawet nie wiedział, iż jest ona na boisku.

Lechowi groziło też przebudowanie obrony, w związku z kontuzją Manuela Arboledy i groźbą iż nie zagra też Hubert Wołąkiewicz , skopany w twarz i pocerowany po meczu w Gdańsku. Opoka poznańskiej defensywy na mecz jednak wyszedł i to - o dziwo - bez maski.

Tak ustawiony Kolejorz ruszył na Piasta, który grał bez Alvaro Jurado, Jakuba Świerczoka i Wojciecha Lisowskiego. - Mam nadzieję, że stworzymy tyle okazji, co w ostatnich meczach, ale że tym razem ostatnie podanie nie będzie już szwankowało - mówił przed spotkaniem z rewelacyjnym beniaminkiem trener Mariusz Rumak. Nic z tego, szwankowało. I tak jednak gliwiczanie wyglądali na zespół stłamszony i zepchnięty za mury swego zamku pod gradem ostrzału. Aż tu przyszła 15. minuta i... spadł deszcz.

Padało już przed meczem, momentami rzęsiście, ale po kwadransie spotkania z nieba lunęły wiadra wody. Odczuli to nawet schowani pod dachem, który tulił tu już mecze Euro 2012, kibice. Wiatr zawiewał w ich stronę wyjątkowo duże krople. Lało jak diabli.

Deszcze jednak jak deszcz, nic nowego na piłkarskich boiskach. Tym razem jednak upadek ciężkich kropel na murawę przy Bułgarskiej był gongiem oznaczającym koniec pierwszego starcia. Tego wygranego przez Lecha. Od tej pory Piast nie miał się już bronić tak kurczowo, a Ślązacy zaczęli wyprowadzać groźne akcje.

Bartosz Ślusarski, którego czuprynę piłka muskała w tym meczu kilkakrotnie, gdy hasał pod bramką Piasta, jeszcze w 20. minucie wycofał piłkę spod linii końcowej i Szymon Drewniak mógł strzelić gola. Ale już dwie, trzy minuty potem poszły dwie akcje Piasta. Ruben Jurado, jeden z kilku Hiszpanów w gliwickich barwach, jak na tradycje piłkarskie swej nacji pokazał techniczne braki, gdy zaplątał się piłką we własnych nogach w czystej sytuacji pod bramką. Widząc to, do piłki dopadł Paweł Oleksy, ale posłał ją w trybuny Lecha, na których wisiał wielki transparent z napisem "Zróbcie porządek ze stewardami, albo my zrobimy sami".

Z kolei Tomasz Podgórski z Piasta uznał, że skoro tak już leje, to pewnie jest mokro i trudnym strzałem postanowił sprawdzić, co na to bramkarz Jasmin Burić. Ten na to: jestem na posterunku!

Mecz się wyrównał i pozycja wyniku 0:0 zaczęła się ugruntowywać. Po przerwie jednak Kebba Ceesay zupełnie zaskoczył bramkarza Dariusza Trelę z Gliwic. Golkiper Piasta był przyzwyczajony, że lechici trafiają raczej prosto w niego, więc gdy Gambijczyk posłał piłkę sprytnie łukiem w stronę słupka, stał oniemiały. A publika szalała, mieliśmy bowiem oto 1:0!

No to się zaczęło - znakomicie grający tego dnia Łukasz Trałka, potem Marcin Kamiński byli bliscy strzelenia drugiego gola, a Szymon Drewniak - nim Rafał Murawski skończył go opieprzać, że ten zabrał mu piłkę - uderzył nią w poprzeczkę. Lech odzyskał wigor sprzed ulewy. Co było poniekąd zrozumiałe, tak się bowiem składało, że właśnie przestało padać.

To już pewna tradycja, że Lech w końcówkach meczów dyktuje warunki, ale nie zawsze, a wręcz rzadko kończy się to golem. Tym razem Bartosz Ślusarski pokazał, że w polu karnym umie walczyć. Wywrócony już niemal, szukając równowagi jakoś posłał piłkę do siatki przy słupku. Wtoczyła się tam ona bardziej niż wpadła i Kolejorz przypieczętował wygraną.

Trzy minuty później przybrała ona wysokie rozmiary, gdy wprowadzony do gry - zgodnie z zapowiedzią - po przerwie Aleksandar Tonew wyskoczył z uniesioną nogą w polu karnym i dopchnął do siatki piłki po dynamicznej akcji z Luisem Henriquezem.

Lechici aż rwali się, by strzelić gola drużynie Piasta, która poszła w rozsypkę. Tuz przed końcem po raz pierwszy na Bułgarskiej skandowane było nazwisko 19-latka Patryka Wolskiego. Wszedł na murawę i podwyższył na 4:0, swoim pierwszym golem w seniorskim Lechu, choćwcale nie w pierwszym występie . Tak jak w pierwszym meczu sezonu ligowego na Bułgarskiej z Ruchem Chorzów, tak i tym razem lechici wygrali 4:0.

JAKA JEST WASZA OPINIA O MECZU LECHA? DYSKUTUJMY NA FACEBOOKU