Lech Poznań oszczędza, bo pamięta o zimie 2011 roku

- Do dziś odczuwamy skutki wydatków na transfery z zimowego okna transferowego w 2011 roku. Wydaliśmy wówczas na zakupy i przedłużenia kontraktów aż 13 mln zł - mówi Piotr Rutkowski, członek rady nadzorczej Lecha Poznań, uzasadniając oszczędności, jakie mają miejsce w klubie dzisiaj.
Zimą 2011 roku Lech Poznań przed dwumeczem ze Sportingiem Braga, próbując ratować sytuację w lidze, sporo zainwestował. "Przegląd Sportowy" wyliczył nawet, że było to 1 mln 825 tys. euro. Składały się na to transfery Rafała Murawskiego (z Rubina Kazań), Huberta Wołąkiewicza, Vojo Ubiparipa, a także olbrzymia podwyżka dla Manuela Arboledy . Od tej pory wydatki Kolejorza na transfery nawet nie zbliżyły się do tamtej kwoty. Latem 2011 roku Lech wydał na transfery 350 tys. euro (Aleksandar Tonew), teraz - 410 tys. euro (Łukasz Trałka, Gergo Lovrencsics, Kebba Ceesay), a ostatniej zimy ... 0 euro. Nie pozyskał bowiem nikogo.

- Nie stać nas na pomyłki. Chcemy doprowadzić do sytuacji, by 90 proc. transferów było udanych - mówi Piotr Rutkowski. Stąd długie obserwacje skautów, stąd także brak transferów na szybko, robionych w ostatniej chwili. Jak mówi Piotr Rutkowski, zawodnicy mają sporządzany także tzw. profil mentalny, ocenia się nie tylko ich umiejętności piłkarskie, ale także charakter, zdolności adaptacyjne, językowe i inne. Dlatego też mało prawdopodobne jest, aby do jutra Lech Poznań pozyskał ze Szwecji nigeryjskiego napastnika Abiolę Daudę. Suma 410 tys. euro wydanych przez Lecha tego prawdopodobnie nie zwiększy się.