Trener Lecha Poznań jedzie po napastnika. Numer pięć na liście życzeń

Po sobotnim meczu z Polonią Warszawa trener Lecha Mariusz Rumak leci do Szwecji obserwować piłkarza, który wzmocnić linię ataku. Ten gracz to numer pięć na liście życzeń na tę pozycję. Poprzednich czterech - w tym pogromcy Śląska Wrocław w kwalifikacjach Ligi Mistrzów - Lechowi nie udało się kupić.
Lech Poznań w kwestii transferów działa tak, że typuje potencjalnych graczy na konkretne pozycje. Są oni następnie obserwowani przez skautów "Kolejorza", i to dość długo, minimum kilka miesięcy, a zdarza się, że i rok albo dłużej. Wytypowani piłkarze są ustawiani w kolejności według stopnia zainteresowania Lecha, który rozpoczyna negocjacje najpierw z numerem jeden. Gdy te nie dochodzą do skutku, przechodzi do numeru dwa itd. Tak było w przypadku Gergo Lovrencsicsa czy Kebby Ceesaya.

W przypadku szukania gracza ofensywnego, na pozycję środkowego napastnika czy ofensywnego pomocnika, Lech doszedł już do pozycji numer pięć. Pierwszych czterech wytypowanych do gry zawodników odpadło z różnych względów, głównie finansowych. Numerem jeden miał być 24-letni Holender Tjaronn Chery z klubu ADO Den Haag, numerem dwa natomiast Islandczyk Alfred Finnbogason, znany chociażby z gry w barwach szwedzkiego Helsingborgs IF przeciwko Śląskowi Wrocław w eliminacjach Ligi Mistrzów. Strzelił wtedy wrocławianom gola. W fazie grupowej, czy to Ligi Mistrzów, czy Ligi Europejskiej, w szeregach szwedzkiej drużyny już nie wystąpi - trafił bowiem do SC Heerenveen w Holandii, co skutecznie zablokowało także jego ewentualny transfer do Lecha Poznań. A był to gracz obserwowany przez "Kolejorza" od dawna, jeszcze od czasów, gdy grał w Lokeren w Belgii (do Helsingborgs IF był tylko wypożyczony).

Tjaroon Chery natomiast to klasyczny ofensywny pomocnik. Tymczasem Lech Poznań zmienił tego lata optykę poszukiwań - teraz zależy mu bardziej na środkowym napastniku. Na pozycji ofensywnego pomocnika gra bowiem na razie z powodzeniem Węgier Gergo Lovrencsics.

Numerem trzy wytypowanym do gry w Lechu był Burundyjczyk Saidi Ntibazonkiza. Sprawa jego niedoszłego transferu jest już dość dobrze znana - piłkarz był tuż przed podpisaniem umowy, ale nie przeszedł testów medycznych, gdyż okazało się, że ma uszkodzone kolano. Prezes Lecha Karol Klimczak mówił, iż w tym wypadku nie było mowy nawet o warunkowej zgody lekarzy i o jakiejś próbie ratowania nogi piłkarza operacją. Nie było w ogóle opcji zatrudnienia zawodnika z takim urazem, jaki miał Saidi Ntibazonkiza. Odpadł zatem także numer trzy.

Na pozycji czwartej znajdowało się nazwisko Luigiego Bruinsa, niegdyś gracza Feyenoordu Rotterdam i Red Bull Salzburg, a ostatnio - Excelsioru Rotterdam. Jako następny w kolejce jest natomiast prawdopodobnie gracz z ligi szwedzkiej, którego w niedzielę pojedzie oglądać Mariusz Rumak.

Trener "Kolejorza" swego czasu mówił: - Negocjacje trwają długo, bo taka jest konieczność. Gdybyśmy byli krezusem finansowym, żadnych negocjacji by nie było. Po prostu zapłacilibyśmy żądaną kwotę.

To, że zawodnik zajmuje pozycję numer pięć w notesach skautów Lecha Poznań, nie znaczy od razu, że jakościowo musi odbiegać od piłkarzy na wyższych pozycjach. Na ocenę potencjalnych wzmocnień wpływa bowiem nie tylko jakość ich gry, ale i szereg innych raportów, np. coś, co "Kolejorz" nazywa "raportem mentalnym". To efekt obserwacji charakteru piłkarza, jego zamiłowań, nawet życia prywatnego. W przypadku Węgra Gergo Lovrencsica były to chociażby takie kwestie jak fakt, że ma narzeczoną, z którą jest bardzo związany i że tejże narzeczonej również trzeba zapewnić takie warunki w Poznaniu, by czuła się tu dobrze. W "raporcie mentalnym" znalazły się nawet tak drobiazgowe zapisy, jak zachowanie piłkarza po przegranych i wygranych meczach, reakcja na stres, porażki oraz sukcesy, a nawet fakt, że zawodnik... lubi wędkować. Jak mówią w Lechu, to wszystko ma potem znaczenie.

Piotr Rutkowski, który jest członkiem zarządu, a do niedawna był także szefem skautingu (teraz kieruje nim Tomasz Wichniarek), zapewnia, ze każdy transfer przygotowywany jest bardzo starannie, gdyż pomyłka kosztuje. Poza tym, że piłkarz zostanie właściwie wybrany, musi także trafić do Lecha w odpowiednim czasie. Jeżeli np. teraz "Kolejorz" zatrudni nowego środkowego napastnika, to zapewne przekreśli to karierę Vojo Ubiparipa albo Bartosza Ślusarskiego. To ma tłumaczyć, dlaczego Lech nie zatrudnił nowego napastnika już zimą tego roku - w jego szeregach grał bowiem wciąż Artjoms Rudnevs, przez którego trudno byłoby się komukolwiek przebić. Wcześniej przekonał się o tym chociażby Vojo Ubiparip, całkowicie pomijany przy ustalaniu składu przez poprzedniego trenera Lecha Jose Bakero. Nowy szkoleniowiec Mariusz Rumak dał mu szanse, ale Serb już jest dość mocno zablokowany i stremowany tym, że tak długo siedział na ławce i nie sprawdzał się. W porównaniu z nim Gergo Lovrencsics czy Kebba Ceesay mają płynne wejście w szeregi Lecha, bez podobnych komplikacji.

Lech Poznań tłumaczy późny termin dokonania tego ostatniego transferu (dopiero w sierpniu, w środku rywalizacji z AIK Solna) tym, że dopiero 1 sierpnia otworzyło się okno transferowe w Szwecji. Sam Kebba Ceesay, choć chciał już opuścić Szwecję, nie był zresztą początkowo przekonany do przyjazdu do Polski. Dopiero prywatna wizyta spowodowała, że się zgodził.