Katastrofa w Grudziądzu! Lech Poznań odpadł i zamknął drugi front

Różnica klasy miała dzielić Lecha Poznań i pierwszoligową Olimpię Grudziądz w pojedynki Pucharu Polski. To jednak rywale z niższej ligi okazali się lepsi. Wbili gola, a gdy Lech Poznań wyrównał, dorzucili w dogrywce drugiego i awansowali.
Wielkie owacje żegnały piłkarzy Olimpii Grudziądz, gdy po pierwszej połowie schodzili do szatni z wynikiem 1:0. Lechowi Poznań groziło wtedy, że zanim rozpocznie się ekstraklasa (najbliższa sobota, mecz z Ruchem Chorzów), będzie miał już zamknięte dwa z trzech frontów - europejskie puchary i Puchar Polski. Na dodatek ewentualna wpadka z niżej notowaną drużyną dla zespołu z ekstraklasy z ambicjami takimi, jakie ma Lech byłaby trudno wytłumaczalna i zostałaby z całą pewnością okrzyknięta kompromitacją.

Co ciekawe, Kolejorz w pierwszej części pierwszej połowy odbierał piłkę rywalom i przechodził do szybkich kontrataków. Stworzył zagrożenie pod bramką Olimpii, zwłaszcza po akcjach Węgra Gergo Lovrencsicsa. Jednakże żadna z tych okazji nie była tak groźna jak te, które od czasu do czasu stwarzała Olimpia.

Już w 15. minucie zdobyła ona gola po akcji prawą stroną boiska. Lechici nie po raz pierwszy w tym meczu dali się dość łatwo oskrzydlić i precyzyjnie skierowana w środek pola karnego piłka pozwoliła Piotrowi Ruszkulowi przymierzyć się do strzału. Trafił w poprzeczkę, co bardziej zaskoczyło poznaniaków niż gospodarzy. Stali i patrzyli, jak do dobitki dopada Adam Cieśliński i przewrotką (sic!) wbija piłkę do siatki.

Adam Cieśliński był jednym z kilku graczy Olimpii o przeszłości w ekstraklasie. Taki np. Michał Łabędzki rozegrał w niej ponad 150 spotkań (głównie w barwach ŁKS Łódź), czyli więcej niż wielu graczy Lecha. Olimpia miała tez Dariusza Klusa, Pawła (Paula) Grischoka, a na ławce mistrza Polski (z Legią Warszawa) Marcina Smolińskiego.

Nawet jednak biorąc to pod uwagę, lechici mieli obowiązek poradzić sobie z pierwszoligowcem. Jego ekstraklasowi weterani nigdy bowiem w najwyższych rozgrywkach w Polsce nie byli przecież postaciami wybitnymi, nie to co wielu piłkarzy Lecha. Czołowy gracz Kolejorza, Rafał Murawski jednak w tym spotkaniu nie wystąpił. Oficjalnie powodem jego nieobecności był drobny uraz, ale w niedzielę tureckie media podały, iż lider Kolejorza ma przejść do klubu Gaziantepspor.

Bez niego Lech był blisko przegrania pierwszej połowy wyżej niż 0:2, a pod jej koniec oddał już nawet inicjatywę gospodarzom. A ci zagrozili jego bramce bardzo poważnie. W 35. minucie uderzenie Piotra Ruszkula omal nie skończyło się golem, chwilę potem Krzysztof Kotorowski (to on stoi między słupkami w Pucharze Polski) paradą uratował Lecha po strzale Dariusza Gawęckiego z zupełnie czystej pozycji. Wreszcie "popisał się" Manuel Arboleda, który na boisko wszedł z konieczności za kontuzjowanego Huberta Wołąkiewicza (ma podejrzenie złamania szczęki) próbował na swojej połowie interweniować... przewrotką. Nie trafił w piłkę i Adam Cieśliński miał czystą okazję bramkową, którą zmarnował po obronie Kotorowskiego.

"Drwęca Nowe Miasto" - wykrzyczeli kibice Olimpii złowieszczo. Złowieszczo, gdyż akurat porażka z Drwęcą jeszcze za czasów Czesława Michniewicza to jedna z największych wpadek Lecha Poznań w Pucharze Polski.

W Grudziądzu wszystko zmierzało w tę stronę. Kiepsko grał zdjęty w przerwie Bartosz Ślusarski. Starał się za to młody Bartosz Bereszyński - to on miał dwie okazje bramkowe przed przerwą po podaniach Węgra Lovrencsicsa.

W drugiej połowie próby odrobienia strat przez Lecha nie przynosiły żadnego rezultatu. Nie przebiegały według jakiegoś ustalonego schematu, ale opierały się na indywidualnych akcjach i rajdach. Brakowało dokładnych zagrań otwierających drogę do bramki, precyzyjnych dośrodkowań, nawet rzuty rożne lechici marnowali, bo nie sięgali piłki. Tymczasem Olimpia potrafiła rutynowanego rywala złapać za gardło i przycisnąć w polu karnym. W okolicach 78. minuty gracze z Grudziądza mieli serię tak groźnych rzutów rożnych, że lechici czterokrotnie rozpaczliwie wybijali piłkę niemal z linii. To było niezwykle zatrważające, bo Lech rozpadał się podczas tych akcji Olimpii.

Drugi gol wisiał w powietrzu, ale przybyli na mecz kibice Lecha głośno i ostro zaczęli się domagać lepszej gry od swoich ulubieńców. Nic nie wniosła zmiana Vojo Ubiparipa, który grał wręcz skandalicznie źle, niewiele pomógł Aleksandar Tonew. Jedyne zagrożenie stwarzali oni jednak po rajdach Gergo Lovrencsicsa. Węgrowi poznaniacy zawdzięczali także wyrównującego gola, który padł po jego zagraniu i dość słabym, ale wpadającym do bramki uderzeniu Łukasza Trałki.

Doszło zatem do dogrywki, co już samo w sobie chluby Lechowi nie przynosiło. Na dodatek dogrywka rozpoczęła się podobnie jak pierwsza połowa - Maciej Rogalski wpadł w pole karne Lecha jak jastrząb między kury i zdobył gola, gdyż nikt go nie zatrzymał.

Fani Kolejorza znów załamali ręce, ale z pomocą Lechowi przyszedł ... Marcin Woźniak z Olimpii. Tak wysoko zagrał przewrotką, że trafił w twarz Gergo Lovrencsicsa. Dostał drugą żółtą i zatem czerwoną kartkę. Poznaniacy grali więc w przewadze liczebnej. Tymczasem to rywale byli bliscy podwyższenia wyniku, gdy zaraz na początku drugiej części dogrywki tuż obok słupka strzelił Adrian Frańczak. Lech takich okazji nie miał, bo gdy nawet dośrodkowywał, to nikt nie dochodził do piłki. Rozpaczliwe więc ataki poznaniaków, coraz bardziej nerwowe, im bliżej było końca, przypominały przez to bicie głową w mur. Lech nie był już w stanie nic zrobić. Odpadł z Pucharu Polski w meczu z drużyną notowaną o klasę niżej.

Olimpia Grudziądz - Lech Poznań 2:1 (1:1, 1:0)

Bramki: 1:0 Cieśliński (15.), 1:1 Trałka (83.), 2:1 Woźniak (96.)

OLIMPIA: Wróbel - Woźniak Ż Cz (102.), Staniek, Łabędzki, Cieciura Ż, Frańczak (116. Abramowicz), Kłus, Gawęcki Ż, Grischok (70. Rogalski), Ruszkul (89. Kryszak), Cieśliński Ż

LECH: Kotorowski - Ceesay Ż, Wołąkiewicz (37. Arboleda Ż), Kamiński, Henriquez Ż - Możdżeń Ż, Drewniak, Trałka, Lovrencsics - Bereszyński (75. Tonew) - Ślusarski (46. Ubiparip)

Sędzia: Łukasz Bednarek (Koszalin)

Widzów 3,5 tys.