Sport.pl

Lech Poznań znów walczył do końca

Czwarty ligowy mecz pod wodzą trenera Mariusza Rumaka rozegrali w Poznaniu piłkarze Lecha i odnieśli czwarte zwycięstwo. Zasłużenie, choć nie bez problemów, pokonali Lechię Gdańsk i są już na czwartym miejscu w tabeli. Tak wysoko nie byli od października.
POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

"Kolejorz" może co prawda spaść na piątą pozycję, jeśli w ostatnim meczu 26. kolejki ekstraklasy Polonia Warszawa pokona Cracovię. To nie jest jednak najistotniejsze (Lech będzie miał jeszcze okazję rozprawić się z Polonią w bezpośrednim starciu), ważne jest to, że po piątym meczu bez porażki lechici znów na poważnie liczą się w grze o europejskie puchary.

Gdy Mariusz Rumak półtora miesiąca temu obejmował Lecha, taki scenariusz wydawał się mało realny. Nowy trener musiał dźwigać zespół z dziewiątej pozycji w tabeli, a drużyna wyglądała na kompletnie rozsypaną. Od tego czasu nowy szkoleniowiec poprowadził lechitów w siedmiu meczach ligowych, zdobył w nich 14 punktów. W meczach z drużynami z czołówki, średniakami i słabeuszami zdobywał średnio dwa punkty. Lider ekstraklasy i najbliższy rywal "Kolejorza", Legia Warszawa przez cały sezon zgarnia średnio 1,88 pkt na mecz. Średnia Lecha za czasów Jose Bakero to zaledwie 1,47 pkt...

Tak, Mariuszowi Rumakowi sprzyjał kalendarz, bo cztery z siedmiu pojedynków rozgrywał na swoim stadionie. Wykorzystał je zresztą do maksimum. Ale Bułgarska nie zawsze była w tym sezonie sprzymierzeńcem lechitów. Męczyli się tu przecież i przegrywali z Widzewem Łódź i GKS Bełchatów. Lechia Gdańsk, która w niedzielę gościła w Poznaniu, to rywal podobnego kalibru, co wspomniane wcześniej drużyny z województwa łódzkiego. I Lech pokonał ją skromnie, można powiedzieć, że nawet wymęczył wygraną w ostatniej chwili, ale nikt nie zarzuci "Kolejorzowi", że zgarnął trzy punkty niezasłużenie.

Już w przerwie goście z Trójmiasta mogli się martwić, jak zdobyć jakiekolwiek punkty w następnych meczach. W Poznaniu mogli przegrywać różnicą trzech-czterech goli. Sam Artjom Rudniew powinien cieszyć się z piątego hat tricka w tym sezonie. Najpierw jednak po jego dobrym, silnym strzale piłkę odbił Wojciech Pawłowski (7. minuta), potem miał wręcz idealną sytuację po szybkiej akcji i podaniu od Aleksandara Tonewa. Łotysz miał przed sobą tylko bramkarza Lechii, wyprzedził go, ale z trzech (!) metrów spudłował. Sam wylądował w siatce, a piłka poleciała wysoko nad bramką (28. minuta). Wreszcie w 34. minucie Artjom Rudniew znów był oko w oko z Wojciechem Pawłowskim, ale z dość ostrego kąta kopnął tuż nad poprzeczką.

Za zwykłą sprawiedliwość losu należy uznać więc, że Lech prowadził do przerwy 1:0. W roli snajpera wystąpił Vojo Ubiparip, który okrzepł od czasu, gdy gra w wyjściowym składzie. Teraz pokazał, że potrafi strzelić z dystansu mocno i precyzyjnie. Skorzystał z tego, że obrońcy Lechii nie poświęcali mu tyle uwagi, co Artjomowi Rudniewowi. Zostawili Serbowi wystarczająco dużo miejsca przed polem karnym, by uderzyć nie do obrony. Świetny do tej pory bramkarz Lechii odprowadził tylko piłkę do siatki, a Vojo Ubiparip już biegł w stronę sektora kibiców Lecha, całował herb na koszulce i świętował z fanami zdobycie bramki.

Nikt chyba wtedy nie spodziewał się, że lechici będą musieli jeszcze drżeć o wynik w tym meczu. A tak było, po tym jak Lechia wyrównała. Miała dużo szczęścia po rzucie rożnym, bo Marcin Kamiński przegrał co prawda pojedynek główkowy z Sebastianem Maderą, ale strzał stopera gości był niecelny. Piłka trafiła jednak w nogę Dimitrije Injaca i po rękawicach Jasmina Buricia znalazła się w bramce.

Lech miał 26 minut na odzyskanie prowadzenia. Stracił je niefrasobliwie, bo nie dostał żadnego sygnału ostrzegawczego od Lechii, która po przerwie grała tylko nieco bardziej ofensywnie niż wcześniej. Poznaniacy nie potrafili jednak utrzymać się dłużej przy piłce, by wybić rywalom z głowy myśli o wyrównaniu. Mecz wymknął im się z rąk i tym trudniej było lechitom znów walczyć o zwycięską bramkę. Ich nieporadność dostrzegła widownia, pojawiły się pierwsze gwizdy na widok chaotycznej i nieskładnej gry.

Akcja, po której padł gol na 2:1, spadła Lechowi jak gwiazdka z nieba. Zagranie Luisa Henriqueza ze skrzydła nie było tak precyzyjne, jak w Kielcach, gdzie goście tydzień temu też zdobyli bramkę w końcówce. Teraz piłkę sprzed bramki wybijał Jakub Wilk. Lechita wypożyczony na wiosnę do Lechii skiksował, kopnął zbyt lekko i stworzył sytuację strzelecką Mateuszowi Możdżeniowi. Ten strzelił natychmiast, po ziemi i Wojciech Pawłowski znów mógł tylko przyglądać się, jak piłka ląduje w siatce. "Kolejorz" znów został nagrodzony za to, że walczy o swoje do samego końca.

Goście przycisnęli w ostatnich minutach, ale to poznaniacy powinni strzelić bramkę po kontrataku, który Szymon Drewniak zakończył jednak uderzeniem w bramkarza Lechii.

Najładniejsze gole Roberta Lewandowskiego dla Lecha Poznań


Więcej o: