Lech Poznań mądry po przerwie

Luis Henriquez swoimi płomiennymi zapewnieniami o tym, że w doliczonym czasie meczu z Koroną Kielce nie dośrodkowywał, a posłał celowo piłkę za plecy bramkarza rywali, rozbawiał wczoraj kibiców w całej Polsce. Sensowniejsze zdanie Panamczyk wygłaszał pod kieleckim stadionem chwilę później, gdy mówił, że jeden punkt nie zadowala Lecha walczącego o puchary.


POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

Faktycznie, zadowalać nie powinien. Korona Kielce w meczu z "Kolejorzem" pokazała bowiem futbol na tyle prymitywny, by zdziwić się jej miejscem zajmowanym w czołówce ekstraklasy. W jej grze tym razem mniej było fauli (z czego słynęła w poprzednich meczach), więcej zaś symulowania po starciach z piłkarzami Lecha. Wyjątkowymi wprost zdolnościami popisywał się Maciej Korzym - chłop potężny, który padał jak mucha, gdy tylko trącał go któryś z lechitów.

Korona jednak pokazała, że wystarczy opanować w podstawowym stopniu bicie piłki z rzutów rożnych, by być groźnym rywalem w polskiej ekstraklasie. - Dostaliśmy przed przerwą dwa mocne ciosy i w przerwie mieliśmy dużo pretensji do siebie - mówił po meczu obrońca Lecha Marcin Kikut. I faktycznie, było o co mieć pretensje, bo przy dwóch golach dla Korony lechici nie zrobili niemal nic, by im zapobiec. - Musimy pracować, ciężko pracować nad stałymi fragmentami gry dla nas i dla rywali - oświadczył Luis Henriquez i akurat w tym przypadku trudno odmówić mu racji.

To jednak niejedyny wniosek po meczu z Koroną. Innym jest to, że Lechowi lepiej wychodzi gra z dwoma napastnikami grającymi - jak mawia trener Mariusz Rumak - w poziomie (a więc obok siebie). Że naturalnym miejscem Aleksandra Tonewa do gry jest to na skrzydle, gdzie może się rozpędzić i albo dośrodkować, albo próbować zejść z piłką do środka boiska i strzelić. Że wreszcie Artjom Rudniew jest zawodnikiem lepszym od Bartosza Ślusarskiego - i to bez względu na to, jak gra rywal, na jakim boisku i ile tygodni zostało do odejścia Łotysza z Lecha.

Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się dopiero po obejrzeniu drugiej połowy meczu w Kielcach. Okazało się, że Korona to papierowy tygrys naszej ligi, którego do narożnika można zapędzić po prostu przyzwoitą grą w środku pola. Miło było patrzeć na Lecha po przerwie, gdy dominował nad rywalem. Nie sposób jednak nie zauważyć, że z tej dominacji wynikało niewiele lub zgoła nic, że cierpliwie budowane akcje sporadycznie były kończone strzałami, wreszcie że gole dała nie ta dobra gra Lecha, a błysk kunsztu jednego piłkarza i wielkie szczęście drugiego. Ale i nie sposób nie zauważyć tego, że "Kolejorz" po przerwie wreszcie pokazał się jako drużyna twarda, nieustępliwa i walcząca. A także mająca szczęście, na którego brak trener Rumak na początku swojej pracy na stanowisku trenera Lecha tak bardzo narzekał.