Niezwykły kibic Lecha Poznań. Na meczach od 62 lat!

Gdy poszedł na pierwszy mecz poznańskiego Lecha, klub ten nie miał jeszcze trzydziestki i nie nosił jeszcze nazwy "Lech". Dziś, gdy "Kolejorz" kończy lat 90, pan Juliusz Palacz wciąż chodzi na jego mecze
POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

Kiedyś Juliusz Palacz mieszkał na Łazarzu, teraz - w Plewiskach, ale od kilkudziesięciu lat na mecze "Kolejorza" jeździ z tą samą, poznaną na Łazarzu "eką". - To zawsze milej oglądać mecze razem, na stałych miejscach, ale kiedy w latach sześćdziesiątych Lech spadł nawet do trzeciej ligi, bywało, że na stadionie pojawiałem się sam - wspomina pan Juliusz Palacz.

11:1 na początek

Urodził się w 1939 roku, gdy - założony pod nazwą Lutnia Dębiec - dzisiejszy Lech jeszcze nie był pełnoletni. Ze swoich 73 lat pan Juliusz aż 62 spędził na stadionie, na którym po raz pierwszy w sierpniu 1950 roku zabrał go wujek Józef.

Był niedzielny ranek, ładna pogoda i jedenastoletni chłopiec z Łazarza nawet nie przypuszczał wtedy, co się za chwilę stanie.

A stało się to, że "Kolejorz" zdemolował tego dnia Szombierki Bytom, nastrzelał im mnóstwo bramek. A emocje z zupełnie zawładnęły umysłem chłopca, który z wypiekami na twarzy wołał do wujka Józefa: - Jest 5:0 czy 6:0?

Nie mógł bowiem nadążyć z liczeniem. Lech strzelał gole co kilka minut. - Jeszcze pięć - odrzekł wujek Józef, wyciągając kolejnego "mela" z "tytki". - Ale zaraz będzie sześć.

Faktycznie, było. Potem siedem, osiem, dziewięć...

- Dziesięć! Dziesięć! - krzyczał wtedy wujek Józef, jak zresztą cały stadion na Dębcu.

A mały Juliusz z radością patrzył, jak pada i dziesiąta bramka. A także jedenasta. Lech wygrał z Szombierkami 11:1 - do dziś to jego rekordowo wysokie zwycięstwo w ekstraklasie. Historyczny moment, w którym wziął udział mały chłopiec z Łazarza. Odtąd miał brać udział we wszystkich ważnych i historycznych momentach z udziałem poznańskiego Lecha.

Anioła, Gogolewski? Nie mogłem wydusić słowa

- Pracowałem w Biurze Projektów Kolejowych, przychodził tam Teodor Anioła, żeby podpisać jakiś dokument. Teoretycznie był przecież zatrudniony na kolei. Podpisywał, że to niby on wykonał jakiś rysunek i wychodził. A ja patrzyłem na niego i nie mogłem słowa wydusić - opowiada. - A kiedy mieszkałem na Chociszewskiego na Łazarzu, któregoś dnia spotkałem tam na ulicy Janusza Gogolewskiego. Do dziś pamiętam, jak idzie ulicą. Pewny krok, czarne włosy Był moim idolem! Też nie mogłem wydusić słowa.

Przyznaje, że dawniej było mu łatwiej chodzić na mecze. Trenował bowiem wioślarstwo w Trytonie Poznań. Pływał w czwórkach i ósemkach, najlepszy wynik: piąte miejsce na mistrzostwach Polski. Potem został sędzią zawodów wioślarskich. - Nie przepadam za komuną i PRL-em, ale w tamtej Polsce dostałem taką srebrną odznakę kultury fizycznej, a ona przez jakiś czas uprawniała do wchodzenia za darmo na imprezy sportowe - mówi. - Korzystałem z niej przez jakiś czas. Chodziłem nie tylko na piłkarzy Lecha, ale i na koszykówkę, na wszystko, co wiązało się ze sportem w Poznaniu. Dziś też staram się chodzić. Byłem np. niedawno na mistrzostwach Polski w boksie, które odbywały się w Arenie. Lech Poznań pozostał jednak najważniejszy.

Mecz tak, impreza rodzinna - nie

- Od 1950 roku minęły sześćdziesiąt dwa lata - pan Juliusz przerzuca karty albumu. Ma w nich zafoliowane programy meczowe, wycinki z gazet, zdjęcia ze znanymi piłkarzami i wszystko, co przypomina mu najwspanialsze momenty, które przeżył wraz z Lechem. - I przez te sześćdziesiąt dwa lata chodzę na "Kolejorza" regularnie. Z powodu meczów zdarzało mi się nawet opuszczać imprezy rodzinne albo spóźniać się na nie. Staram się uczęszczać na każdy mecz. Bywa, że przepadnie mi w sezonie jeden, niekiedy dwa. Nie przypominam sobie, bym jednak opuścił kiedykolwiek więcej niż pięć... - zapewnia.

Jeżeli założymy, że Lech rozgrywa u siebie mniej więcej piętnaście meczów w sezonie, oznaczałoby to, że pan Juliusz obejrzał już niemal tysiąc ligowych spotkań "Kolejorza"! - A do tego trzeba doliczyć jeszcze mecze w pucharach - zaznacza.

Pan Juliusz był też na rozgrywanym w trzaskającym mrozie meczu z Juventusem Turyn w grudniu 2010 roku - meczu, który przeszedł do historii "Kolejorza". - Nie było tak źle. Ciepło się ubrałem - śmieje się. - Chociaż w dzisiejszych czasach nie można już wnosić na stadion niczego na rozgrzewkę, tak jak kiedyś.

Coś na rozgrzewkę wielokrotnie pan Juliusz już wygrał dzięki swej niezłomnej zasadzie, która brzmi: "Jeśli jesteś kibicem, to nigdy się niczym nie przejmuj i wierz w swoją drużynę, bo w końcu wygra". - Kiedy teraz Lech zaczął przegrywać i nie mógł strzelić gola, znajomi się ze mnie śmiali, że kupiłem karnet - opowiada. - Uważali, że to była najgłupsza decyzja w życiu i zmarnowane pieniądze. A ja akurat uważałem inaczej. I założyłem się, że Lech wygra w meczu ze Śląskiem Wrocław...

Uśmiecha się szeroko. - No i jestem butelkę koniaku do przodu!

- Nie pierwszą zresztą! Ile razy już jadłem i piłem na czyjś koszt, bo chciał się ze mną założyć, że przegrywający mecz za meczem Lech ulegnie też kolejny raz. A ja zawsze wierzę i wiem, że w końcu wygra - dodaje.

Teraz chodzi z wnuczkiem

- Optymizm? - mówi. - Optymizm jest wpisany w kibicowanie. Jeśli się jest kibicem, to znaczy, że i optymistą, gdyż inaczej nie miałoby to sensu. I odwrotnie, jeśli jest się optymistą, to w sumie jest się też kibicem. Ja nigdy się niczym nie przejmuję. Wie pan, ja przeżyłem już spadki, trzecią ligę, to czym się przejmować teraz?

Pieniędzy wydanych na karnet jest zresztą teraz więcej, gdyż pan Juliusz chodzi już na mecze z wnukiem. Opowiada: - Zabrałem go raz na mecz i kupiłem bilet. Okazało się, że go to zainteresowało. Zaczął dopytywać: "dziadek to, dziadek tamto... a kiedy znowu pójdziemy". Poszliśmy więc znowu i znowu. Doszedłem do wniosku, że taniej będzie, gdy kupię mu karnet - pan Juliusz się uśmiecha. - To i tak jest w sumie kilkaset złotych, ale co tam! Wnuk jest cały szczęśliwy, a ja mam przynajmniej z kim w domu omawiać mecze. Omawiamy poszczególne akcje tak długo, aż nadejdzie kolejny mecz i przyniesie nowe wrażenia.

Patryk Wolski i inni debiutanci w Lechu Poznań


Na mecze Lecha Poznań chodzę od: