Tak upada Lech Poznań. W dwa lata ze szczytu w przeciętność

Lech Poznań w dwa lata roztrwonił kapitał, który pozwalał mu bić się o mistrzostwo Polski i nie przynosić wstydu w pucharach. Z klubu pukającego do grona europejskich średniaków stał się średniakiem polskiej ekstraklasy.
POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

- Być może po mistrzostwie Polski w 2010 r. popełniliśmy błędy - na razie w pierś bije się tylko prezes klubu Karol Klimczak . Nie jest on jednak w Lechu najważniejszym decydentem. Władza spoczywa w rękach właściciela klubu Jacka Rutkowskiego. Gdy np. ważyła się sprawa zwolnienia trenera, w zarządzie poznańskiego klubu można było usłyszeć: - To nie nasz szczebel.

Prezes Klimczak jest jednak osobą odpowiednią, by zapowiedzieć czystki; zrobił to klubowej telewizji internetowej, i to językiem, jakim się w Lechu jeszcze nie mówiło. - Kontrakty piłkarzy są za wysokie w porównaniu z miejscem, które zajmuje w tabeli Lech Poznań. Są na tyle wysokie, że mamy prawo oczekiwać walki o mistrzostwo Polski i puchary - grzmi prezes. I dodaje: - Jeżeli jacyś piłkarze nie znajdą się w osiemnastce meczowej, zostaną przesunięci do innych zadań, np. marketingowych. Może to oznaczać, że wielu graczy zajmie się odwiedzinami w szkołach.

- Pewnie po wywalczeniu mistrzostwa Polski trzeba było zaprzestać współpracy z tymi graczami, którzy wówczas osiągnęli apogeum. Teraz są syci, zadowoleni, a my potrzebujemy młodych, zaangażowanych - mówi Klimczak.

Upadek faktycznie jest bolesny.

Dwa lata temu, w marcu 2010 r., Lech był na drugim miejscu w ekstraklasie, tracił dwa punkty do Wisły Kraków. Odrobił je w końcu sezonu dzięki Mariuszowi Jopowi i jego samobójczemu golowi do siatki Wisły. Po 17 latach przerwy zdobył mistrzostwo Polski.

Rok temu, w marcu 2011 r., Lech był piąty w tabeli, ale kibice byli nim zachwyceni - jesienią wygrał z Manchesterem City, dwa razy zremisował z Juventusem Turyn i wyszedł z grupy Ligi Europejskiej. Momentami grał wyśmienicie. W marcu szans na obronę mistrzostwa praktycznie nie miał, bo tracił do lidera 9 pkt. Jednak awans do pucharów wydawał się pewny, bo strata do trzeciego wynosiła tylko 3 pkt. Tymczasem sezon skończył na piątym miejscu, przegrał po rzutach karnych finał Pucharu Polski z Legią Warszawa.

W marcu 2012 r. Lech zajmował miejsce w drugiej połowie tabeli, odpadł z Pucharu Polski. Kolejny rok bez gry w Europie jest w zasadzie pewny.

Nie jest łatwo ustalić moment, w którym klub rozpoczął drogę ku przeciętności. Wytypować można ich co najmniej kilka. Pierwszy - gdy wbrew opiniom wielu polskich ekspertów został zatrudniony trener José Bakero. Hiszpan opowieściami o barcelońskiej filozofii futbolu uwiódł Jacka Rutkowskiego, a nawet piłkarzy. Czar prysł przed rewanżem ze Sportingiem Braga w Lidze Europejskiej, gdy kazał wybornemu snajperowi Artjomowi Rudniewowi biegać w pomocy, a rozgrywającego Semira Stilicia posłał do ataku. Drużyna zrozumiała wówczas, że ma do czynienia z królem chaosu, a nie strategiem. Szacunek do Bakero jako trenera prysł.

Drugi moment - rozbijający drużynę od wewnątrz - miał miejsce, gdy bajeczny kontrakt podpisał obrońca Manuel Arboleda . Wynagrodzenie Kolumbijczyka, ponad 400 tys. euro rocznie, dwukrotnie przewyższało zarobki pozostałych czołowych graczy klubu, co musiało spowodować niesnaski w szatni. Pal sześć, gdyby szła za tym równie dobra gra. Od momentu podpisania umowy Arboleda gra coraz gorzej, teraz ze składu wygryza go młody Marcin Kamiński. Lech chętnie by się go pozbył nawet za darmo, ale nie ma klubu, który chciałby niedoszłemu reprezentantowi Polski zapłacić tyle, ile zarabia on w Poznaniu.

Moment kolejny to powierzenie Bakero zespołu także na kolejny sezon, mimo że nie wypełnił on stawianych przed nim celów.

- Mistrzostwo Polski za Jacka Zielińskiego wywalczyliśmy, bo mieliśmy wiele szczęścia. A kilku ligowych punktów i Pucharu Polski nie zdobyliśmy za trenera Bakero, bo mieliśmy pecha - takie wytłumaczenie znalazł Jacek Rutkowski, który postanowił dalej tolerować Hiszpana niecierpianego przez kibiców. Bakero sezon zaczął dobrze - Lech po czterech kolejkach był liderem. Ale potem było już gorzej. Cierpliwość do Hiszpana skończyła się w lutym, po porażce z Ruchem. Zwolniono go przez telefon, w drodze z Chorzowa, by komunikatem opublikowanym w nocy uspokoić wściekłych kibiców.

Mariusz Rumak, następca Bakero, start ma słaby, a liczne grono futbolowych ekspertów wyraźnie mu nie ufa. W niespełna miesiąc zdążył już od nich oberwać chociażby za... udzielanie wywiadów. Trener, który w Lechu pracuje od 12 lat, ma jednak poparcie kibiców i zarządu. Zdobył je, wprowadzając w zespole rządy silnej ręki, w dodatku nieźle wypada w kontaktach z dziennikarzami. - Dla mnie Lech jest szerszym projektem, czasowo wykraczającym poza koniec sezonu, choć oczywiście nie wiem, czy zarząd będzie mnie nadal widział jako trenera - mówi Rumak. Jeśli uda mu się ugasić pożar i wygrać kilka spotkań z tych, które zostały, to zostanie w Lechu. Plotki o tym, że ma go zastąpić Wiktor Gonczarenko z BATE Borysów, już zostały przez wiceprezesa Lecha Arkadiusza Kasprzaka nazwane "pierniczeniem".

Drużynę latem czeka radykalna przebudowa, do której dojdzie bez względu na to, kto będzie trenerem. Kontrakty kończą się m.in. Grzegorzowi Wojtkowiakowi, Marcinowi Kikutowi, Dimitrije Injacowi czy Semirowi Stiliciowi. - Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co nam da obecność na boisku piłkarzy, którzy chcą odejść, i wiadomo, że nie będziemy ich mieli w przyszłym sezonie - mówił trener Rumak kilka dni przed meczem ze Śląskiem, który z trybun oglądali Stilić i Wojtkowiak (ten drugi, kapitan zespołu, oficjalnie jest kontuzjowany). W planach Lecha jest sprzedaż latem Artjoma Rudniewa, ale pojawił się problem - Łotysz przestał strzelać gole i jego wartość na rynku transferowym spada. Otrzymanie za niego 5 mln euro (na tyle wyceniał go klub zimą) jest dziś nierealne. - Nasz skauting przeczesuje Europę w poszukiwaniu wzmocnień - zapewnia prezes Klimczak, ale w Poznaniu wiara w moc owego skautingu osłabła po transferowych niewypałach takich jak wygoniony już z klubu Słowak Jan Zapotoka czy zarabiający wyśmienicie, ale grający słabiej Serb Vojo Ubiparip.

Tymczasem bez sprzedaży Rudniewa nie będzie w Lechu pieniędzy na wzmocnienia, zwłaszcza że klub wziął na siebie ciężar administrowania stadionem przy ul. Bułgarskiej. Przez kolejnych 20 lat będzie musiał płacić miastu czynsz, który wraz z innymi opłatami może sięgać 6 mln zł. Klubu już tak hojnie nie wspierają kibice. Na rundę wiosenną kupili tylko 9,5 tys. karnetów, choć cena została mocno obniżona. Szansą dla Lecha na powrót do ligowej czołówki w przyszłym sezonie może być więc tylko umiejętne zainwestowanie pieniędzy ze sprzedaży Rudniewa - o ile uda się go sprzedać.

Chyba że zdarzy się cud, jakim byłoby wywalczenie miejsca w pucharach.