Lechowi Poznań potrzeba niebieskiej rewolucji [OPINIA]

Lech Poznań uwstecznił się, bo przestał się rozwijać. A w piłce nożnej nie ma miejsca na bierność. Pozostaje więc mieć nadzieję, że do sygnalizowanej przez trenera Mariusza Rumaka rewolucji faktycznie dojdzie. Na ewolucję nie ma czasu
POZNAN.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS, TEJ!

Choroba, która toczy Lecha Poznań, nazywa się przeciętność, a jej praprzyczyną jest pycha. W połowie 2010 roku, gdy Lech zostawał mistrzem Polski, trudno było wygłaszać kontrowersyjne wówczas opinie, iż ten tytuł będzie jego największym przekleństwem. Kto wie, może należało je głosić...

Od czasu zdobycia mistrzostwa Lech popełnia bowiem niemal same błędy i niemal strzelił sobie w skroń. Niemal, gdyż niektóre jego posunięcia (chociażby niedawny zwrot w stronę polityki historycznej, dotąd zaniedbanej) są sensowne i nawiązują do początków działalności na Bułgarskiej holdingu Amica, gdy Lech wyprzedzał marketingowo resztę polskiej stawki o dwie długości. Dziś już nie wyprzedza. Nie zasypuje kibiców nowymi pomysłami na rozwój klubu - rozwój tak sportowy, jak i organizacyjny.

Klub, który zamierzał budować kadrę poprzez tanie, za to starannie wyselekcjonowane transfery oraz zatrudnienie hiszpańskiego szkoleniowca uczącego piłkarzy nie prymitywnego futbolu, ale utrzymywania się przy piłce i starannego budowania akcji, nie dostarczył kibicom dowodów na to, że ma rację. Takich dowodów, które skłoniłyby ich do oddania "Kolejorzowi" najbardziej deficytowego dziś towaru na rynku - cierpliwości.

Półtora roku, jakie minęło od 2010 roku, to pasmo zaniechań i bierności, bo czymże innym jest zatrudnienie Jose Bakero bez należytego sprawdzenia konsekwencji tego kroku. Dziś mamy w "Kolejorzu" spaloną ziemię i zgliszcza, które przewidzieli dokładnie wszyscy po zatrudnieniu Hiszpana. Wszyscy, poza samym klubem. Na jakiej podstawie uwierzył on Jose Bakero, że ten doprowadzi go do sukcesów i doskonałości? Na czym opierał swą wartą przecież miliony złotych wiarę w powodzenie jego misji? Miliony, które nie są tylko prywatną własnością prezesa Jacka Rutkowskiego i holdingu Amica. Coraz częściej słyszę bowiem od kibiców Lecha opinię, którą można streścić tak: Od lat daję panu prezesowi moje pieniądze w postaci biletów na mecze, kupionych gadżetów i pamiątek, wysyłanych SMS-ów itp. I coraz mniejszą mam na to ochotę.

Dziś nie ma już sensu wskazywać na Lecha palcem i wołać: A nie mówiłem?! Nie trzeba było spoczywać na laurach, nie trzeba było zatrudniać Bakero, trzeba było reagować, gdy sytuacja wymagała reakcji. Dziś na Bułgarskiej ziemia jest spalona i trzeba doprowadzić do sytuacji, aby coś nowego i pięknego znów na niej wyrosło. Jak? Tak jak na każdym polu - zaorać.

Jeśli trener Mariusz Rumak zastanawia się, czy może to czas, by zacząć budować drużynę na nowy sezon, to tu zastanawiać się nie ma nad czym. To nie tylko czas, ale czas najwyższy. Kolejnego grzechu zaniechania i bierności Lech może już bowiem nie wytrzymać. Wielki był bowiem dwa lata temu. Dziś jest przeciętny. Ma jednak nadal w rękach skarb, którego brakuje innym klubom. Tym skarbem jest potencjał.

Niedawne mecze z Wisłą Kraków pokazały, że w Poznaniu wystarczy niekiedy nawet mały impuls, nawet promyk nadziei i widoków na sensowne rozwiązania, aby ludzie za nimi poszli. Kibice Lecha chcą znów klubu wielkiego, ergo - chcą reform. Zaakceptują je i poprą, o ile będą radykalnie prowadziły do renesansu.

Nadchodzą trudne dla Lecha miesiące - wyczekiwania na mądrość jego władz, by miały wreszcie odwagę ogłosić Niebieską Rewolucję. Taką, jaka uratowała już raz Lecha w 2006 roku.