Kiedy żył Teodor Anioła. Pogawędka o historii Lecha Poznań

Tercet A-B-C. Od lewej Henryk Czapczyk, Teodor Anioła i Edmund Białas

Tercet A-B-C. Od lewej Henryk Czapczyk, Teodor Anioła i Edmund Białas (Archiwum)

Dlaczego nazwa Lecha na początku nie przyjęła się w Poznaniu, jak to się stało, że zespół ze słynnym tercetem A-B-C w składzie nie zdobył mistrzostwa Polski i o tym, że ?klepanie? było ważniejsze niż zdobycie autografu piłkarza - opowiada Jacek Hałasik dziennikarz Radia Merkury, jeden z najstarszych kibiców Lecha Poznań.
Radosław Nawrot (rocznik 1973; pierwszy raz na meczu Lecha - 1983): Pamiętasz rok 1952, gdy po raz pierwszy zjawiłeś się na meczu Lecha Poznań?

Jacek Hałasik* (rocznik 1944; pierwszy raz na meczu Lecha - 1952): To był bardzo ciekawy rok, bo olimpijski. Grało się wtedy systemem wiosna-jesień, a tamten sezon ruszył dopiero po igrzyskach, w przyspieszonej formie. Drużyny podzielono na dwie grupy, jak teraz. To była jednak wyjątkowa sytuacja, bo to na dłuższą metę jest nie do pomyślenia. Może się bowiem okazać, że z jakimś zespołem nie zagra się przez pięć lat! Lech grał w grupie m.in. z Ruchem Chorzów, który był wtedy mistrzem Polski. Ligę w 1951 r. wygrała, co prawda, krakowska Wisła, ale tytuł przyznano chorzowianom prawem kaduka za zdobycie Pucharu Polski. Lech grał wtedy z Ruchem i ten mecz widziałem. Pokonaliśmy mistrzów Polski 3:1 na Dębcu.

To był Twój pierwszy mecz Lecha?

- Nie, wcześniej Lech grał jeszcze z beniaminkiem Lechią Gdańsk, która wtedy nazywała się Budowlani. Grali w niej m.in. bracia Gronowscy, jeden na bramce, drugi - napastnik. Obaj ocierali się o kadrę. Był też świetny stoper Korynt, ojciec Tomasza Korynta, znanego gracza Lechii, Bałtyku i Arki z lat 70. Jego ojciec był jednym z najlepszych stoperów w historii polskiej piłki. Lech wygrał z Lechią 6:0. Trzy bramki strzelił Teodor Anioła, a trzy - Janusz Gogolewski. Aniołę kochali wszyscy. Wiadomo, trzykrotny król strzelców ligi z 1949, 1950 i 1951 r. To był absolutny idol. Każdy chłopak, który grał w piłkę na podwórku, chciał być Aniołą. Tymczasem postawa Gogolewskiego była niespodzianką i muszę Ci powiedzieć, że od tej pory on właśnie zdobył moją sympatię. Inteligentny, grający na wielu pozycjach. Późniejsze jego mecze pamiętam już bardzo dobrze, ale wtedy pierwszy raz zwróciłem na niego uwagę.

Miałeś szczęście, że oglądałeś na dzień dobry efektowną wygraną Lecha!

- 6:0 to był wynik! Myślałem wtedy, że ten Lech to niewiadomo co! Że to piekielnie mocny zespół i absolutny mistrz. A to była zupełnie przeciętna drużyna, która najwyżej dwa razy zdobyła trzecie miejsce.

Których piłkarzy pamiętasz z tamtych lat?

- Wtedy, w 1952 r. grał w Lechu taki bramkarz Rosiński, który potem znalazł się w Zawiszy Bydgoszcz. Była para pomocników Chudziak - Słoma. Nie grał Władek Sobkowiak, jeden z najlepszych wówczas obrońców w Polsce, który miał szansę pojechać na igrzyska, ale uniemożliwiła mu to kontuzja. Za to w ataku grało aż pięciu napastników.

I jak wyglądała wtedy taktyka?

- Generalnie przekroczenie środkowej linii przez bocznego obrońcę było wyjątkiem. Jemu nie było wolno - on był od bronienia. Ten system składał się z dwóch bocznych obrońców i stopera, dwóch pomocników po bokach i pięciu napastników - dwóch na skrzydłach, dwóch łączników i środkowego. Napastnicy mieli swobodę, bo w środku pola tworzyła się dziura. W 1958 r. z tego systemu Brazylijczycy zrobili tzw. brasilianę. Cofnęli jednego napastnika do pomocy. Cofnęli też do obrony jednego pomocnika i grali dwoma stoperami. Zastosowali system 4-2-4 po raz pierwszy w Szwecji w 1958 r. i zostali mistrzami świata. Wcześniej jednak, także w Polsce, grało się 3-2-5.

Jak się wtedy grało? Inaczej niż teraz?

- Jestem realistą. Gdyby jakimś cudem doszło do starcia tamtego Lecha z dzisiejszym, ekipa sprzed pół wieku zostałaby ograna. Dziś gra się dużo szybciej. Wyszkolenie techniczne poszczególnych piłkarzy było jednak wysokie. Wynikało to z tego, że gracze doświadczeni uczyli młokosów. Piłkarz - piłkarza. Jestem przekonany, że tamtejsi gracze nie ustępowali techniką dzisiejszym i pasowaliby do obecnej piłki.

Anioła znalazłby sobie miejsce w dzisiejszym Lechu?

- Spokojnie.

A wytrzymałby mecz kondycyjnie?

- On - tak!

Lech występował w lidze pod wieloma nazwami. Pamiętasz, kiedy przyjęła się nazwa "Lech"?

- W 1957 r., krótko po przełomie politycznym odbyło się walne zebranie, na którym Zygfryd Słoma poddał pod głosowanie nazwę Lech. Została przyjęta. Wtedy jednak na klub mówiło się "Kolejorz", co zresztą pozostało do dziś. Nazwa "Lech" początkowo się nie przyjęła, bo była nieco nieszczęśliwa.

Dlaczego?

- Lech po raz pierwszy w historii spadł do II ligi i wtedy w Polsce mówiono "Lech zdechł!".

Jak wyglądał doping z tamtych czasów?

- Poznańscy kibice uchodzili za chłodnych. Panowała w Polsce opinia, że doping na Lechu jest bardzo kiepski. Było sporo prawdy w tym stwierdzeniu. Tacy byli kibice w Poznaniu, którzy ożywiali się jedynie, gdy przy piłce był Anioła.

Nosiliście wtedy szaliki albo barwy klubowe?

- Nic takiego wtedy jeszcze nie było.

Nie było więc także szalikowców?

- W ogóle nie było sterowanego dopingu. Wszystko odbywało się spontanicznie. U nas ta spontaniczność była niższa niż w innych miastach.

Czy doping bywał wulgarny?

- Nie.

Doprawdy?

- Gwarantuję Ci, że nie był.

Żadnej agresji?

- Wyobraź sobie, że na dębieckim stadionie jeszcze w latach 60. piłkarze obu ekip wychodzili na mecz z kibicami. Szli wspólnie i kibice rozchodzili się na trybuny, a piłkarze - na boisko. I po meczu - to samo.

Można było wziąć autograf...

- Autografy nie były wtedy popularne. Najważniejsze było klepanie.

?

- Stawaliśmy w szpalerze i klepaliśmy przechodzących piłkarzy po plecach. Każdy się potem chwalił, kogo poklepał. Ten - Aniołę, ten - bramkarza.

A jeśli przyjeżdżała Legia Warszawa, ludzie czuli wtedy do niej niechęć?

- Ona się w tych czasach narodziła z uwagi na powoływanie przez Legię piłkarzy do wojska. Przykładowo: Legia zabrała z Lecha Florka Wojciechowskiego, małego piłkarza, którego uwielbiały trybuny. Florek pograł w Legii rok, po czym przyszedł nowy pobór, lepsi piłkarze i wylądował w II lidze w Zawiszy Bydgoszcz. Tak samo Henryk Paczkowski - najlepszy obok Szymkowiaka, Stefaniszyna i Gronowskiego polski bramkarz. Najpierw do Legii, a gdy nie pasował - buch do Śląska. To Legia dzieliła i rządziła, rozdawała piłkarzy.

A transferów nie było...

- Wtedy nie. Czasami można było przejść z klubu do klubu, ale trzeba było napisać masę papierów. Kluby opierały się na wychowankach. Tylko wojskowe miały możliwość uzupełniania kadry w ten sposób. Wtedy było tak, że gdy piłkarz szedł do wojska, trafiał do Warszawy i tam wszystkich ich dzielono - na OWKS Legia, OWKS Kraków, OWKS Śląsk itd. To dzięki temu Legia została mistrzem Polski, ale dopiero w 1955 r., gdy dostała mądrego trenera. Wcześniej nie była w stanie stworzyć z tych poborowych dobrej drużyny.

I tak chyba zostało do dziś! Legia zbiera piłkarzy z całej Polski, ale drużyny nie ma!

- Chyba tak. Nawiasem mówiąc, Lech - choć często poszkodowany przez Legię - potrafił z nią grać. Kiedy się szło na te mecze, można było liczyć na niespodziankę. Pamiętam jednak mecz z 1956 r. na stadionie im. 22 Lipca, gdy Lech przegrał z nią 0:6!

Najwyższa porażka na własnym stadionie w historii!

- Właśnie. Źli kibice krzyczeli wtedy do legionistów "Zawodowcy! Zawodowcy!". To była obelga, oskarżenie o stosowanie zawodowstwa. Legioniści bowiem nic tylko trenowali, dlatego potrafili wygrać 12:0 z Wisłą Kraków.

Gdzie indziej zawodowstwa nie było?

- Skądże. Lechici trenowali trzy razy w tygodniu, poza tym normalnie chodzili do pracy.

Gdzie?

- Na kolei.

To była prawdziwa praca czy fikcyjna, jak piłkarzy Górnika Zabrze w kopalniach?

- U nas była prawdziwa. Wielu piłkarzy pracowało w dyrekcji PKP, ale np. Władek Sobkowiak prowadził lokomotywy i do dziś żyje z emerytury maszynisty. Dopiero w latach 70. etaty kolejowe stały się w Poznaniu fikcją. Lech mógł oferować tylko pracę w PKP, kluby wojskowe czy milicyjne (gwardyjskie) miały większą siłę przebicia.

Piłkarze mogli się sprzeciwić grze w Legii?

- Mogli, ale to się źle kończyło. Tak było z Władkiem Sobkowiakiem, który poszedł do wojska do Warszawy, ale potem wrócił do Poznania, nie został w Legii. No i niejako za karę nie grał w reprezentacji, choć ta mu się należała.

Lechici w ogóle nie mieli nigdy szczęścia do kadry.

- Nigdy. Przypadek Anioły jest kliniczny [tylko sześć spotkań w reprezentacji - przyp. red.]. Tak samo Okoński [nigdy nie grał na mistrzostwach świata - przyp. red.]. W Lechu grało wielu wspaniałych piłkarzy, którzy w kadrze nie pograli.

Dlaczego tak się działo?

- Poznańskie lobby było bardzo słabe, a wtedy, w latach 40. i 50. sport był bardzo mocno związany z polityką. Gerard Cieślik miał iść do wojska, ale niejaki Marchewka - drugi po Pstrowskim przodownik pracy - pojechał do Bieruta i załatwił, że Cieślika do wojska nie wzięli. A o Aniole mówiło się, że nie może grać z bojącym się konkurencji Cieślikiem, a ten miał świetne układy.

A Lech nie był ulubionym klubem władz?

- Nie, przeciwnie. To był klub kolejarski, który przed wojną stanowił paramilitarną organizację KPW - Kolejowe Przysposobienie Wojskowe. Drugim takim była Polonia Warszawa. Ona też była dyskryminowana nie tylko przez Legię, ale i przez Gwardię, która miała poparcie MSW. Polonia jednak i tak miała lepszą sytuację niż "Kolejorz".

Czy stąd wynika fakt, że Lech z najlepszą obroną Polski i tercetem A-B-C (Anioła - Białas - Czapczyk) nie zdobył mistrzostwa?

- Tercet A-B-C grał razem krótko, bo tylko półtora roku. Do legendy przeszły wysokie wygrane po 7:0 czy 8:0, ale ja pamiętam, że takich pogromów było niewiele. Zdarzały się za to wysokie porażki. Gdy ja zaczynałem chodzić na Lecha, "Kolejorz" stawiał już na obronę. Miano "poznańskich bombardierów" zajęli "poznańscy murarze". Trzeba też pamiętać, że bramka Lecha nie była zbyt mocno obsadzona. No i wreszcie organizacja klubu w Poznaniu nie była najlepsza. Dziwne, bo poznaniacy z organizacji słyną. Mówiło się też, że w Poznaniu były małe podstawy ideologiczne dla silnej piłki. Jeszcze gorzej było z Wartą, która jako klub kupiecki była nie do uratowania i ocalała tylko dzięki pojedynczym działaczom i ich zaangażowaniu.

Żaden komitet partyjny nie mógł sobie pozwolić na lekceważenie sportu, ale władze niespecjalnie były hojne dla Lecha. Po prostu - rączka, klapa, goździk, buźka i nic więcej. Nikomu nie zależało na silnym ośrodku piłkarskim, ba, mistrzostwo dla Lecha nie byłoby mile widziane. W efekcie Lech nie był zbyt mocną drużyną, ale nie był też do spadku. Cóż, jednak... w tym okresie wielu sportowców wyjechało z Poznania. Inne kluby dawały im większe możliwości - etaty w zakładach pracy, mieszkania. A w Poznaniu tym graczom naprawdę się nie przelewało.

W którym momencie Lech wyparł ze świadomości poznaniaków Wartę? Kiedy stał się najważniejszy?

- Wtedy kibiców wystarczało dla obu ekip. Nie było telewizji. Żeby zobaczyć piłkę nożną, trzeba było iść na stadion. Warta ustąpiła miejsca Lechowi, gdy spadła do III ligi, a stało się to na skutek administracyjnych decyzji i reorganizacji II ligi. Do tej pory Warta, nazwana potem Stalą, miała więcej kibiców. Na boisku na Rolnej było ich naprawdę bardzo dużo, także ci, którzy chodzili na mecze mocnego niegdyś HCP Poznań. Ale "Kolejorz" na wiele lat pozostał jedynym poznańskim zespołem w ekstraklasie. Pamiętam jednak, że gdy byłem dzieckiem, dostawałem prztyki od kibiców Warty, gdy wołałem "Kolejorz".

Uniknęliśmy jednak podziału miasta na strefy wpływów, jakie są w Łodzi, Warszawie czy Krakowie.

- To prawda. Przychodziły kolejne pokolenia, które znały tylko Lecha. Na Wartę chodzili coraz starsi kibice, o przedwojennym rodowodzie.

Jak kibice znieśli pierwszy spadek do II ligi w 1957 r.?

- Fatalnie. Lech pierwszą serię miał złą. Drugą zaczął od 1:8 z ŁKS w Łodzi. I przyszedł do Lecha czechosłowacki trener Wilhelm Lugr i nie zdołał go utrzymać. Co ciekawe, w 1957 r. swój pierwszy tytuł zdobył Górnik Zabrze, i to dzięki Lechowi.

To znaczy?

- Liderem była Gwardia i Lech jechał do Warszawy na mecz z nią. Gdyby Gwardia wygrała, zostałaby mistrzem. Była tak pewna zwycięstwa, że nawet nie robiła "podchodów" pod "Kolejorza". Po bramce Anioły Lech wygrał 1:0, choć z 90 min pewnie 75 toczyło się pod jego bramką. Na szczęście stał w niej Henryk Skromny, który wszystko łapał - jak się to mówiło - "na kampę".

Za to w 1983 r., gdy po pierwszy tytuł sięgał Lech, było odwrotnie!

- Historia zatoczyła koło. Lech wygrał w Zabrzu z Górnikiem 2:0 po golach Janusza Kupcewicza. Kibice sobie przypomnieli tamte zdarzenia sprzed 26 lat.

Na mistrzostwo Polski musiałeś czekać 31 lat. To sporo. Ja od razu trafiłem na wielkiego Lecha Wojciecha Łazarka.

- W moich czasach nawet nie wyobrażaliśmy sobie Lecha na tronie mistrzowskim.

Tak jak moje pokolenie nie wyobrażało sobie spadku do II ligi.

- Ja też bardzo przeżyłem spadek z lat 50. Pamiętam nawet grę Lecha w III lidze. Granie w parku Kasprowicza z Energetykiem Poznań to był policzek. Nawet jednak mecze w tak niskiej klasie mają swoją temperaturę, zwłaszcza że często były to derby, np. z Wartą czy Olimpią.

Tamten spadek zmobilizował wszystkich jak ten obecnie?

- Wtedy była apatia, którą złamały dopiero wyniki. Przyznam się, że nawet ja rzadziej chodziłem na III ligę. Nie wynikało to jednak stąd, że pogniewałem się na Lecha, ale miałem już wtedy rodzinę i inne sprawy na głowie. Wtedy w niedzielę szło się na III ligę czy A-klasę, potem kościół, obiad i na Lecha. Dziś to już zupełnie co innego...

Tekst ukazał się w "Gazecie Wyborczej Poznań" 26 stycznia 2002 roku.

* Jacek Hałasik - Pochodzi z Łazarza. Dziennikarz Radia Merkury od 1964 roku. Autor wielu audycji sportowych. Znawca historii wielkopolskiego sportu oraz poznańskiej gwary.

Złota jedenastka Kolejorza - zobacz drużynę 90-lecia [GALERIA]


LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lechia Gdańsk 18 38 30-17 11 5 2
2 Legia Warszawa 18 33 29-18 9 6 3
3 Jagiellonia Białystok 18 32 33-24 9 5 4
4 Piast Gliwice 18 30 26-20 8 6 4
5 Korona Kielce 18 29 24-22 8 5 5
6 Pogoń Szczecin 18 28 25-21 8 4 6
7 Lech Poznań 18 27 25-23 8 3 7
8 Wisła Kraków 18 26 31-27 7 5 6
9 Arka Gdynia 17 23 26-21 6 5 6
10 Zagłębie Lubin 18 21 26-30 6 3 9
11 Wisła Płock 18 19 26-32 4 7 7
12 Miedź Legnica 18 19 21-35 5 4 9
13 Cracovia Kraków 17 18 13-19 4 6 7
14 Śląsk Wrocław 18 17 25-27 4 5 9
15 Górnik Zabrze 18 16 22-32 3 7 8
16 Zagłębie Sosnowiec 18 12 22-36 2 6 10

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa